Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

sobota, 21 listopada 2015

Moje teoretyczne rozważania o chorobach z hiperinsulinemii - część II



Jeszcze raz o typach cukrzycy jako chorobie z insulinoodporności...


Jak pamiętamy insulina jest hormonem, który uwalnia się do krwiobiegu jako reakcja na spożyte węglowodany zamienione przez układ trawienny na glukozę. Insulina ma dwa podstawowe zadania. Pierwsze – transport glukozy do komórek, które wykorzystują jako źródło energii. Drugie – pomoc w przekształceniu cukru w glikogen i w tłuszcz oraz magazynowanie tych wysokoenergetycznych związków – w wątrobie i w tkance tłuszczowej (częściowo także glikogen znajduje się w mięśniach).

Glukagon to hormon odpowiedzialny za proces odwrotny. Insulina i glukagon – powinny być w sprzężeniu zwrotnym ujemnym. Mają działanie przeciwstawne. Generalnie są odpowiedzialne za utrzymanie homeostazy pomiędzy procesem magazynowania owych substancji energetycznych a ich spalaniem.

Jeśli na dłużej spadnie poziom insuliny w krwi, to glukagon daje organizmowi sygnał, że powinien rozpocząć się proces spalania nagromadzonego tłuszczu z trójglicerydów. Jeśli w organizmie jest przewaga odkładania się tłuszczu nad jego spalaniem to oznaka, że owa równowaga jest zachwiana oraz że organizm nie zużywa całej energii, jaką mu się dostarczyło. Jest tutaj zachwiana równowaga metaboliczna.


Procesy anaboliczne prowadzą do budowy cząsteczek, tkanek, narządów. Procesy kataboliczne zaś do rozkładu substancji złożonych na prostsze. 
Organizm zawsze dąży do zachowania takiej równowagi. Dlatego też dieta doktora Lutza w połączeniu z dietą prozdrowotną (jako dietą bazową) oraz innymi dietami (podpasowanymi pod usuwanie uciążliwych objawów, o których wspomniałem na wstępie) - może być niezwykle skuteczna w usuwaniu chorób z hiperinsulinemii i wspomaganiu organizmu w samonaprawie. Prawie każdy z nas jest po trosze hiperinsulinemikiem (jako spadkobierca po tzw. rewolucji w przemyśle przetwórczym oraz po późniejszym propagowaniu hasła: - "cukier krzepi". 

Człowiek, który w większej części swej ewolucji był myśliwym i zbieraczem - nie przystosował się do spożywania cukru w nadmiernych ilościach, w związku z tym mogą występować upośledzone możliwości jego naturalnego przetwarzania. 


Cukrzyca typu II to cukrzyca tzw. insulinoniezależna. W tym przypadku chorym nie podaję się insuliny. Medycyna stosuje leczenie farmakologiczne cukrzycy typu II, które rzekomo ma na celu pobudzenie komórek trzustki do syntezy większej ilości insuliny (przełamanie insulinooporności), uwrażliwienie tkanek na działanie tego hormonu lub zmniejszenie ilości cukrów wchłanianych w jelitach. Stosuje się następujące grupy leków: 

  • pochodne sulfonylomocznika, np. glimepiryd lub gliklalzyd; 
  • metformina (pochodna biguanidu); 
  • inhibitor alfa glukozydazy jelitowej - akarboza; 
  • glinidy, np. repaglinid. 
Czyli medycyna zaleca z jednej strony podawanie leków na obniżenie poziomu cukru w krwi, a z drugiej zaś - w diecie zaleca dietę beztłuszczową, która uważa za główną przyczynę tej choroby oraz dietę w cukrzycy niby tzw. niskocukrową, choć de facto, np. na oddziałach diabetologicznych zaleca się dietę procukrzycową (sam widziałem). Po około 10 latach doustnej terapii cukrzycy typu II zapasy endogennej insuliny wyczerpują się. Pojawia się konieczność podawania insuliny w postaci iniekcji, co wskazuje na wyprodukowanie cukrzycy typu I.

Do cukrzycy typu II dochodzi poprzez to, że chorzy zjadają latami duże ilości cukrów a tym samym do ich krwiobiegu wydziela się duża ilość insuliny. Komórki trzustki, które wytwarzają insulinę, reagują nawet na najmniejszą ilość glukozy. Tak więc trzustka reaguje przesadnie i wydziela nadmiernie insulinę. Wówczas glukoza jest usuwana stosunkowo szybko z krwi i nie zostaje do końca zużyta jako źródło energii. Jest więc zamieniona na glikogen i tłuszcz. I to jest to błędne koło. Im więcej zjadamy cukrów to jest tym większy przyrost tkanki tłuszczowej. Czyli przewaga anabolizmu nad katabolizmem. Ową zachwianą równowagę organizm próbuje wówczas przywrócić na dwa sposoby: - albo poprzez ograniczenie ilości innego hormonu anabolicznego: - albo poprzez zwiększenie jakiegoś hormonu katabolicznego. W tym przypadku, jeśli organizm próbuje przywrócić równowagę procesów anaboliczno-katabolicznych poprzez (np. spadek poziomu hormonu wzrostu) - to skutkuje nieprawidłowościami w funkcjonowaniu systemu odpornościowego a także może ujemnie wpływać na mięśnie, tkankę chrzęstną, kostną, tętnice. Tkanki te wymagają ciągłej/stałej odbudowy. Długoterminowy spadek poziomu hormonu wzrostu może doprowadzić do niedostatecznej odnowy (np. tkanek tętnic), a następnie do chorób serca. Jeśli zaś organizm chce przywrócić ową równowagę poprzez wzrost poziomu hormonów katabolicznych (np. hormony tarczycowe albo kortykosteroidy nadnerczowe), to może skutkować również do osłabienia systemu odpornościowego lub doprowadzić do nadczynności tarczycy.


Cukrzyca typu I. Przy cukrzycy typu I, cukier nie przedostaje się do wnętrza komórki lub w stopniu niewystarczającym, z uwagi albo na upośledzoną produkcję insuliny przez komórki beta trzustki, albo na zerową jej produkcję. W związku z tym poziom cukru wzrasta w krwi a nawet jest wydalany z moczem, mimo że organizm go potrzebuje. 

Ponadto cukrzyca typu I - nazywana jest chorobą wieku dziecięcego. Jest cukrzycą insulinozależną. Jej przyczyną wg medycyny jest upośledzona zdolność trzustki do wydzielania insuliny. 

Niektórzy lekarze (ci bardziej otwarci na wiedzę o zdrowiu, albo którym się tak wydaje...) twierdzą, że ta postać jest to chorobą z autoagresji. Twierdzą dalej, że powstała ona na skutek infekcji wirusowej, której niedostatecznie szybko zwalczonej przez system odpornościowy, który wcześniej został osłabiony nadmiernym spożyciem węglowodanów. Wówczas układ odpornościowy atakuje nie tylko samego wirusa, ale też i uszkodzoną przez niego tkankę, czyli komórki trzustki typu beta. Przy diecie wysokowęglowodanowej komórki beta są poddawane ciągłemu stresowi, gdyż taki model odżywiania powoduje wymuszanie ciągłej produkcji insuliny. Po pewnym czasie układ odpornościowy zaczyna postrzegać uszkodzoną tkankę jako ciało obce, co w efekcie skutkuje reakcją autoimmunologiczną, czyli niszczeniem własnej tkanki. 

Dr Clark - czyli słynna pani od niszczenia wszelkiego robactwa w organizmie, również upatruje przyczyny cukrzycy (obu typów) oraz innych chorób korelujących z cukrzycą - z toksemią. I - o ile dokładnie trafia przyczynę główną u źródła jako toksemię, to już dalej nie byłaby słynną panią dr H. Clark ("Antyrobak" - pseudonim nadany przeze mnie), gdyby nie twierdziła, że to pewien tajemniczy pasożyt, zagnieżdżony w trzustce jest głównym winowajcą cukrzycy.  Do jego usadowienia się w trzustce oraz do stworzeniu odpowiednich warunków bytowych - miały rzekomo przyczynić się niektóre ciężkie toksyny chemiczne (np. metanol), a więc wszechobecna toksyna w większości produktów spożywczych. Ale to są jej jakieś dziwne wizje...

Pani Anna Ciesielska, w swoich książkach też podaje błędne założenia diet dla kobiet ciężarnych, dzieci, młodzieży. Na jej filozofii "zdrowia" opiera się wielu jej fanów. Dla mnie są to pewne g*wnoprawdy (mówiąc kolokwialnie), a najwyżej ćwierćprawdy. Przykładowo, paniom w ciąży zaleca: dużo surówek, jogurty owocowe, sery, dużo jabłek, lody, ciasto, wędliny, wieprzowina, dużo wody, soki, dużo kiszonych ogórków i kapusty, bardzo dużo cytryn, czerwone wino; paniom w okresie karmienia piersią: surówki, owoce, mleko sojowe (o zgrozo!), "sztuczne" kaszki bez gotowania, zupki ze słoiczków, biszkopty, owoce, soczki, jogurty, serki homogenizowane; starszym dzieciom zaleca: ser żółty, jogurty owocowe, płatki zalewane zimnym mlekiem z lodówki, lody, dużo zimnej wody, napoje, frytki, fast foody, wędliny, ryby, surówki; niemowlakom: mleko sojowe, preparaty mlekopodobne, "sztuczne" kaszki bez gotowania, zupki ze słoiczków, biszkopty, owoce, soczki, jogurty owocowe, serki homogenizowane. Czyli są to przykłady diet typowo sprzyjających zachorowaniu na cukrzycę.

Można mieć jedynie nadzieję, że młode organizmy dzieci posiadają niewyobrażalną siłę regeneracji, i - jeśli u nich pozostanie choćby jedna zdrowa komórka w trzustce - należy optymistycznie myśleć, że dziecko ma pewne szanse na wyzdrowienie.

Medycyna akademicka, najczęściej zaleca cukrzykom: duże ilości ziemniaków, chleb, makarony, ryż, korzenie warzyw (np. rozgotowane buraki, marchew), w mniejszej ilości rośliny strączkowe (kiedy niektóre z nich posiadają w sobie około 20% białka - i śmiało można by je uznać za produkty białkowe, nie-węglowodanowe, tylko należałoby wziąć pod uwagę ich IG). Oczywiście te produkty wysokoskrobiowe mogą też jeść diabetycy, ale nie w takich dużych ilościach, jak zaleca medycyna i dietetyka klasyczna. Węglowodany (monosacharydy, dwusacharydy - czyli cukry proste) - winny być bardzo ograniczone w spożywaniu, a niektóre całkowicie wyeliminowane. Owe cukry występują w takich produktach, jak: owoce, miód, mleko, słodkie napoje. Powinni zjadać węglowodany "niskoindeksowe"), czyli o niskim IG (niskoglikemiczne), czyli takie, które po ich zjedzeniu/spożyciu - w niewielkim stopniu i wolniej zwiększają stężenie cukru we krwi. Można do nich zaliczyć te, które mają dużą ilość błonnika (żywego) - czyli warzywa oraz te, które są jak najmniej przetworzone i nie oczyszczone przemysłowo.


Hipoglikemia. Jest to zjawisko niskiego stężenia cukru w krwi. Medycyna w tym miejscu zaleca zwiększenie spożycia węglowodanów. I sprawę uważa za załatwioną. Tym czasem może to być początek dużych nieprawidłowości. Oczywiście że, aby zapobiec groźnemu niedocukrzeniu organizmu, należy podać ten przysłowiowy cukier w kostkach czy też ten normalny, który będzie działał jako lek ratujący życie. Ale nie możemy tego stanu leczyć w ten sposób, jakbyśmy leczyli migreny środkami przeciwbólowymi. Takie usuwanie objawów nie przywróci nam prawidłowej funkcji insuliny. Kiedy chory, ratując się w tym stanie hipoglikemicznym, zjada pewne ilości cukru, to organizm wytwarza jeszcze więcej insuliny. W ten sposób dochodzi do eskalacji epizodów hipoglikemicznych.



                                                                                                







Ps. W moim przypadku potwierdziła się teoria (o dużym stopniu prawdopodobieństwa), z której wynika, że w przypadku oporności na insulinę - trening wytrzymałościowy - daje lepsze efekty niż ćwiczenia aerobowe. Zawsze mnie nudziły takie ćwiczenia, podobnie jak i bieganie czy pływanie. Trening siłowy to inaczej trening wytrzymałościowy. Podczas napinania np. "bicepsu" - automatycznie podnosimy jego wrażliwość na insulinę. Zwiększamy wówczas dopływ krwi do tego mięśnia, a jednym z czynników regulujących wrażliwość na insulinę jest to, jak dużo może się jej tam przedostać.



                                                                                                                       Zibi

Moje teoretyczne rozważania o chorobach z hiperinsulinemii - część I

Kilka słów na wstępie...

Około 5 lat temu, dokonałem poniższej analizy o chorobach z hiperinsulinemii. 
Obecnie moja wiedza ewoluowała na tyle, że chcąc leczyć przyczynowo hiperglikemię, zastosowałbym kompleksowe leczenie przyczynowe (przede wszystkim: odpowiednia dieta niskowęglowodanowa; ćwiczenia zdrowego oddychania wg dr. Buteyki; oraz ewentualny post głodówkowy wg biocybernetyka Zygmunta Wilkowskiego) - rezygnując prawie całkowicie z zastosowania paraleków, o których mowa poniżej, aby nie manipulować systemem odpornościowym czy też żeby jak najmniej ręcznie go sterować...


W mojej niedługiej praktyce w pewnym gabinecie tzw. medycyny naturalnej, zanim zaczłąem pracować we własnym gabinecie profilaktyki zdrowia, w trzech przypadkach udało mi się podleczyć (nie wiem, czy wyleczyć przyczynowo - straciłem kontakt z chorymi) z cukrzycy II stopnia oraz w jednym przypadku (gigantyzm) - nie zanotowałem konkretnej poprawy stanu zdrowia (nie wiem, czy moje zalecenia były rzetelnie zastosowane i jak długo były stosowane...). W wyżej opisanych przypadkach zastosowałem odpowiednią dietę nieskowęglowodanową (zbliżona proporcjami do diety dr. Lutza) plus paraleki (chrom organiczny oraz Vanadyl sulfate). Owe schorzenia, jak widać, wynikały z insulino-oporności. Obecnie początkowo wdrożyłbym kurację Slow Magiem lub chlorkiem magnezu w postaci tzw. oliwki magnezowej, następnie wdrożyłbym w ciężkich przypadkach ewentualnie chrom (zastanawiam się nad rodzajem i jakością tego minerału) oraz siarczan wanadylu. W bardzo opornych przypadkach podawany Vanadyl sulfate jest imitatorem insuliny, który zastępuje funkcje insuliny, wykorzystując jednak inny mechanizm. Lek ten przedostaje się przez inne receptory insulinowe, bowiem gdyby się przedostawał przez te same, nie byłoby z niego żadnych korzyści. Zostało rzekomo udowodnione, że wykorzystany jest tutaj inny mechanizm do obniżania poziomu cukru w krwi, oszczędzając insulinę a tym samym pomagając organizmowi do uwrażliwienia na jej działanie. Biorąc powyższe pod uwagę, weryfikowana przeze mnie teoria jest o dużym stopniu prawdopodobieństwa lub o niskim stopniu fałszywości.    


Insulina (z łac. insula - wyspa, pochodzi od wysepek Langerhansa trzustki, gdzie insulina jest produkowana) jest hormonem, który obniża poziom cukru w krwi...

Każdy lekarz nam tak powie. Ale medycyna nie wie o tym, że jej pierwotna funkcja wcale nie była taka. Przypuszczalnie mogło to być zwykłym efektem ubocznym jej działania. W toku ewolucji, jedną z funkcji insuliny było magazynowanie materiałów zapasowych. Ponieważ pochodzimy z czasów obżarstwa i głodu, to dzięki insulinie potrafiliśmy nagromadzić nadwyżki dostarczanej energii z czasów obżarstwa, na czasy głodu. Tak więc istniejemy dlatego, iż organizmy naszych przodków potrafiły gromadzić składniki odżywcze, podnosząc poziom insuliny w odpowiedzi na podwyższony poziom dostarczonej energii. No, obecnie również wiemy, że prócz insuliny, nasza bytność w tych czasach i brak całkowitej degeneracji – to zasługa wirusów i bakterii, dbających o czystość zachowania gatunku (to tak dodam na marginesie). 


Mamy też takie hormony, które podwyższają poziom cukru w krwi...

Są to: glukagon, hormon wzrostu, kortyzon, epinefryna. Prawdopodobnie naszym pierwotnym problemem w toku ewolucji było podwyższanie poziomu cukru w krwi przez organizm, w ten sposób, aby komórki mózgowe i nerwowe, erytrocyty oraz komórki pnia nerek mogły dostatecznie wyżywić się glukozą. Z uwagi na fakt, że mamy tylko jeden hormon obniżający poziom cukru możemy domniemywać, że w naszych pradziejach ewolucji – nie było to czymś ważnym. Dopiero rewolucja w rolnictwie (kilka tysięcy lat temu) oraz przemysłowa (ponad 200 lat temu) – „namieszały” ludziom w zmyśle smaku. Zwłaszcza po tej ostatniej rewolucji, gdzie przemysł przetwórczy zaczął rozbijać pokarm na poszczególne składniki oraz zmieniać smak, mieszać produkty itd. Moim zdaniem największą szkodę (hiperinsulinemię) powodują produkty tzw. rafinaty, czyli o dużej zawartości cukrów prostych a do tego rafinowanych. Tak więc w konsekwencji niektóre organizmy mają kłopoty z metabolizmem cukrów jakichkolwiek. Nawet tych ze spożytych słodkich warzyw i owoców. 


Kiedy organizm odczuje, że poziom cukru w krwi wzrósł, to odbiera to jako sygnał, że ma go w danej chwili więcej niż potrzebuje...

Ponieważ już go organizm nie spala, to kumuluje się on w krwi. Wówczas wydzielana jest insulina, której zadaniem jest ten cukier zabrać i przechować w postaci glikogenu. Jest on w wątrobie i w mięśniach. Jeśli zapasy glikogenu zostaną wypełnione, to organizm nadwyżki glukozy przechowuje pod postacią np. trójglicerydów lub/i  nasyconych kwasów tłuszczowych. Z tego jasno wynika, że zalecana przez lekarzy dieta wysokowęglowodanowa (duża ilość cukrów złożonych), przy jednoczesnym unikaniu tłuszczów – jest nieporozumieniem, bowiem organizm i tak sobie nadmiar węglowodanów przerobi i przechowa jako nasycone kwasy tłuszczowe. 


Jak dochodzi do insulino-oporności/insulino-odporności (hiperinsulinemii)...?

Odporność na insulinę można porównać do słuchania głośnej muzyki (np. tzw. metalicznej) i dążność do jej ściszenia. Tak samo komórki próbują się chronić przed szkodliwymi skutkami jej wysokiego stężenia w krwi. Regulują swoją aktywność receptorową w ten sposób, by nie musiały ciągle odbierać tych szkodliwych bodźców. Albo inaczej – odporność na insulinę jako siedzenie w zaśmierdłym pomieszczeniu, gdy po pewnym czasie nic się już nie czuje, gdyż przestaliśmy na ten fetor reagować, czyli przestaliśmy być na niego wrażliwymi. Jeśli to pomieszczenie opuścimy, a po chwili wrócimy to znów poczujemy ten fetor, gdyż ponownie staliśmy się nań uwrażliwieni. Można to znów porównać do tego, jakby człowiek tracił słuch i prosił wszystkich w swoim otoczeniu, aby do niego głośniej mówić, żeby ich lepiej słyszeć. Będąc na miejscu trzustki, trzustka powinna głośniej mówić, zaś słuch – coraz bardziej by się pogarszał. Niektóre przypadki głuchoty są skutkiem nadmiernej ekspozycji komórek słuchowych na hałas. Po pewnym czasie komórki słuchowe mogą tylko „podkręcać” mózg, żeby można było coś usłyszeć, ale w którymś momencie zostają one zabite. Medycyna, lecząc jakby popędza organizm do produkcji insuliny. To tak, jakby koń ciągnął wóz pełen węgla pod górę i w pewnym momencie brakłoby mu sił, i zatrzymałby się. Wówczas woźnica potraktowałby go batem. Koń wciągnąłby cały ładunek na górę, ale będąc na szczycie, padłby ze zmęczenia. Z odpornością komórek na insulinę jest tak, że komórki są wystawione na jej działanie. Stają się coraz bardziej na nią odporne. W związku z tym trzustka wydziela trochę więcej insuliny. Są przypadki pacjentów, gdzie po zbadaniu poziomu cukru (cukier w normie), a poziom insuliny jest około 100. Norma określająca poziom insuliny w krwi na czczo powinna wynosić około 10-20; po zjedzeniu produktów cukrowych – powinien podnieść się maksymalnie do 40.  
Pacjent, który ma w normie poziom cukru w krwi, zaś poziom insuliny na czczo – około 90-100 – musi mieć organizm bardzo oporny na działanie insuliny. Z tego więc wynika, że taki pacjent nie jest statystycznym cukrzykiem, ewentualnie może nim być w niedalekiej perspektywie, bowiem trzustka w nieskończoność nie będzie produkować tak wysokich dawek insuliny. Kiedyś ta "chabeta" padnie (porównanie do konia ciągnącego ładunek na górę, bitego batem; woźnicę - nie interesuje to, że koń smagany batem, resztkami sił wciągnie tę furę węgla na górę, i potem padnie; lecz interesuje go tylko, aby ów ładunek wciągnął; podobnie leczy medycyna, podając leki na cukrzycę typu II - następnie, kiedy trzustka już nie produkuje insuliny, chorego szprycuje się egzoinsuliną w zastrzykach, bowiem chorego doprowadzono już do cukrzycy typu I)... 
Początkowo komórki u takiego pacjenta (jak wyżej - poziom insuliny - 90-100; poziom cukru - w normie) nie "słuchają" insuliny, więc trzustka u niego musi jeszcze być stosunkowo silna, że jej komórki beta potrafią jeszcze produkować tyle insuliny; trzustka potrafiła tak głośno "wrzeszczeć", że komórki jego jeszcze "usłyszały" insulinę. Ale przecież wiecznie tak stan rzeczy nie będzie trwał a trzustka nie będzie produkować tak wielkich ilości insuliny. W takim przypadku pacjent zostanie diabetykiem typu I oraz może nabyć innych chorób z tzw. insulinooporności czy też z hiperinsulinemii.Owe błędne koło rzekomo może powstawać już zanim się urodzimy. Taka insulinoodporność może być już w chwili połączenia plemnika z komórką jajową. Jeśli matka, będąc w ciąży była na diecie wysokowęglowodanowej (tzw. śmieciowej - cukry rafinowane i lichej jakości białko lub "korytkowej" - dla tzw. bogaczy). Tak powstała zygota może już być odporna na insulinę. Ale tu nie chodzi o wyciąganie wniosków tego typu, że to są choroby genetyczne. Można się urodzić z insulinoodpornością, ale to nie znaczy, że geny nasze muszą mieć z tym coś wspólnego, że taki stan generuje determinację genetyczną (słuchając wykładu doktora Liptona, wiem, że choroby genetyczne to kolejny mit na użytek własny medycyny i farmacji). 
Tak więc cukrzyca nie jest chorobą genetyczną, Wiem, że każda inna - wynikająca pośrednio z hiperinsulinemii czy też nie - nie jest chorobą genetyczną. Takich chorób nie ma. Gdyby nawet się miało predyspozycje uwarunkowane genetycznie, to byłaby to bardzo rzadka choroba. Niektóre źródła podają, że bardzo duża ilość noworodków rodzi się z cukrzycą, jakby to była choroba zakaźna, ale przecież nie jest. Dlatego badacze podciągają ją pod chorobę gentyczną/"cywilizacyjną"? Jeśli teraz się ludziom wmówi, że to jest taka choroba dziedziczona, że nieuleczalna, to tym sposobem/straszakiem się nakręca koniunkturę biznesową lobby farmaceutyczno-medycznego, a konkretnie koniunkturę przemysłu diabetologicznego. Pacjent chory na cukrzycę ma jakby zaszczepioną tę świadomość, że do końca swoich dni musi być związany ze swoim diabetologiem i jego poplecznikami w tym przemyśle oraz w przemysłach z nim korelujących. 


Insulina jest także hormonem anabolicznym...

Również istotnym dla nas faktem jest, że insulina magazynuje magnez oraz inne składniki odżywcze. Kontroluje też współzawodnictwo pomiędzy glukozą a witaminą C w przedostaniu się do wnętrza komórki. Mają podobną do siebie budowę chemiczną. Witamina C potrzebna jest białym krwinkom aby te mogły fagocytować bakterie i wirusy. Jeśli więcej będzie glukozy, to mniej witaminy C dostanie się do komórki. Wówczas tzw. indeks fagocytyczny będzie niższy i może obniżyć się odporność organizmu. Ale żeby doszło do takich zależności, musi najpierw dojść do zjawiska neutralizacji toksemii poprzez użycie takich „dyżurnych” neutralizatorów jak magnez czy wapń… Czyli znów jasno wynika, że u źródła jest toksemia a dopiero potem efekt pośredni tej toksemii to kaskada chorób wynikających z nieprawidłowo funkcjonującego systemu odpornościowego, który był obciążony ową toksemią, spotęgowaną o dysfunkcję systemu hormonalnego, skutkującą uszkodzeniem ważnych organów organizmu. 


Insulina jest też tzw. hormonem mytogennym...

Stymuluje podziały komórkowe. Problemu by nie było, gdyby na insulinę uodparniały się wszystkie komórki, ale jest tak, że jedne się uodparniają mniej lub więcej, a inne – w ogóle. Najpierw uodparnia się wątroba, następnie tkanka mięśniowa, a na koniec tkanka tłuszczowa. Po uodpornieniu się tych komórek w głównych tkankach, uodparniają się inne. Insulina działa na komórki wątrobowe w ten sposób, że ogranicza im ilość produkowanego przez nie cukru. Cukier w organizmie pochodzi z pożywienia oraz z tego, co wyprodukuje wątroba. Cukier na czczo – pochodzi właśnie z tej produkcji wątrobowej, czyli z glikogenu.    
Jeśli wątrobą jest odpowiednio wrażliwa na działanie insuliny, to tego cukru w środku nocy zbyt dużo nie wyprodukuje. Ale jeśli jest oporna na jej działanie – to cała masa cukru pływa we krwi.    W następnej kolejności uodparnia się tkanka mięśniowa. Tkance mięśniowej potrzebna jest insulina po to, by umożliwiała jej spalanie glukozy. W przypadku oporności na nią, cukier wyprodukowany przez wątrobę – nie może zostać spalony. Ponieważ wątrobą produkuje zbyt dużo cukru, mięśnie tego cukru nie mogą spalić – następuje wzrost poziomu cukru w krwi. Zanim stanie się oporna tkanka tłuszczowa na działanie insuliny, to przez jakiś czas jej komórki pozostaną na nią wrażliwe. Insulina działa na nie w ten sposób, że bierze udział w magazynowaniu tłuszczu jako produktu otrzymanego z przerobionego cukru. Dopóki komórki tkanki tłuszczowej się nie uodpornią na działanie insuliny – to my tyjemy. Jeśli my tyjemy, to komórki zwiększają swoją odporność.   
Po uodpornieniu się tych tkanek na działanie insuliny, trzustka próbuje jeszcze ratować sytuację, wydzielając coraz to większe ilości insuliny. To wtedy dochodzi do hiperinsulinemii. Jej poziom może wynosić około 100.    
Są takie tkanki, które się nie uodporniają do końca na działanie insuliny  (np. śródbłonek, powłoki wyścielające arterie). W związku z tym insulina działa bezpośrednio na ową wyściółkę. Może wówczas dojść do osadzenia się płytki, a ponieważ insulina jest hormonem mytogenicznym, powodującym podział komórek śródbłonka – to może oznaczać, że w przyszłości może tworzyć się guz śródbłonkowy.    
Może mieć wpływ na wzmożenie nowotworzenia (z uwagi na swoją mytogeniczność).     
Moim zdaniem w chorobie nowotworowej trzustki byłoby uzasadnione zastosowanie okresowo diety nieskowęglowodanowej (np. Dieta dr. Lutza).
W tym miejscu zaznaczę, iż wiem skąd mógł się wziąć mit medyczny w temacie dotyczącym leczenia raka oraz infekcji grzybiczej… Mianowicie mit ten mówił o tym, że raka i grzyba należy zagłodzić poprzez odcięcie im produktów bogatych w cukry (wysoki IG). Obecnie wiem, że mogło tutaj chodzić o zastosowanie odpowiedniej diety niskowęglowodanowej w niektórych przypadkach raka, ale nie w celu zagłodzenia raka, lecz aby zbić poziom insuliny, której właściwości mytogeniczne mogły wzmóc podział komórek guza śródbłonkowego. Natomiast niedorzecznością było twierdzenie, że możemy dokarmiać grzyba, będąc na diecie wysokowęglowodanowej. Zarówno w jednym jak i w drugim przypadku chodziło więc o obciążanie (zalewanie szlaków metabolicznych cukrami) organizmu, ale tzw. rafinatami (odartymi cukrami z innych substancji odżywczych), które były bardzo toksyczne dla organizmu. Ponieważ organizm musiał je naturalizować i utylizować, to wówczas był osłabiony a tym samym podatny na atak enzymatyczny (np. grzyba czy innego patogenu). Oczywiście, w przypadku raka dodatkowo obciążony był system odpornościowy toksemią. 


Skoro isnsulinoporność powoduje ucieczkę magnezu z moczem, to pociąga za sobą wydalanie wapnia organicznego z organizmu....

Można zatem założyć, że efektem pośrednim toksemii jest hiperinsulinemia, która może przyczyniać się do powstawania osteoporozy. Wniosek z tego, że osoby chore na tę przypadłość - powinny zastosować w pierwszej kolejności kurację Slow Magiem. Następnie dopiero „nawapnianie” ale za pomocą znanych nam naturalnych suplementów, czyli KB z dodatkiem maku, sproszkowanych skorupin jajek, zielonych świeżych warzyw, nieprzetworzonej maślanki czy serwatki. 


Osteoporoza...

Wiemy, co to jest za choroba i jak powstaje. Ale warto się też zastanowić, czy prócz toksemii ab ovo jako głównej przyczyny, przyczyną pośrednią czy czynnikiem współistniejącym, jest także hiperinsulinemia.   Wiemy, że dochodzi wówczas do utraty magnezu a i wapnia również. Jeśli będziemy zażywać duże ilości wapnia farmaceutycznego, to on się nie będzie wchłaniał do kości (jak zakłada medycyna), tylko będzie jeszcze bardziej pogłębiał jego deficyty. Kolejne szkody są takie, że nie dość że się nie wchłonął, to jeszcze zabrał nam pewną dozę naszego wapnia z organizmu i – całość odłożył gdzieś w tkankach układu wydalania, a także w innych tkankach (np. aparatu ruchowego). Choroba pogłębia się, jeśli hormony anaboliczne podlegające kontroli insuliny nie słuchają jej i dochodzi do dysfunkcji. Dalej – IGF (hormon wzrostu), testosteron, progesteron (anaboliczne) – stają się głuche na działanie insuliny a tym samym nie są na nią wrażliwe. A zatem może dochodzić dodatkowo do kolejnych schorzeń. Jest to wynik rozsynchronizowania się odpowiednich ujemnych sprzężeń zwrotnych, braku komunikacji na poziomie komórkowym. 


Insulina sprawuje też kontrolę nad hormonem wzrostu, który produkuje przysadka mózgowa...

Jest on prowadzony do wątroby jako erzatz, a dopiero wątroba produkuje IgF (insulinopodobny czynnik wzrostu), który krąży po organizmie. Strukturalnie jest bardzo podobny do insuliny. Wracając do funkcji insuliny, która stymuluje podziały komórkowe, mamy  na myśli reakcje krzyżowe insuliny z  receptorami IgF. Prawdopodobnie, w toku ewolucji IgF powstał z insuliny. Insulina może działać niezależnie, samodzielnie, nie potrzebując do towarzystwa IgF. Hormon wzrostu bez insuliny – raczej nie jest aktywny. 


Wpływ hiperinsulinemii na tarczycę oraz na hormony płciowe...

Tarczyca wytwarza hormon FT4, który jest transportowany do wątroby i głównie tam jest przekształcany w FT3 (w innych tkankach mniej). Ponieważ tkanka wątrobowa jest pierwszą, która się uodparnia na działanie insuliny (nie słucha jej), organizm nie może prawidłowo syntetyzować FT3 z FT4. Możemy mieć wówczas nieprawidłowości z funkcją tarczycy, pomimo tego, iż poziom głównego hormonu tarczycy FT4 jest w normie. Po obniżeniu poziomu insuliny, FT3 – podniesie się. Do nadczynności tarczycy może dojść wówczas, kiedy poziom TSH będzie niski (nieprawidłowości w funkcjonowaniu przysadki i podwzgórza wynikające np. z infekcji odgrzybiczej i osadzania się w nich neurotoksyn) a FT3 i FT4 – wysoki. Toksemia spowodowana odkładaniem się toksyn w tłuszczowej tkance brunatnej oraz spotęgowana rozchwianiem się homesotazy układu hormonalnego jako przyczyna różnych chorób patologicznych.
Hormony płciowe takie jak: estrogen, progesteron i testosteron – insulina również kontroluje czy też pomaga organizmowi w kontroli nad ich funkcją. Insulina pomaga w kontroli produkcji cholesterolu. A hormony sterydowe wywodzą się z cholesterolu. Hormony te są rozprowadzane po organizmie za pomocą tzw. globulin, które wiążą hormony płciowe. Im więcej jest tych związanych, tym mniej jest tych wolnych i aktywnych. Insulina również sprawuje kontrolę nad owymi globulinami. 
Reasumując, nie ma takiego hormonu, na który insulina nie miałaby pośredniego wpływu, albo bezpośredniego – poprzez swoją funkcję kontrolną. 


Choroby układu sercowo-naczyniowego...

Wspomniałem już o ucieczce magnezu z moczem na skutek hiperinsulinemii. Jedną z głównych funkcji magnezu wewnątrz komórki jest rozluźnianie mięśni. Gdy organizm nie może magazynować magnezu, z uwagi na insuliooporność komórkową, powstają jego deficyty. Naczynia krwionośne zwężają się. W związku z tym wzrasta ciśnienie i zmniejsza się ilość wytwarzanej energii, bowiem magnez jest wykorzystywany we wszystkich procesach wytwarzania energii zachodzących w komórce. Priorytetowe znaczenie magnezu jest jednak takie, że magnez jest niezbędny do działania insuliny oraz do jej magazynowania.Związek przyczynowo-skutkowy jest taki: Im większy jest poziom insuliny, tym więcej organizm traci magnezu, a komórki stają się jeszcze bardziej inuslinooporne. Wówczas naczynia krwionośne jeszcze bardziej obkurczają się. Glukoza ani insulina nie mogą się dostać do tkanek, co skutkuje dalszą ich insulinoodpornością. I znów organizm traci więcej magnezu. Błędne koło. Z uwagi na spadający poziom magnezu oraz zwężenia naczyń krwionośnych - hiperinsulinemia powoduje również zatrzymanie sodu. A to dalej skutkuje zatrzymaniem płynów i dalszy wzrost ciśnienia krwi. I tak może dochodzić do choroby przekrwiennej serca.   
W tym miejscu również nadmierny poziom insuliny znacznie pobudza układ sympatyczny, czyli współczulny. Skutkiem zjedzenia wysokowęglowodanowego posiłku jest podniesienie poziomu cukru w krwi, a to z kolei powoduje podniesienie poziomu insuliny, co skutkuje właśnie pobudzenie układu sympatycznego. Pobudzony układ parasympatyczny powoduje zwężenie tętnic, a właściwie ich skurcz. 
Prawdopodobnie pacjent podatny na atak serca, właśnie wtedy może go dostać. Ale my wiemy, że przyczyną główną ataku serca nie jest tylko jedzenie posiłków wysokowęglowodanowych. 


Insulina jest też mediatorem lipidów krwi...

Istnieje zależność pomiędzy poziomem trójglicerydów a poziomem insuliny. Z tego wynika, że nie musimy stosować leków na obniżenie TG. Możemy je sami wyregulować poprzez zastosowanie odpowiedniej diety niskowęglowodanowej.
LDL, jako największy tzw. superantyoksydant w organizmie człowieka, bardzo łatwo reaguje z tlenem (wolne rodniki tlenowe). Bardzo łatwo też udaje mu się przedostawać przez maleńkie szczelinki w śródbłonku. I to właśnie jego poziom jest podnoszony przez odporność na insulinę. 


Insulina, a właściwie odporność na nią - może wpływać na zbyt gwałtowne krzepnięcie krwi... 

Powoduje przekształcanie się makrofagów w komórki porowate (foam Wells), które zbierają zapasy tłuszczu. Insulina, a raczej jej nadmiar pośrednio przyczynia się do powstawania chorób układu sercowo-naczyniowego
Powoduje budowę płytki, zwęża tętnice, pobudza układ sympatyczny, zwiększa kleistość płytek krwi oraz skłonność krwi do koagulacji. Pomaga też w pośredniczeniu między rozszerzaniem się naczyń a ich obkurczaniem, czyli anginą.





                                                                                                Zbigniew Zibi Osiewała

poniedziałek, 19 października 2015

Dlaczego mundurowym i emerytom mundurowym opłaca się głosować na KORWINę...

Pracownicy/funkcjonariusze resortów mundurowych powinni glosować na KORWINę z kilku prostych powodów...

Dążąc do zmiany ustroju z faszyzmu biurokratycznego (rządów ochlokracji socjalistycznej czy socjal-demokratycznej, czyli komuny-bis) na prawdziwy "prawacki" kapitalizm (gospodarka wolnorynkowa) zniesiemy podatek dochodowy, a pozostawimy VAT na poziomie ok. 15-17%. W wyniku takiego działania zostanie napędzony rozwój gospodarki. Natychmiast, jak grzyby po deszczu, powstaną nowe zakłady pracy.

Właściciele owych zakładów zaczną zatrudniać pracowników nie tylko na jedną zmianę, ale i na dwie, trzy, bo koszty nowych - i w ogóle: miejsc pracy - będą niewielkie. Jeśli tak, to bezrobocie zmaleje praktycznie do zera, a w postępie geometrycznym wzrośnie zatrudnienie pracowników, z których to wynagrodzeń będą odprowadzone podatki VAT na poziomie jak wyżej, czyli odwrócona zostanie piramida podatków i płac.

Obecnie przeciętny Kowalski odprowadza wszystkich podatków i składek na poziomie ok. 83%. Zostaje mu w kieszeni ok. 17%. W ustroju niewolniczym odprowadzał dla swojego pana podatek rzędu 90%, pozostawało mu w kieszeni 10%, ale jest jedno "ale": jego pan gwarantował mu wikt, opierunek, dach nad głową i czasami rentę dożywotnią za wypadek przy pracy.

Z tego wynika, że obecny ustrój (tfu!) demokratyczny jest gorszy od niewolniczego - porównując je oba, jako mega niewolnicze. Dzisiejszy "pan"  nie gwarantuje nam praktycznie nic: ani wiktu, ani opierunku, ani dachu nad głową, ani głowy nad dachem, ani nic... (czytaj: klasyk z Białegostoku)

źródło: Internet


Powód pierwszy - główny

Skoro odwrócimy ww. piramidę i będzie zostawać nam w kieszeni ok. 80%, a ok. 20% pójdzie na podatek dla państwa, to z tych podatków będzie utrzymywana tzw. budżetówka, w tym służby mundurowe. I na tym będzie się ograniczać li tylko tzw. opiekuńcza rola państwa (zabezpieczenie wewnętrzne i zewnętrzne państwa). Cała reszta uszczęśliwiania nas na siłę przez całe tabuny/armie urzędasów - zniknie.

Doskonale sobie poradzimy bez ich niedźwiedzich przysług w życiu prywatnym i zawodowym, mając te 80% zarobków w kieszeni. Natomiast 20% odprowadzonego podatku chętnie przekażemy na służby mundurowe i resztę "budżetówki", odchudzonej przynajmniej o ok. 500 tys. pasożytów-urzędasów. To będzie godziwa zapłata za służbę, a nie ochłap/jałmużna z ok. 2% dla mundurowych.

Skoro priorytet podatkowy i podstawa podatkowa pójdzie na wojsko, policję, straż pożarną, SW, inne - to znaczy, że będzie to o wiele więcej pieniędzy, niż obecne przeznaczanie w sposób zmarginalizowany. Jeśli kilkakrotnie więcej pieniędzy na działalność resortów, to kilka razy więcej też środków pieniężnych na wypłaty, co istotnie wpłynie na sytuacje korupcjogenne na styku obywatel i funkcjonariusz, tj. w pewnym stopniu je ograniczy.

Zdaje się, że w policji do tej pory istnieją jakieś śmieszne limity paliwa, brak sprzętu, warunków do pracy, itp. itd. Za moich czasów policjant, tzw. śledczy, musiał sobie czasem kombinować własnym przemysłem: a to maszynę do pisania (bo jedna była na wydział i zawsze zajęta, o elektrycznej mógł sobie pomarzyć); a to papier maszynowy, czy "podaniowy" musiał ukraść w urzędzie miasta lub dostał od bogatszej firmy (w której prowadził dochodzenie przeciwko tej firmie, a w zamian za to wymagano od niego, żeby nieco przymrużył oczy na sprawę - wszechobecny i korupcjogenny sponsoring na szczeblu gminnym na przykład). W innym urzędzie dostał w prezencie lub skroił: popielniczkę, długopis "nieświadomie", odruchowo schował do kieszeni, a tylko mu pożyczono do podpisania protokołów, spinacze biurowe, zszywacz.
W KW PZPR dostał od swoich kolesi dziurkacz (albo im podiwanił, jak widział, że czerwone pająki wraz ze swoimi podopiecznymi z "bezpieki", nudząc się grali w pokera, biesiadowali, dziurkowali se wycinanki i prostowali spinacze biurowe, a jego postawili na czatach - oddelegowany na czas obrad plenum, jako tajnego agenta mundurowego paraBORu). Podczas burzliwych posiedzeń plenarnych PZPR, w przerwach, robili samoloty z papieru maszynowego i puszczali z najwyższego piętra budynku komitetu. Ich wzorem, na przeżycie dnia pracy, funkcjonariusze SB, takie same samoloty puszczali z najwyższego piętra budynku KWMO. Jeden puszczał samolot, a drugi po niego schodził lub zjeżdżał windą, przynosił - i potem była zmiana. I tak było do obiadu.

Po przerwie obiadowej sjesta poobiednia, dłubanie w zębach, prostowanie spinaczy, pisanie fikcyjnych notatek urzędowych ("czyszczenie sufitu"; z reguły głównym źródłem "osobowym" informacji była gazeta, np. "Głos Robotniczy", której treść dopasowywano i ubogacano fikcyjną informacją, zdobytą jakby od swojego informatora, czyli tzw. korka, za którą często przekazywali fikcyjną zapłatę z funduszu operacyjnego) i wykazywanie, ze się było w terenie na działaniach operacyjnych i odbyto spotkania z TW.

Jeśli tego samego dnia nie było kontroli przełożonego, to te notatki darto i następnego dnia produkowano od nowa, wykazując się pracą biurową. Dodam tylko, że po sjeście poobiedniej, jak nie darli notatek, to wypełniali czas umawianiem się z kolegami po fachu na imprezkę z okazji imienin lub urodzin, albo bez okazji, organizowali składki itd.  No i tak dopracowywali w pocie czoła do 15.30.  I całą ławą biegli do wind, aby jak najszybciej opuścić "katorżnicze" miejsce pracy.
W ten sposób na "pierwszego" znów była wypłata. W domu opowiadali żonie i dzieciom, jak to bohatersko działali w akcjach np. przy likwidacji niebezpiecznej siatki szpiegowskiej, czy grupy przestępczej "podziemia", produkującej ulotki o treści antysocjalistycznej i antypaństwowej, lub opowiadali treść filmu sensacyjnego lub snu z czasu sjesty.

Powód drugi

Możemy przywrócić "bezpiecznikom"-emerytom odebrane im przez sitwę PO-PiSu emerytury (nie mają co liczyć na Sztrasburg, że im przywróci). Ale to przywrócenie części emerytur nie oznacza naszej miłości do "bezpieczników", choćby z powodów opisanych powyżej, ale dlatego, żeby pokazać, jak komuna bis (banda czworga i ich odchody, czyli sitwa pookrągłostołowa) łamała prawo, działając wstecz (Lex retro non agit).
Naruszono: Pacta sunt servanda (umów należy dotrzymywać), czyli podpisanie umowy między państwem a obywatelem jest rzeczą świętą, nienaruszalną. A PO-PiSowy motłoch, na zasadzie jakiejś dziwnej odpowiedzialności zbiorowej, odebrał częściowo świadczenia emerytalne ww. obywatelom.

JKM oświadczył, że gdyby funkcjonariusz, kat, pracujący na ówczesnych usługach tzw. komuny ściął głowę jego ojcu, a obecnie znalazłby się w grupie, której odebrano większą cześć emerytury, to i jemu by ją przywrócił!


Pragnę na chwilkę jeszcze powrócić do tematu kolesi "bezpieczników", których pewnie dla polewu i dla odwrócenia od siebie uwagi, funkcjonariusze byłej "Informacji", czyli spec służb (WSI), ustami Frantza Maurera w filmie Pasikowskiego "Psy"- przemycili plebsowi ściemę pt. SB to najpoważniejsza, najgroźniejsza mafia świata, najlepiej przeszkolona formacja spec służb, zorganizowana grupa przestępcza o charakterze zbrojnym. Koń by się uśmiał równie mocno, jak chłopaki "wsiowe"... Pewnie mnie przeklną ci, którzy byli de facto największymi nieudacznikami i gamoniami, gorszymi od zomowców w formacji pt. "Pięść uderzeniowa partii"/"Serce bijące partii", czyli tzw. esbecja. To "bezpieczniacy" inwigilowali harujących na cały resort MSW policjantów, strażaków, wopistów, nadwiślańczyków.
To oni dokładnie w punkt 15.30 służbę zostawiali za bramą, podczas gdy ich murzyni z MO (np. funkcjonariusze operacyjno-dochodzeniowi ) zostawali po godzinach w robocie, czasem to owe "po godzinach" trwało kilka dób oraz dodatkowych kilkanaście godzin na odreagowanie stresu w kasynie, co niektórych doprowadziło w prostej linii do uzależnienia od "gołdy".

Co byli warci "bezpieczniacy", można było stwierdzić po wspólnych działaniach policjantów z nimi, jako "policjantami politycznymi", np. podczas stanu "PZ" w trakcie trwania ciszy wyborczej i zabezpieczania wyborów referendalnych czy parlamentarnych w Warszawie.
Przyszli do roboty na 12 h lub na 24 h, np. do jakiejś komendy lub komisariatu MO z takim wyposażeniem, jakby wybierali się na wyprawę co najmniej na Szpicbergen na miesiąc. Z rodziną żegnali się, jakby szli na wojnę. Będąc na służbie ciągle telefonowali do rodziny, zdając relację z "frontu", jakie te "solidaruchy" są niebezpieczne... Milicjant spał na siedząco lub na stojąco, a "bezpiecznik" na kanapie komendanta albo na fotelach albo w najgorszym wypadku na podłodze, ale w śpiworze i koniecznie przebrany w pidżamkę i "szlafmycę"w postaci czapki kominiarki, z bronią w kaburze operacyjnej.
Kiedy poszedł w obchód w rejon zabezpieczenia obiektu wyborczego, prosił o asystę dwóch milicjantów lub jednego z psem służbowym. I przez całą służbę nie mógł wyjść z podziwu dla profesjonalizmu przewodnika psa obronnego, jego uzbrojenia w środki przymusu i dla samego psa.
Ponieważ prawdziwego przestępcę ściganego przez podobnie uzbrojonego policjanta widział tylko w telewizorze, to też potrafił indagować go o temat specjalnych psów służbowych, i jakie było zdziwienie "bezpiecznika", kiedy zaglądając psu pod ogon stwierdził, że to normalny pies płci męskiej. Zdając co pół godziny żonie relację z działań operacyjnych otrzymał od niej informację, z której wynikało, że krąży plotka po mieście, iż miasto patrolują milicjanci uzbrojeni po zęby ze specjalnymi psami służbowymi o dwóch ch*.

Jeszcze raz pragnę podkreślić, że my, jako ideowcy prawdziwi, na czele z JKM, chcemy przywrócić prawdziwą ideę przestrzegania prawdziwego porządku prawnego, a nie żeby inna frakcja tej samej bandy czworga, która dopcha się do koryta - łamała ten porządek prawny i szukała na swoich kolesi z przeszłości jakiejś kary w postaci odpowiedzialności zbiorowej.

!!! Pragnę z góry przeprosić i odszufladkować niektórych tych kolegów, którzy pracowali rzetelnie, profesjonalnie  i godnie w odpowiednich pionach SB, np. tych typowo roboczych (np. typowo śledczych, lub po linii zwalczania przestępstw gospodarczych; małych i dużych afer popełnionych przez  tzw. bonzów; w pionie kondrwywiadu; itp.) oraz tych, co przeszli do służby w policji do tzw. pionu oper.- doch.

Powód trzeci - hipotetyczny

To jest mniej prawdopodobne, ale teoretycznie możliwe, aby też dla przykładu przywrócić emerytom ww. służb procedurę przyznawania rewaloryzacji rent i emerytur z budżetu ww. resortów, a nie z podległości pod ZUS. To komuch, Leszek Miller, za panowania jego rządów wyłączył policjantów-emerytów spod podległości pod budżet MSW w sprawie rewaloryzacji, sprzedając ich pod ZUS, aby złapać punkty u sitwy PO-PiSowej. Wówczas w żadnym kraju, nawet tzw. trzeciego świata, nie było takiej sytuacji, żeby emeryta-policjanta i innych emerytów ze służb ww. resortów mundurowych w sprawach rewaloryzacji rent i emerytur (tzw. procentowa lub krocząca) usuwać z podległości pod budżet resortu - a przenosić pod taki ZUS.
Komuch Miller będąc też szefem resortu MSW, był tym, po którym najmniej się spodziewano, że sprzeda, jak Judasz, "funkcjuszy" ZUSowi.

Oto przykłady na to, jak mogłoby funkcjonować państwo prawa, np. republika lub monarchia za panowania JKM, zamiast ochlokratycznej d*pokracji, w której dwie żulie spod budki z piwem, większością głosów mają do powiedzenia więcej niż na przykład profesor zwyczajny nauk prawniczych...



poniedziałek, 28 września 2015

Trochę o psychiatrii - jako miękkim ludobójstwie...

 "Ewa Woydyłło: Jesteśmy narodem ćpunów" [KLIK!]

Od dawna o tym powtarzałem: tzw. procesy medykalizacji, farmakolizacji, jatrogenizacji, amerykanizacji społeczeństwa (ogłupiania i wynaturzania Natury, Normalności) - to procesy unicestwiania/redukcji populacji ludzkiej, często z braku świadomości i za ich zgodą (lewacka polityka wielopokoleniowej indoktrynacji propagandy farmaceutyczno-medycznej, opartej na fałszywych, celowo postawionych na głowie, paradygmatach medycznych).

Współczesna psychiatra to jakby miękkie ludobójstwo. Poprzez manipulacje nieświadomością ludzką (np. litem, chlorem, fluorem, prozakiem) - to metody (np. poprzez dodanie ww. substancji do wody kranowej i nie tylko) pozostały w spadku po doktorze Mengele; psychotropami, które pod płaszczykiem antydepresantów de facto działają pro-depresyjnie, doprowadzając chorego z początkowymi lekkimi zaburzeniami neurotycznymi do zaprogramowania go w objawy zaburzeń psychotycznych i w ostateczności do samobójstwa (np. prozak, który jako psychotrop zdaje się został już wycofany z produkcji, miał on chronić przed samobójstwem, a de facto doprowadzał do niego); przemysł przetwórczy, jako poplecznik ludobójczego lobby farmaceutyczno-medycznego - za pomocą rożnych substancji konserwujących, alkoholu, cukrów rafinowanych i innych substancji chemicznych uzależniających (np. w przemyśłe tytoniowym bibułkę namacza się celowo w różnych mieszankach roztworu sachorozowego, aby potencjalny palacz bardziej się uzależniał, nie tylko od nikotyny, ale i od cukru prostego, który bardziej uzależnia niż opium; czyli potęgował swój zespół uzależnień).

Pewne jakieś lekkie zaburzenia neurologiczne, powstałe na skutek endoneurotoksemii (np. z niezdrowego odżywiania: model "korytkowy", "pastwiskowy", "wysokowęglowodanowy" z dominacją cukrów rafinowanych i toksyn chemicznych; objawy chorób z hiperinsulinemii, np. chorób tarczycy; boreliozy; czy prozaicznej grzybicy; itd. itp.), natychmiast leczone są psychotropami, a nie za pomocą leczenia przyczynowego, czyli naturalnego odtruwania i detoksykacji organizmu plus zastosowania psychoterapii bez-lekowej.

Dobrze by było, żeby Pani doktor jeszcze znała przyczynę depresji i autyzmu, ale DOBRE i TO - jeśli idzie o nawrócenie jednego z popleczników blagierskiego lobby farmaceutyczno-medycznego, które jest nadzorowane przez lewacką Żydomasonerię, czyli włodarzy świata...

Pani doktor, proszę czytać: Wprowadzenie - KLIK! oraz KLIK! to zrozumie Pani, że gdyby nie lewackie stawianie Natury i Normalności do góry nogami w celach nakręcania sobie koniunktury biznesowej na niewiedzy i krzywdzie ludzkiej - to człowiek od chwili poczęcia do momentu nieodwracalnego zejścia śmiertelnego, nie chorowałby na żadne choroby tzw. cywilizacyjne, a umierał ze starości. Przy czym należy zaznaczyć, że choroby przeziębieniowe, na które by czasami chorował, byłyby czy są - chorobami o charakterze prozdrowotnym, oczyszczającym, pod warunkiem, że je odchorujemy bez leków, nawet tych naturalniejszych od samej Natury, a za pomocą drugiej, czy trzeciej kołdry plus "doktor sen".

Żeby uprościć Pani edukację wiedzy o zdrowiu (chociaż to będzie z mojej strony niepedagogiczne), to podpowiem, że pośrednią przyczyną depresji może być kandydoza, a autyzm to skutek uboczny szczepień, ale wszystkie mają przyczynę naczelną, którą jest toksemia, czy toksychemia i z niej wynikający nieprawidłowo funkcjonujący system odpornościowy.



Ps. Dodatkowo, polecam uwadze:
Redaktor Gozdyra w "TAK czy NIE" wraz z prof. Gutem zrobili sobie kabaret na temat powikłań poszczepiennych... KLIK!

Boimy się Putina i innych agresorów z zewnątrz (chociaż Pan Przezydent Putin, wg mnie, nie jest większym agresorem niż Obama i inni), a nie widzimy tego, że sami, na własne życzenie, za własne pieniądze, w biały dzień, w białych rękawiczkach, w majestacie prawa - dajemy się unicestwiać przez kartel farmaceutyczno-medyczny; za pomocą chemtrails; porzez filozofię multi-kulti; przez napływ agresorów z Islamu; za pomocą indoktrynacji modernistycznego Kościoła Katolickiego (socjalistyczna, społeczna nauka o KK). 


       "(...) Lekarze to żołnierze w białych kitlach, często tak samo nieświadomi jak ludzie, do których mierzą ze swoich strzykawek i pozostałym arsenałem dostępnym na półkach aptek. To prawdziwy majstersztyk, jaki jest kontynuacją wcześniejszych prób rozwiązywania problemów tego świata za pomocą agresji zbrojnej. Po cóż więc rozpętywać kolejną, skoro w celu eliminacji można wykorzystać świadomość społeczną, jakże pieczołowicie kształtowaną w umysłach homo patiens przez lata. Po cóż celować do kogoś z okopu, budować kolejne obozy koncentracyjne? Cel, jakim jest dzisiejszy człowiek sam pojawi się w umówionym miejscu i ochoczo nadstawi ramienia do przyjęcia strzału. Różnica polega tylko na tym, że metalowe kule zamieniono na płyn o opóźnionym działaniu. Tak, żeby nikt nie skojarzył zgubnych efektów tego zabiegu, jako zwykłego ludobójstwa. Kolejnym plusem takiego rozwiązania jest fakt, że trup ściele się co prawda gęsto, lecz nie trzeba pozbywać się tysięcy ciał z miejsca kaźni oraz dodatkowo tłumaczyć przed cynicznie zatroskaną opinią społeczną. Tutaj liczne zgony można zgrabnie przypisać chorobom cywilizacyjnym, na które i tak przecież w końcu "jesteśmy skazani", a szczepionki pełne trucizn mają dać organizatorom więcej pewności, że na nie zapadniemy i przed ostatecznym pożegnaniem z tym światem damy jeszcze porządnie zarobić. (...)".
                                                                                                                             

Zbigniew Zibi Osiewała


Pps.
Zabijanie i okaleczanie psychotropami - KLIK!    
                                                                                                                                                                                                         
                                                                                                                                                                               
                                                                                                                                                      
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                               

piątek, 4 września 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [Część IX]

Cd. dowodzenia i ostatni...

Kiedy zaczął mnie mocno nurtować temat "zakwaszenia" napisałem do Łukasza D. Kinga maila o treści:
"(...) Łukasz, czy mogę Cię prosić o info, w których numerach miesięczników spisałeś całą prawdę o "zakwaszeniu" oraz w których o wegetarianizmie?
Chcę na niektórych forach przybliżyć ludziom - jak bardzo się mylą stosując jakże modne "odkwaszania" (...).

(...) Kiedy było ze mną bardzo źle, to jadłem tylko mięso, wywary kolagenowe tłuste i stojące oraz jaja, bez warzyw (wszystkie prawie rośliny mnie uczulały - efekt stosowania inhibitorów pompy protonowej, czyli tzw. alkalizatorów/osłonowych ) - czyli teoretyczne "zakwaszanie" uratowało mi tyłek.
Później, poznałem wiedzę dr. Buteyki oraz przyczyny złego trawienia, wynikające głównie (znów!) z lokalnym alkalizowaniem środowisko żołądka oraz z niedotlenienia komórkowego - jako całą kaskadę nieszczęść. (Dobrze, że tutaj J. Zięba z octem przyszedł w sukurs z zakwaszaniem środowiska żołądka - "Ukryte terapie"- cz. IX)

Zawsze ten temat mnie elektryzował i zawsze intuicyjnie trzymałem stronę "zakwaszania". Sami naŁukowcy i naukowcy - do tej pory mają zdania podzielone. Józef Słonecki (błyskotliwy, mistrz szachowy, posiadający dużą wiedzę o prawdziwej profilaktyce zdrowia, tzw. szperacz wiedzy o zdrowiu, bioenergoterapeuta, podobnie jak inni szperacze: Witold Jarmołowicz, Zięba, Ty), też nie rozumiał do końca tej chorej teorii. Bo i nie mógł, jeśli logicznie myślał, a ona była celowo poplątana... przez naŁukowców i ich popleczników od kreaowania chorób.

Moim zdaniem, medycyna natus*alna (zwłaszcza sekta wegów) wymyśliła sobie na pacjenta-leminga straszak w postaci "zakwaszania", żeby proszki zasadowe i inne gówna mogły być dobrze sprzedawane. Ja sam - po zażywaniu proszku dr. Auera - miałem wiele szkód... Kiedyś też dr Krupka zalecał Alkala T i N - robiąc wielkie szkody dla organizmu. Krupka, to kolejny ściemniacz w tzw. medycynie suplemenatacyjnej, wcześniej ortodoksyjnej wersji Diety optymalnej, kreator chorób z "zakwaszenia" i innych. A dr Klarkowa, dr Rath, dr Janus - to kontynuatorzy wiedzy z dziedziny parazytologii. Uskuteczniając straszaki parazytami, poprzez (np. zappery, aparaty Mora, inne sprzęty) diagnozowali chorych i niszczyli mikroby, jako główne zło na Ziemi, jako przyczyna wszelkich chorób...

Obecnie straszakiem/mitem jest "zakwaszanie". Optymalni straszyli "przebiałczeniem", później dr Ponomarenko sprostował na "zakwaszanie". My (nieliczni dociekający prawdziwej wiedzy o zdrowiu) dzisiaj wiemy, że owe "zakwaszanie" to pozytyw, ale biorąc pod uwagę niebanie się jedzenia białka zwierzęcego. Właśnie u Optymalnych było słabe "zakwaszanie", bo były zaniżone normy białka zwierzęcego i węgli. Ponadto błąd polegał też na łączeniu w jednym posiłku sporą ilość tłuszczu i spora ilość węgli (pomimo ich norm, że do 50 g na dobę lub do 80 g). W każdym razie wg Optych lekiem na całe zło było zalanie każdego "szkodnika" tłuszczem, i już! Tym czasem wiemy, jak zadziałała trzustka, i co się otłuściło, jakie organy i tkanki. Doszło do procesu neolipogenezy i jej opłakanych skutków.

Chyba żeby nazywać "zakwaszeniem" toksemię, to znów jest odwrotnie, bo żywiąc się bardziej jak wege - roślinkami (fityny i gluten, i szczawiany) upośledzają wchłanianie substancji odżywczych, czyli powstają nadmiary z niedoborów (jak mówi Słonecki), ale czego nadmiary? - nadmiary balastu, czyli toksemii. I to można by nazwać "zakwaszaniem" albo jakimś przesunięciem w kierunku kwaśnym... Sprytna manipulacja. (...)". [Koniec cytatu z treści mojego maila do Kinga]

Z treści jednego z wymienionych maili z Kingiem wynika, że ani nie grozi prawie nikomu "zakwaszenie", ani kradzież wapnia z kości i z zębów - po to, by organizm mógł zobojętniać kwasy zdeponowane w tkankach. Jeśli tylko nie ma się kłopotów z nerkami i innych zaburzeń związanych z przemianą materii, nie dojdzie ani do „zakwaszenia”, ani do kradzieży wapnia.
Franciszek  kokot -  polski lekarz, nefrolog, endokrynolog, profesor nauk medycznych o kradzieży wapnia z kości:
„Mobilizacja zasad kostnych [fosfor i wapń] występuje jedynie w przebiegu długotrwałych, łagodnie przebiegających kwasic nerkowych lub też w przebiegu niecałkowicie wyrównywanej cukrzycy. Ostre kwasice nieoddechowe nie doprowadzają do uchwytnych zmian w układzie kostnym”.
[źródło: F. Kokot, „Gospodarka wodno-elektrolitowa i kwasowo-zasadowa, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, s. 140]

Straszak medyczny „zakwaszenia organizmu” - ciągle straszy i nakazuje się "alkalizować", co na być takie zbawienne dla chorującego człowieka na wszystkie choroby. Rzeczywistość bywa jednak, jak to w medycynie, odwrócona do góry nogami.
Łukasz D. King, od kilku miesięcy prowadzi doświadczenia. Zbiera wyniki badań gazometrycznych od rodziny, znajomych i przyjaciół, którzy takowe wykonali. To wszystko po to, by się przekonać, jak jest w rzeczywistości z tą "kwaśną" krwią. Rzetelne badanie wykonuje się na podstawie pobranej krwi z tętnicy promieniowej przedramienia. Zaś od mojej żony wiem, że na potrzeby zbadania tzw. erkazetki (równowagi kwasowo-zasadowej) - pobiera się najczęściej z tętnicy pachwinowej. Ale mniejsza o to.
(Badanie to winien robić lekarz, a nie pielęgniarka; pielęgniarka może pobrać krew tylko np. z ucha albo z palca po nakłuciu; żona twierdzi, że błędem jest pobieranie krwi np. z żyły, bo to niewiarygodne i niemiarodajne badanie jest). Po pobraniu - zestawia się z normą między innymi pH krwi. A norma dla pH krwi wynosi od 7,35 do 7,45.

Wyniki doświadczenia Łukasza D. Kinga:
Otóż spośród 35 badanych - tylko dwie osoby miały pH w dolnej granicy normy (7,36 i 7,38) -więc bardziej w kierunku kwaśnym.
Wszystkie pozostałe osoby - miały pH krwi bliżej górnej granicy normy, a aż pięć osób miało przekroczoną górną granicę - czyli miały krew ZBYT ZASADOWĄ!

WNIOSEK: większość ludzi ma kłopot z nadmierną zasadowością a nie zakwaszeniem organizmu.

A dlaczego tak jest? Ponieważ za taki stan rzeczy odpowiada sposób naszego oddychania! 

Jeśli oddychamy zbyt głęboko (czyli 99% ludności świata), to usuwamy zbyt dużo dwutlenku węgla.
A dwutlenek węgla - to przecież lekki kwas, którego  WAŻNYM zadaniem jest między innymi nie dopuścić do zbytniej zasadowości (alkalizacji) krwi.

Wg Kinga, dr Jan Pokrywka twierdzi na ten temat tak:

„Obniżanie CO2 w płucach przesuwa pH krwi w stronę nadmiernego odkwaszenia, czyli nadmiernej zasadowości. (…) Nadmierna zasadowość jest groźna, może prowadzić nawet do zatrzymania akcji serca.
Dlatego organizm dąży do utrzymania właściwego pH. Przy niedoborze zakwaszenia płynów ustrojowych organizm używa do tego niefizjologicznych metabolitów zakwaszających (różnych kwasów organicznych i nieorganicznych).
Właściwym elementem zakwaszającym jest kwas węglowy, czyli wynik połączenia dwutlenku węgla z wodą. Z braku kwasu węglowego organizm używa innych metabolitów. Uzyskuje w ten sposób właściwe pH, ale cierpi na tym cały metabolizm”.

Z powyższego wnioskujemy, że MUSIMY się "zakwaszać" dwutlenkiem węgla, żeby organizm nie zużywał do tego metabolitów z przemiany materii (np. z trawienia mięsa, czy innych protein zwierzęcych). 
Jak się okazało w wyniku owych badaniach: NAJCZĘSTSZYM zaburzeniem równowagi pH u ludzi - jest nadmierna zasadowość, a nie "zakwaszenie" krwi.

Jeśli Ludzie sami od siebie oraz wg medycznych instruktaży oddychają głęboko, to tracą zbyt dużo dwutlenku węgla. A jeśli tak, to pH krwi zbyt mocno przesuwa się w stronę zasadową.

"(...) Organizm odrabia te straty POZOSTAWIAJĄC we krwi kwaśne metabolity - powstałe z przemiany materii (np. jedzenia mięsa). A to źle, bo do utrzymania pH nie powinny służyć produkty przemiany materii, tylko dwutlenek węgla!!

I tak powinniśmy myśleć o równowadze kwasowo-zasadowej. Nie w kontekście żywienia, lecz w kontekście oddychania.
W porównaniu do oddychania, żywienie tylko w ułamkowym stopniu wpływa na pH naszych tkanek.

Przez pół wieku uczył tego doktor Konstantyn P. Butejko na terenie ZSRR, a potem Rosji.
Dziś w Polsce uczy o tym doktor Pokrywka, który nie tak dawno poznał prace doktora Butejki.

A od paru miesięcy - i ja uczę o tym w Biuletynie Zdrowia.
Uczę, jak poprzez metodę Butejki utrzymać zdrową ilość dwutlenku węgla w organizmie. (...)".
(Łukasz D. King)


Akurat nie przepadam za dr. Pokrywką i jego leczeniem tzw. Homo naturalpatiens, ale w tym przypadku miał rację.

Ponadto powtórzę - z Biuletynu zdrowia Nr 12 kwiecień 2015 wynika, że:

Tempo metabolizmu da się regulować sposobem żywienia, ale nie jest ono lekiem na całe zło związane z otyłością. Jeśli między ludźmi różni się tempo przemiany materii, to zazwyczaj nieznacznie. 

Jeśli ktoś przeszedł na żywienie niskowęglowe, czyli najbardziej optymalne dla człowieka z żywienia "korytkowego", czy też "pastwiskowego" (czytaj: żarcia nie dla ludzi) - to po pewnym czasie dochodzimy do normalnej, zdrowej wagi dla człowieka i pozbywamy się wielu dolegliwości. Ale warunek: musimy spożywać białka zwierzęce, które to właśnie mają korzystny wpływ na tempo przemiany materii.

Ponadto z treści ww. biuletynu wynika, iż "najważniejsze w żywieniu jest oddychanie".

Metabolizm jest podstawą to podstawą wszelkich reakcji biochemicznych w organizmie człowieka. I tak oto zdrowe oddychanie ma istotny wpływ na metabolizm. Im zdrowiej fizjologicznie (wg Buteyki) człowiek oddycha, tym bardziej korzystniejsze zmiany w zdrowiu zachodzą. A człowiek tym zdrowiej oddycha, im bardziej wciela w życie metodę dr. Buteyki.
Moim zdaniem, metody yogi, w których się oddycha i ustami, i nosem, a ponadto się hiperwentyluje, czyli oddycha głęboko, zamiast redukować oddech - są lipne, bo powinno się tyle oddychać ustami, co jeść  nosem... Chyba tylko wpływają chwilowo relaksacyjnie i maskują faktyczny obraz zdrowia. Redukcja oddechowa wg Buteyki działa prozdrowotnie, jako działanie przyczynowe we wszystkich chorobach; natlenianie komórkowe poprzez produkcję odpowiedniego poziomu CO2 w organizmie.
Przypomnę też - jakie są drogi wydalania metabolitów i w jakim procencie występuje w nich wydalanie, oraz związku układów wydalania z równowagą zasadowo-kwasową w kontekście układu pokarmowego a w kontekście układu oddechowego (układ oddechowy ma większy wpływ na "rk-z" w kontekście metabolizmu oraz wydalania odpadów przemiany materii niż układ pokramowy):
- poprzez kał - 3%;
- z moczem - 7%;
- przez skórę - 20%;
- resztę przez płuca - aż 70%.
Z powyżeszgo wynika, że poprzez oddychanie i przez skórę (co prawda, wg mnie, awaryjnie) - wydalanie jest najwięcej metabolitów (łącznie 90%), niż poprzez drogi moczowe i jelita (tylko 10%). A zatem - czy nie jest coś na rzeczy w twierdzeniu: "I tak powinniśmy myśleć o równowadze kwasowo-zasadowej. Nie w kontekście żywienia, lecz w kontekście oddychania. W porównaniu do oddychania, żywienie tylko w ułamkowym stopniu wpływa na pH naszych tkanek." (Kiedyś sądziłem, że jest odwrotnie...)

Jeśli oddychamy zbyt głęboko (chyba z ok. 99% populacji tak oddycha), to tym samym zbyt mocno obniżamy stężenie CO2 we krwi, a to pociąga za sobą całą kaskadę niekorzystnych zmian w układach narządowych organizmu.

Hiperwentylacja wpływa niekorzystnie na układ trawienny. Organizm potrzebuje odpowiedniej ilości CO2. Jeśli się hiperwentylujemy (tak nam zaleca medycyna na każdym kroku), to następuje ucieczka CO2, więc organizm zaczyna uruchamiać mechanizmy obronne, które mają na celu zahamować jego nadmierną utratę (i znów medycyna ma wodę na młyn, bo podnosi sobie ilość chorób w statystyce chorób, co przekłada się na wymyślaniu kolejnych leków na te choroby). Jedną z takich reakcji obronnych - są skurcze i przewężenia. Skurcze wszystkich mięśni gładkich i przewężenie tętnic, skurcze oskrzeli, naczyń krwionośnych, jelit, dróg moczowych, mięśni narządów wydalniczych - doznawają biochemicznego szoku!

Wszystkie te skurcze upośledzają funkcję danych narządów, a są po to, by kanały usuwania CO2 zawęzić, dzięki czemu będzie go mniej uciekać poprzez nadmierna pracę płuc (usuwające zbyt dużo CO2). W układzie pokarmowym będzie to np.: obniżona aktywność motoryczna jelit (perystaltyka). Pierwotna przyczyna - pogłębione oddychanie.

 Łukasz D. King pisze, że z innych publikacji naukowych dot. metody na zdrowy oddech wg dr. Buteyko wynika, że:
"(...) koncentracja dwutlenku węgla ma istotne znaczenie w wytwarzaniu i wydzielaniu kwasu solnego (który jest niezbędny do dokładnego trawienia). Odnotowano związek liniowy. Co więcej, liniowy związek zauważono także między poziomem dwutlenku węgla a intensywnością wydzielania soków trawiennych w dwunastnicy organizmu człowieka ". 

To znaczy, że skuteczność trawienia w żołądku i dalszych odcinkach przewodu pokarmowego oraz wchłanianie i przyswajanie substancji odżywczych ze zjadanych pokarmów - zależy od tego, jak oddychamy!  

Podobny związek między CO2 a zdrowiem istnieje w odniesieniu do wszystkich innych układów narządowych!

Z powyższego więc jasno wynika, że pierwotną przyczyną dolegliwości - nie jest sposób odżywiania, lecz sposób oddychania!
Wg mnie, może to być druga naczelna, bezpośrednia przyczyna chorób po toksemii lub pierwsza naczelna pośrednia przyczyna wszystkich chorób, czyli brak odpowiedniego dotlenienia komórki organizmu. Punkt zwrotny w zdrowieniu nastąpił u mnie dopiero po intensywnych treningach redukcji oddechu wg Buteyki. Są różne wariacje od podstawowego treningu, który jest najprostszym, ale najtrudniejszym w praktyce do zastosowania, więc nie stosowałem go ani razu, ale za to aparat Fralova oraz "Kroki dla dorysłych" - były jak najbardziej OK

Wg dr. Buteyko, poprzez usunięcie przyczyny pierwotnej (hiperwentylacji) dolegliwości - jest możliwe usunięcie mechanizmów obronnych organizmu, a tym samym dolegliwości z tym związanych, a nazywanych przez medycynę jako kolejne jednostki chorobowe.

Proszę sobie wyobrazić - ile medycyna w ten sposób w procesie swojej medykalizacji wyprodukowała chorób, całe zespoły nawet chorobowe, np. w psychiatrii, gdzie objawy pierwotne to np. zaburzenia zwykłe dyspeptyczne, zaburzenia w pracy tarczycy, inne. Zawsze powtarzałem, że gdyby nie medycyna farmakologiczna i jej poplecznicy, to człowiek - od momentu poczęcia - do chwili obumarcia pnia mózgowego, czyli zejścia śmiertelnego nieodwracalnego - "chorowałby" prawie tylko na infekcje przeziębieniowe, które mają charakter prozdrowotny, oczyszczający. Największą toksemią - jako przyczyną naczelną chorób - jest toksemia od-medykalizacyjna, od-medyczna, a później egzotoksyny z jedzenia. Przecież nie kto inny jak medycyna nam zaleca głębokie oddychanie podczas porodu, podczas prozaicznego badania stetoskopem, itd. A później po porodzie - ostro zabiera się za produkcję Homo patiens, zaczynając od szczepień noworodka, od 48 h od narodzin. Czyli już wpływ na jego zdrowie (oczywiście, nagetywny) następuje w czasie ciąży - aż po sam moment rozwiązania. Amatki nie mają świadomości, jak postępować w ciąży zdroworozsądkowo, nie mówiąc już o zdrowym poczęciu dziecka.

Niedobór CO2 - ab ovo! A nie walka z objawami i pogłębianie choroby i nakręcanie innych!
Jeśli się ustawi oddech, tak aby pauza kontrolna wynosiła 40 sek. - to wszystkie choroby zaczynają ustępować. Jeśli walczymy z objawami, de facto CO2 niedobór nasila się. Większość leków działa pobudzająco na układ oddechowy, co skutkuje jeszcze większą utratą CO2, niczym Hydra, której po ucięciu głowy - odrastają dwie...

Zawsze też powtarzałem, że nie jest istotne, co usiłujemy dowieź do komórki, tylko to, co do niej faktycznie trafia i co ją opuszcza (jedzenie). Będąc mądrzejszy o wiedzę dr. Buteyki powiem, że ważniejsze jest od tego, co się dowozi do organizmu (pomimo tego, że w miarę zdrowe czy też zredukowane o egzotoksyny jedzenie) - jest to, jak organizm trawi i metabolizuje pokarm...
Co nam dobrego da "najzdrowszy" pokarmie świata, jeśli organizm tego nie będzie umiał wykorzystać na własne potrzeby zdrowotne?!

Na tym kończę swoje homilie (wreszcie upragniony koniec męk - dla wegów i mąk - dla mięsożernych), i polecam do poduszki...
Dobrego snu o zdrowiu...!

                                                                                                                              Zbigniew Zibi Osiewała





                                                                                                                         



Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [Część IX]

Cd. dowodzenia i ostatni...

Kiedy zaczął mnie mocno nurtować temat "zakwaszenia" napisałem do Łukasza D. Kinga maila o treści:
"(...) Łukasz, czy mogę Cię prosić o info, w których numerach miesięczników spisałeś całą prawdę o "zakwaszeniu" oraz w których o wegetarianizmie?
Chcę na niektórych forach przybliżyć ludziom - jak bardzo się mylą stosując jakże modne "odkwaszania" (...).

(...) Kiedy było ze mną bardzo źle, to jadłem tylko mięso, wywary kolagenowe tłuste i stojące oraz jaja, bez warzyw (wszystkie prawie rośliny mnie uczulały - efekt stosowania inhibitorów pompy protonowej, czyli tzw. alkalizatorów/osłonowych ) - czyli teoretyczne "zakwaszanie" uratowało mi tyłek.
Później, poznałem wiedzę dr. Buteyki oraz przyczyny złego trawienia, wynikające głównie (znów!) z lokalnym alkalizowaniem środowisko żołądka oraz z niedotlenienia komórkowego - jako całą kaskadę nieszczęść. (Dobrze, że tutaj J. Zięba z octem przyszedł w sukurs z zakwaszaniem środowiska żołądka - "Ukryte terapie"- cz. IX)

Zawsze ten temat mnie elektryzował i zawsze intuicyjnie trzymałem stronę "zakwaszania". Sami naŁukowcy i naukowcy - do tej pory mają zdania podzielone. Józef Słonecki (błyskotliwy, mistrz szachowy, posiadający dużą wiedzę o prawdziwej profilaktyce zdrowia, tzw. szperacz wiedzy o zdrowiu, bioenergoterapeuta, podobnie jak inni szperacze: Witold Jarmołowicz, Zięba, Ty), też nie rozumiał do końca tej chorej teorii. Bo i nie mógł, jeśli logicznie myślał, a ona była celowo poplątana... przez naŁukowców i ich popleczników od kreaowania chorób.

Moim zdaniem, medycyna natus*alna (zwłaszcza sekta wegów) wymyśliła sobie na pacjenta-leminga straszak w postaci "zakwaszania", żeby proszki zasadowe i inne gówna mogły być dobrze sprzedawane. Sam po proszku dr. Auera - miałem wiele szkód... Kiedyś też dr Krupka zalecał Alkala T i N - robiąc wielkie szkody dla organizmu. Krupka, to kolejny ściemniacz w tzw. medycynie suplemenatacyjnej, wcześniej ortodoksyjnej wersji Diety optymalnej, kreator chorób z "zakwaszenia" i innych. A dr Klarkowa, dr Rath, dr Janus - to kontynuatorzy wiedzy z dziedziny parazytologii. Uskuteczniając straszaki parazytami, poprzez (np. zappery, aparaty Mora, inne sprzęty) diagnozowali chorych i niszczyli mikroby, jako główne zło na Ziemi, jako przyczyna wszelkich chorób...

Obecnie straszakiem/mitem jest "zakwaszanie". Optymalni straszyli "przebiałczeniem", później dr Ponomarenko sprostował na "zakwaszanie". My (nieliczni dociekający prawdziwej wiedzy o zdrowiu) dzisiaj wiemy, że owe "zakwaszanie" to pozytyw, ale biorąc pod uwagę niebanie się jedzenia białka zwierzęcego. Właśnie u Optymalnych było słabe "zakwaszanie", bo były zaniżone normy białka zwierzęcego i węgli. Ponadto błąd polegał też na łączeniu w jednym posiłku sporą ilość tłuszczu i spora ilość węgli (pomimo ich norm, że do 50 g na dobę lub do 80 g). W każdym razie wg Optych lekiem na całe zło było zalanie każdego "szkodnika" tłuszczem, i już! Tym czasem wiemy, jak zadziałała trzustka, i co się otłuściło, jakie organy i tkanki. Doszło do procesu neolipogenezy i jej opłakanych skutków.

Chyba żeby nazywać "zakwaszeniem" toksemię, to znów jest odwrotnie, bo żywiąc się bardziej jak wege - roślinkami (fityny i gluten, i szczawiany) upośledzają wchłanianie substancji odżywczych, czyli powstają nadmiary z niedoborów (jak mówi Słonecki), ale czego nadmiary? - nadmiary balastu, czyli toksemii. I to można by nazwać "zakwaszaniem" albo jakimś przesunięciem w kierunku kwaśnym... Sprytna manipulacja. (...)". [Koniec cytatu z treści mojego maila do Kinga]

Z treści jednego z wymienionych maili z Kingiem wynika, że ani nie grozi prawie nikomu "zakwaszenie", ani kradzież wapnia z kości i z zębów - po to, by organizm mógł zobojętniać kwasy zdeponowane w tkankach. Jeśli tylko nie ma się kłopotów z nerkami i innych zaburzeń związanych z przemianą materii, nie dojdzie ani do „zakwaszenia”, ani do kradzieży wapnia.
Franciszek  kokot -  polski lekarz, nefrolog, endokrynolog, profesor nauk medycznych o kradzieży wapnia z kości:
„Mobilizacja zasad kostnych [fosfor i wapń] występuje jedynie w przebiegu długotrwałych, łagodnie przebiegających kwasic nerkowych lub też w przebiegu niecałkowicie wyrównywanej cukrzycy. Ostre kwasice nieoddechowe nie doprowadzają do uchwytnych zmian w układzie kostnym”.
[źródło: F. Kokot, „Gospodarka wodno-elektrolitowa i kwasowo-zasadowa, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, s. 140]

Straszak medyczny „zakwaszenia organizmu” - ciągle straszy i nakazuje się "alkalizować", co na być takie zbawienne dla chorującego człowieka na wszystkie choroby. Rzeczywistość bywa jednak, jak to w medycynie, odwrócona do góry nogami.
Łukasz D. King, od kilku miesięcy prowadzi doświadczenia. Zbiera wyniki badań gazometrycznych od rodziny, znajomych i przyjaciół, którzy takowe wykonali. To wszystko po to, by się przekonać, jak jest w rzeczywistości z tą "kwaśną" krwią. Rzetelne badanie wykonuje się na podstawie pobranej krwi z tętnicy promieniowej przedramienia. Zaś od mojej żony wiem, że na potrzeby zbadania tzw. erkazetki (równowagi kwasowo-zasadowej) - pobiera się najczęściej z tętnicy pachwinowej. Ale mniejsza o to.
(Badanie to winien robić lekarz, a nie pielęgniarka; pielęgniarka może pobrać krew tylko np. z ucha albo z palca po nakłuciu; żona twierdzi, że błędem jest pobieranie krwi np. z żyły, bo to niewiarygodne i niemiarodajne badanie jest). Po pobraniu - zestawia się z normą między innymi pH krwi. A norma dla pH krwi wynosi od 7,35 do 7,45.

Wyniki doświadczenia Łukasza D. Kinga:
Otóż spośród 35 badanych - tylko dwie osoby miały pH w dolnej granicy normy (7,36 i 7,38) -więc bardziej w kierunku kwaśnym.
Wszystkie pozostałe osoby - miały pH krwi bliżej górnej granicy normy, a aż pięć osób miało przekroczoną górną granicę - czyli miały krew ZBYT ZASADOWĄ!

WNIOSEK: większość ludzi ma kłopot z nadmierną zasadowością a nie zakwaszeniem organizmu.

A dlaczego tak jest? Ponieważ za taki stan rzeczy odpowiada sposób naszego oddychania! 

Jeśli oddychamy zbyt głęboko (czyli 99% ludności świata), to usuwamy zbyt dużo dwutlenku węgla.
A dwutlenek węgla - to przecież lekki kwas, którego  WAŻNYM zadaniem jest między innymi nie dopuścić do zbytniej zasadowości (alkalizacji) krwi.

Wg Kinga, dr Jan Pokrywka twierdzi na ten temat tak:

„Obniżanie CO2 w płucach przesuwa pH krwi w stronę nadmiernego odkwaszenia, czyli nadmiernej zasadowości. (…) Nadmierna zasadowość jest groźna, może prowadzić nawet do zatrzymania akcji serca.
Dlatego organizm dąży do utrzymania właściwego pH. Przy niedoborze zakwaszenia płynów ustrojowych organizm używa do tego niefizjologicznych metabolitów zakwaszających (różnych kwasów organicznych i nieorganicznych).
Właściwym elementem zakwaszającym jest kwas węglowy, czyli wynik połączenia dwutlenku węgla z wodą. Z braku kwasu węglowego organizm używa innych metabolitów. Uzyskuje w ten sposób właściwe pH, ale cierpi na tym cały metabolizm”.

Z powyższego wnioskujemy, że MUSIMY się "zakwaszać" dwutlenkiem węgla, żeby organizm nie zużywał do tego metabolitów z przemiany materii (np. z trawienia mięsa, czy innych protein zwierzęcych). 
Jak się okazało w wyniku owych badaniach: NAJCZĘSTSZYM zaburzeniem równowagi pH u ludzi - jest nadmierna zasadowość, a nie "zakwaszenie" krwi.

Jeśli Ludzie sami od siebie oraz wg medycznych instruktaży oddychają głęboko, to tracą zbyt dużo dwutlenku węgla. A jeśli tak, to pH krwi zbyt mocno przesuwa się w stronę zasadową.

"(...) Organizm odrabia te straty POZOSTAWIAJĄC we krwi kwaśne metabolity - powstałe z przemiany materii (np. jedzenia mięsa). A to źle, bo do utrzymania pH nie powinny służyć produkty przemiany materii, tylko dwutlenek węgla!!

I tak powinniśmy myśleć o równowadze kwasowo-zasadowej. Nie w kontekście żywienia, lecz w kontekście oddychania.
W porównaniu do oddychania, żywienie tylko w ułamkowym stopniu wpływa na pH naszych tkanek.

Przez pół wieku uczył tego doktor Konstantyn P. Butejko na terenie ZSRR, a potem Rosji.
Dziś w Polsce uczy o tym doktor Pokrywka, który nie tak dawno poznał prace doktora Butejki.

A od paru miesięcy - i ja uczę o tym w Biuletynie Zdrowia.
Uczę, jak poprzez metodę Butejki utrzymać zdrową ilość dwutlenku węgla w organizmie. (...)".
(Łukasz D. King)


Akurat nie przepadam za dr. Pokrywką i jego leczeniem tzw. Homo naturalpatiens, ale w tym przypadku miał rację.

Ponadto powtórzę - z Biuletynu zdrowia Nr 12 kwiecień 2015 wynika, że:

Tempo metabolizmu da się regulować sposobem żywienia, ale nie jest ono lekiem na całe zło związane z otyłością. Jeśli między ludźmi różni się tempo przemiany materii, to zazwyczaj nieznacznie. 

Jeśli ktoś przeszedł na żywienie niskowęglowe, czyli najbardziej optymalne dla człowieka z żywienia "korytkowego", czy też "pastwiskowego" (czytaj: żarcia nie dla ludzi) - to po pewnym czasie dochodzimy do normalnej, zdrowej wagi dla człowieka i pozbywamy się wielu dolegliwości. Ale warunek: musimy spożywać białka zwierzęce, które to właśnie mają korzystny wpływ na tempo przemiany materii.

Ponadto z treści ww. biuletynu wynika, iż "najważniejsze w żywieniu jest oddychanie".

Metabolizm jest podstawą to podstawą wszelkich reakcji biochemicznych w organizmie człowieka. I tak oto zdrowe oddychanie ma istotny wpływ na metabolizm. Im zdrowiej fizjologicznie (wg Buteyki) człowiek oddycha, tym bardziej korzystniejsze zmiany w zdrowiu zachodzą. A człowiek tym zdrowiej oddycha, im bardziej wciela w życie metodę dr. Buteyki.
Moim zdaniem, metody yogi, w których się oddycha i ustami, i nosem, a ponadto się hiperwentyluje, czyli oddycha głęboko, zamiast redukować oddech - są lipne, bo powinno się tyle oddychać ustami, co jeść  nosem... Chyba tylko wpływają chwilowo relaksacyjnie i maskują faktyczny obraz zdrowia. Redukcja oddechowa wg Buteyki działa prozdrowotnie, jako działanie przyczynowe we wszystkich chorobach; natlenianie komórkowe poprzez produkcję odpowiedniego poziomu CO2 w organizmie.
Przypomnę też - jakie są drogi wydalania metabolitów i w jakim procencie występuje w nich wydalanie, oraz związku układów wydalania z równowagą zasadowo-kwasową w kontekście układu pokarmowego a w kontekście układu oddechowego (układ oddechowy ma większy wpływ na "rk-z" w kontekście metabolizmu oraz wydalania odpadów przemiany materii niż układ pokramowy):
- poprzez kał - 3%;
- z moczem - 7%;
- przez skórę - 20%;
- resztę przez płuca - aż 70%.
Z powyżeszgo wynika, że poprzez oddychanie i przez skórę (co prawda, wg mnie, awaryjnie) - wydalanie jest najwięcej metabolitów (łącznie 90%), niż poprzez drogi moczowe i jelita (tylko 10%). A zatem - czy nie jest coś na rzeczy w twierdzeniu: "I tak powinniśmy myśleć o równowadze kwasowo-zasadowej. Nie w kontekście żywienia, lecz w kontekście oddychania. W porównaniu do oddychania, żywienie tylko w ułamkowym stopniu wpływa na pH naszych tkanek." (Kiedyś sądziłem, że jest odwrotnie...)

Jeśli oddychamy zbyt głęboko (chyba z ok. 99% populacji tak oddycha), to tym samym zbyt mocno obniżamy stężenie CO2 we krwi, a to pociąga za sobą całą kaskadę niekorzystnych zmian w układach narządowych organizmu.

Hiperwentylacja wpływa niekorzystnie na układ trawienny. Organizm potrzebuje odpowiedniej ilości CO2. Jeśli się hiperwentylujemy (tak nam zaleca medycyna na każdym kroku), to następuje ucieczka CO2, więc organizm zaczyna uruchamiać mechanizmy obronne, które mają na celu zahamować jego nadmierną utratę (i znów medycyna ma wodę na młyn, bo podnosi sobie ilość chorób w statystyce chorób, co przekłada się na wymyślaniu kolejnych leków na te choroby). Jedną z takich reakcji obronnych - są skurcze i przewężenia. Skurcze wszystkich mięśni gładkich i przewężenie tętnic, skurcze oskrzeli, naczyń krwionośnych, jelit, dróg moczowych, mięśni narządów wydalniczych - doznawają biochemicznego szoku!

Wszystkie te skurcze upośledzają funkcję danych narządów, a są po to, by kanały usuwania CO2 zawęzić, dzięki czemu będzie go mniej uciekać poprzez nadmierna pracę płuc (usuwające zbyt dużo CO2). W układzie pokarmowym będzie to np.: obniżona aktywność motoryczna jelit (perystaltyka). Pierwotna przyczyna - pogłębione oddychanie.

 Łukasz D. King pisze, że z innych publikacji naukowych dot. metody na zdrowy oddech wg dr. Buteyko wynika, że:
"(...) koncentracja dwutlenku węgla ma istotne znaczenie w wytwarzaniu i wydzielaniu kwasu solnego (który jest niezbędny do dokładnego trawienia). Odnotowano związek liniowy. Co więcej, liniowy związek zauważono także między poziomem dwutlenku węgla a intensywnością wydzielania soków trawiennych w dwunastnicy organizmu człowieka ". 

To znaczy, że skuteczność trawienia w żołądku i dalszych odcinkach przewodu pokarmowego oraz wchłanianie i przyswajanie substancji odżywczych ze zjadanych pokarmów - zależy od tego, jak oddychamy!  

Podobny związek między CO2 a zdrowiem istnieje w odniesieniu do wszystkich innych układów narządowych!

Z powyższego więc jasno wynika, że pierwotną przyczyną dolegliwości - nie jest sposób odżywiania, lecz sposób oddychania!
Wg mnie, może to być druga naczelna, bezpośrednia przyczyna chorób po toksemii lub pierwsza naczelna pośrednia przyczyna wszystkich chorób, czyli brak odpowiedniego dotlenienia komórki organizmu. Punkt zwrotny w zdrowieniu nastąpił u mnie dopiero po intensywnych treningach redukcji oddechu wg Buteyki. Są różne wariacje od podstawowego treningu, który jest najprostszym, ale najtrudniejszym w praktyce do zastosowania, więc nie stosowałem go ani razu, ale za to aparat Fralova oraz "Kroki dla dorysłych" - były jak najbardziej OK

Wg dr. Buteyko, poprzez usunięcie przyczyny pierwotnej (hiperwentylacji) dolegliwości - jest możliwe usunięcie mechanizmów obronnych organizmu, a tym samym dolegliwości z tym związanych, a nazywanych przez medycynę jako kolejne jednostki chorobowe.

Proszę sobie wyobrazić - ile medycyna w ten sposób w procesie swojej medykalizacji wyprodukowała chorób, całe zespoły nawet chorobowe, np. w psychiatrii, gdzie objawy pierwotne to np. zaburzenia zwykłe dyspeptyczne, zaburzenia w pracy tarczycy, inne. Zawsze powtarzałem, że gdyby nie medycyna farmakologiczna i jej poplecznicy, to człowiek - od momentu poczęcia - do chwili obumarcia pnia mózgowego, czyli zejścia śmiertelnego nieodwracalnego - "chorowałby" prawie tylko na infekcje przeziębieniowe, które mają charakter prozdrowotny, oczyszczający. Największą toksemią - jako przyczyną naczelną chorób - jest toksemia od-medykalizacyjna, od-medyczna, a później egzotoksyny z jedzenia. Przecież nie kto inny jak medycyna nam zaleca głębokie oddychanie podczas porodu, podczas prozaicznego badania stetoskopem, itd. A później po porodzie - ostro zabiera się za produkcję Homo patiens, zaczynając od szczepień noworodka, od 48 h od narodzin. Czyli już wpływ na jego zdrowie (oczywiście, nagetywny) następuje w czasie ciąży - aż po sam moment rozwiązania. Amatki nie mają świadomości, jak postępować w ciąży zdroworozsądkowo, nie mówiąc już o zdrowym poczęciu dziecka.

Niedobór CO2 - ab ovo! A nie walka z objawami i pogłębianie choroby i nakręcanie innych!
Jeśli się ustawi oddech, tak aby pauza kontrolna wynosiła 40 sek. - to wszystkie choroby zaczynają ustępować. Jeśli walczymy z objawami, de facto CO2 niedobór nasila się. Większość leków działa pobudzająco na układ oddechowy, co skutkuje jeszcze większą utratą CO2, niczym Hydra, której po ucięciu głowy - odrastają dwie...

Zawsze też powtarzałem, że nie jest istotne, co usiłujemy dowieź do komórki, tylko to, co do niej faktycznie trafia i co ją opuszcza (jedzenie). Będąc mądrzejszy o wiedzę dr. Buteyki powiem, że ważniejsze jest od tego, co się dowozi do organizmu (pomimo tego, że w miarę zdrowe czy też zredukowane o egzotoksyny jedzenie) - jest to, jak organizm trawi i metabolizuje pokarm...
Co nam dobrego da "najzdrowszy" pokarmie świata, jeśli organizm tego nie będzie umiał wykorzystać na własne potrzeby zdrowotne?!

Na tym kończę swoje homilie (wreszcie upragniony koniec męk - dla wegów i mąk - dla mięsożernych), i polecam do poduszki...
Dobrego snu o zdrowiu...!

                                                                                                                              Zbigniew Zibi Osiewała