Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

środa, 12 lipca 2017

W trosce o zdrowie KrUla...


Pożywienie prozapalne...

Moim zdaniem, ostatnia przygoda Pana Prezesa z zapaleniem otrzewnej, to był najmniejszy wymiar kary za ignorowanie swojego stanu zdrowia. 

Refluks widoczny na setki mil - NIELECZONY PRZYCZYNOWO, a leczony objawowo -  przynosi skutki katastrofalne, począwszy od chorób przewodu pokarmowego, kończąc na chorobach neurotycznych, czy psychotycznych. Ponadto niezwracanie uwagi na produkty GMŻ; łączenie dużej ilości jajek z dużą ilością cukru (o, zgrozo! z cukierniczki, odartego z wszystkiego co prozdrowotne, czyli z substancji odżywczych; rafinada) - to wielka produkcja kamieni cholesterolowych, kałowych, żółciowych, wątrobowych, nerkowych, a do tego duża ilość tłuszczu - to murowana dieta "korytkowa". Jest to najgorsza z możliwych diet, przyczyniająca się do powstania wielu chorób tzw. cywilizacyjnych, głównie chorób z hiperinsulinemii. 
To też nie dziwi mnie fakt, że Pan Prezes często zasypia na siedząco... Zdaję sobie sprawę, że lewactwo przynudza w Eurokołchozie, ale głównym powodem może być na początku hipoglikemia, a później hiperglikemia i jej skutki.

Poniżej przedstawię mój przykład sztandarowy odnośnie nieszkodliwości cholesterolu z pożywienia, ale i niekorzystnych dla organizmu skutków, jeśli nieprawidłowo połączy się niektóre pokarmy.
 Osobiście zjadam średnio po około 5-10 jaj dziennie od około 17. lat. Ale...

Z cholesterolem organizm sobie radzi w następujący sposób:
człowiek dorosły, o wadze ok. 70 kg może sobie zjeść dziennie, jeśli tylko zmieści, około 1 kg jaj, płucek, mózgu (duża ilość cholesterolu), a i tak organizm przyswoi – jedynie około 0,35-0,37 g cholesterolu, czyli w przybliżeniu około 0,5 g. Tyle przyswoi organizm cholesterolu egzogennego, czyli z dowozu/z jedzenia.

Jeśli człowiek odżywia się zdrowo i nie ma niewydolnych układów wydalniczych, i połączy pokarmy wysoko-cholesterolowe z wysoko-cukrowymi – to wtedy też przyswoi około 0,5 g cholesterolu egzogennego, ale i co najmniej około 1 g endogennego, tego z syntezy.
Czyli u zdrowego: na dzień przyswoi np. około 1,5 g łącznie. Mniej więcej tyle samo wydali: ok. 0,5 g jako cholesterol i 1 g w postaci soli żółciowych, z których w procesie recyklingu wątroba część pozyska i przerobi na prowitaminę D3.

Ale jeśli będziemy mieli jakiś defekt metaboliczny i będziemy łączyć pokarmy („korytkowo”: wysoko-cholesterolowo, wysoko-tłuszczowo, wysoko-węglowodanowo), czyli posiadające w sobie dużą ilość cholesterolu i dużą ilość cukrów - to organizm przyswoi nawet od 3–9 g cholesterolu dziennie (widziałem u niektórych z hiperholesterolemią żółte blaszki cholesterolowe pod skórą powiek). Tak jest u ludzi z defektem metabolicznym (złogi cholesterolowe upchane po całym ciele człowieka). Czyli rocznie będzie się odkładało około 2,5 kg balastu. Jeśli to się gromadziło, latami, to może mieć w sobie około kilkunastu kg złogów różnej maści.
Zaś z połączenia dużej ilości tłuszczu i dużej ilości węglowodanów - wszelkie choroby z hiperinsulinemii.

Jeśli założymy, że taki człowiek się "nawróci"/ogarnie i będzie jadł jak człowiek, a nie żarł jak zwierzę, to będzie się pozbywał balastu w ilości około 1,5–2 g dziennie. 
Czyli – ile teraz trzeba czasu, aby pozbyć się go, od momentu zanim człowiek się ogarnie? Pewnie kilku lat, i to nie tylko przy pomocy samej diety oczyszczającej czy zasad zdrowego odżywiania, ale i pewnych środków detoksykujących, bo złogi-toksyny są składowane, prócz jelit, poza układem trawienia, jeszcze różnych tkankach, przy niewydolnym układzie wydalniczym.

Tak więc ani tłuszcz, ani cholesterol się nie odłoży w organizmie z cholesterolu egzogennego. Natura nie jest taka głupia, jak myśli medycyna, że z tego samego utworzy się to samo. 
Gdyby tak było, jak myśli medycyna, to np. łysi by jedli włosy na porost włosów.
Organizm to nie jest gar poligonowy, żeby wszystko, co się tam wrzuci do niego pozostało w takiej samej postaci. Natura, jeśli ma do czynienia z cukrami, to nie przerabia ich na cukry, prócz skromnej, niezbędnej ilości w postaci glikogenu, tylko nadmiar cukrów - w tłuszcz. Cukier w roślinie nie powstaje dlatego, że rolnik sypał do gleby cukier; a zielone liście na drzewie owocowym rosną dlatego, bo dolał farby zielonej do gleby; kwiaty w kwiaciarni nie pachną dlatego, że dolał perfum do gleby; czerwone maki na Monte Kasino też nie wzrosły z polskiej, przelanej w bitwie krwi, jak mówią słowa pieśni żołnierskiej; etc.

Z biochemicznego punktu widzenia, do utworzenia cząsteczki cholesterolu, potrzebny jest kwas tłuszczowy, który to powstaje z tzw. aktywnego octanu, a ten ostatni może powstać z wszystkiego, czyli z: białka, tłuszczu i węglowodanów, a nawet z tzw. pustych kalorii, czyli z alkoholu. Ale potrzebny jest jeszcze drugi półprodukt, tzw. NADPH, który powstaje - tylko z węgli, ale zjadanych - tylko w ilościach nadmiernych. A żeby znalazły się oba półprodukty muszą być w pożywieniu węglowodany.

Już kiedyś przestrzegałem Pana Prezesa przed lekceważeniem swojego stanu zdrowia... popisywaniem się jedzenia błotka cukrowo-kawowego (14 kostek do filiżanki kawy), po uprzednim zjedzeniu około 10 jaj w jajecznicy i deseru tortowego; itp. itd.
Pan Prezes raczył coś wyjaśniać, że nie boi się jedzenia cukru, bo w dzieciństwie jadał dużo jajek i "jest uodporniony na cholesterol"...???
Widać jasno z tego, że JKM ma tutaj ogromne luki w wiedzy o zdrowiu czy nawet o chorobach (wiedza biochemiczna).
Ostatnio ktoś mówił o tym, jak JKM, przez dwa dni zjadł ok. 1 kg jajek i 2 kg cukru, goszcząc gdzieś na prywatnej kwaterze, będąc na tzw. wyjeździe.
Jajka - ok., można i więcej, jeśli jest ochota, ale do tego taka ilość cukru (jednej z "białych śmierci") - to jakieś nieporozumienie.

GENERALNIE - POKARM BOGATY w WĘGLOWODANY i w TŁUSZCZE GENERUJE PRODUKCJĘ MARKERÓW PROZAPALNYCH; JEST TYPOWO PROZAPALNY!

Posiłek zjedzony w postaci jajek i pieczywa, lub ziemniaków, kasz, ryżu, itd. - to bardzo złe połączenie. Około 63% kalorii z jajek pochodzi z kwasów tłuszczowych, a ok. 77% kalorii z pieczywa pochodzi z węglowodanów. I właśnie takie połączenie wysoko-węglowodanowe i wysoko-tłuszczowe znacznie utrudnia metabolizm.

W ostatnim czasie badania naukowe ustaliły tezę, z której wynika, iż takie połączenie posiłków (dieta "korytkowa") powoduje wzrost ekspresji kluczowych białek, które zakłócają transdukcję sygnału insuliny i leptyny. To oznacza indukcję lekkiej oporności na insulinę i leptynę, naruszając metabolizm tego, co jemy.

Wzrost ekspresji cytokin prozapalnych występuje już po czasie jednej h od zjedzenia takiego posiłku i utrzymuje się jeszcze kilka h w organizmie. Prócz tego dochodzi także do wzrostu ekspresji niektórych prozapalnych kinaz, które to naruszają funkcje insuliny.

Takie posiłki powodują też różne schorzenia w obrębie układu krwionośnego. Chodzi tutaj głownie o powstanie stanu przednadciśnieniowego, a później choroby związane z nadciśnieniem tętniczym. 

Posiłek bogaty w tłuszcze i węglowodany (nawet u ludzi zdrowych) powoduje zmiany podczas stresu oksydacyjnego i stanu zapalnego, naruszając reaktywność naczyniową i rozszerza naczynia.
Gdy wzrasta stężenie glukozy po takim posiłku, to również wzrasta poziom TG (trójglicerydów), które to następnie obniżają wrażliwość komórek na działanie insuliny. To dalej skutkuje tym, że metabolizm glukozy ze zjedzonych węglowodanów jest mocno utrudniony.

Posiłki takie powodują otyłość i nadwagę, bowiem węglowodany są jako pierwsze spalane, a nie kwasy tłuszczowe - biorąc pod uwagę pokrycie potrzeb energetycznych. Dlatego też taka ilość glukozy hamuje spalanie tłuszczów, które to są odkładane w zapas, czyli do zmagazynowania.
Biochemia lekarska Meisenberga i Simmonsa mówi: "Po posiłku mieszanym, złożonym z tłuszczów, węglowodanów i białek, tkanka tłuszczowa otrzymuje większość jego kwasów tłuszczowych pod wpływem lipazy lipoproteinowej na trójglicerydy przenoszone przez chylomikrony".

Reasumując, za pomocą insuliny - duża ilość glukozy z węglowodanów stanowią główne paliwo energetyczne, a tłuszcze są magazynowane w tkance tłuszczowej. Komórki tkanki tłuszczowej przyswajają tłuszcz z posiłku, gdyż jego spalanie hamuje insulina, która daje przez to pierwszeństwo spalania glukozie ze zjedzonych węgli.

A zatem, jeśli zjemy dużo tłuszczu i dużo węgli w jednym posiłku, to obwiniamy za ten stan rzeczy tłuszcze, a to nie jest prawdą, gdyż winę ponoszą za to węglowodany.
Z powyższego jasno wynika, że żywienie "korytkowe", czyli: wysokobiałkowe (białkowe słabej jakości, tzw. śmieciowe, ich nadmiar - przerobiony w węglowodany), wysoko-tłuszczowe i wysoko-węglowodanowe (głównie - jeśli to są cukry proste) - generalnie powoduje co najmniej nadwagę i otyłość, i z tym związane późniejsze skutki innych chorób.
A w takiej kolejności komórki organizmu stają się oporne na funkcje insuliny, czyli inaczej mówiąc, komórki przestają być wrażliwe na działanie insuliny: najpierw komórki wątrobowe, później tkanki mięśniowej i na końcu tłuszczowej.

To posiłek zjedzony z jajek i pieczywa (nawet jeden i u zdrowego doprowadza do stresu oksydacyjnego i jego skutków ujemnych), a co powiedzieć - jeśli ktoś tak je od X lat i do tego cukier "rafina
dę"...


Odnośnie samego zapalenia otrzewnej...

Wyrostek robaczkowy, analogicznie do migdałów gardłowych, jest potocznie nazwanym - jako migdałek jelitowy, czyli stanowi funkcję węzła chłonnego. Bierze udział w procesach odpornościowych. Jest jakby dodatkowym magazynkiem flory bakteryjnej, "pozytywnej".
Jak każda tkanka, kiedy ulegnie zdefektowaniu z powodu toksemii - organizm wytwarza stan zapalny, usiłując go zregenerować. Ale biorąc pod uwagę jego położenie i postępujący proces ropny - dochodzi do zapalenia otrzewnej, a taki stan jest niebezpieczny dla życia. Dlatego też nie można czekać na to, iż organizm sam upora się z tym problemem i zregeneruje tkankę wyrostka, tylko trzeba wykonać odpowiedni zabieg chirurgiczny, czyli resekcję. wyrostka.

W normalnych warunkach, prowadząc zdrowy tryb życia, organizm nie dopuszcza do zapalenia tzw. ślepej kiszki, ale jeśli ulegnie zapaleniu z powodu - jak wyżej opisałem, to następstwem tego jest zapalenie otrzewnej. Wewnątrz wyrostka zamiast "dobrej" flory bakteryjnej jest ropa, którą wraz z wyrostkiem trzeba niezwłocznie ewakuować do zewnątrz, czyli usunąć.

Czy już widać - co było pośrednią przyczyną zapalenia wyrostka robaczkowego u Pana Prezesa?!


JKM zasypia w Europarlamencie nie tylko z debilnego deliberowania europ(osłów)...

Szybcy "utleniacze", jak wynika z analizy pierwiastkowej włosa, mają zapotrzebowanie na: jod, cynk, cholinę, inozytol, bioflawonoidy, witaminę B5, B12, D. Taki szybki „utleniacz” charakteryzuje się niskim stosunkiem wapnia do fosforu. Zwiększenie białek i tłuszczy jest po to, żeby zmniejszyć aktywność glikolizy. W przypadku dużej ilości węgli spożywanych przez "szybkich", dochodzi do deficytu energetycznego w komórkach oraz powstania nadmiernej ilości kwasów, głównie w drodze glikolizy beztlenowej (wykład dr. Rosendale`a). To zaś mogłoby tłumaczyć samopoczucie u osób, które mają po posiłkach tzw. zjazdy energetyczne i są śpiący.

Idąc tokiem rozumowania dr. Rosendale`a mogą też mieć początki objawów cukrzycy typu II lub początek tzw. nietolerancji glukozowej. Badanie glukozy czy hemoglobiny glikolizowanej nic w takim przypadku może nie wykazać. A wykaże miarodajne badanie oznaczenia poziomu insuliny w krwi, z tym, że w Polsce kilka lat temu takie badania robiły może tylko dwa laboratoria, wiem, że Łodzi i w Krakowie. Nie wiem, jak jest obecnie - ale nawet gdyby - to lekarze jadą klasycznie z badaniami cukru we krwi, bo tak ich nauczono (czytaj: wytresowano przez rzeczone lobby, bo po co przyczynowo wyleczać, skoro naprodukowano igiełek, strzykawek, pasków ketonowych, glukometrów i konowałów i innych tzw. dietetyków od przemysłu cukrowego w organizmie człowieka; widziałem na oddziale diabetologicznym, jaka jest dieta dla cukrzyka i jaka jest zalecana do domu - przeważnie procukrzycowa).

Prócz nieprawidłowości glikemicznych - po prostu mogło wystąpić zwykłe "przejedzenie" się lub hipokartyninemia (czytaj: niedobór karnityny). Zbyt duży dowóz substancji odżywczych (zwłaszcza węglowodanów) w stosunku do zapotrzebowania energetycznego organizmu na daną chwilę.

Chciałbym aby Pan JKM nabrał trochę pokory odnośnie swojego organizmu; żeby złudnie nie wyobrażał sobie, iż od chorób chroni go jakiś wyimaginowany specjalny immunitet...
Wszystkie choroby mają przyczynę jedną: ab ovo toksemia. A toksemia bierze się prawie w całości ze złego odżywiania. Herodot: "Z potraw które się zjada powstają wszystkie choroby ludzkie...".
Ja tylko przestrzegam i dmucham na zimne, żeby Pan JKM nie robił sobie żartów ze zdroworozsądkowego trybu życia - żeby mógł dalej realizować swoje hasła: Bóg, Honor, Ojczyzna. Żeby je realizować potrzebna jest wysoka samoświadomość odnośnie bytu/istnienia (mądrość polegająca na znajomości przyczyn rzeczy istotnych i najistotniejszych dla człowieka). Przy czym zaznaczam, że nie chodzi mi o lewackie podejście z wydziwianiem z badaniami i meNdyczną "profilaktyką" (w myśl lewackiego hasła: "Przezorny zawsze ubezpieczony..."), która nie ma nic wspólnego z prawdziwą profilaktyką zdrowia wg Hipokratesa. 
Jeszcze raz powtarzam, nie chcę doczekać momentu, gdzie spotka mnie wątpliwa satysfakcja powiedzenia: "...a nie mówiłem...". 
Co mi po martwym lub schorowanym wodzu, wg mnie, z faktycznie jedynie słusznej opcji politycznej, w którym upatrywać można nadziei w skutecznej naprawie lewackiej RP...



   Janusz Korwin-Mikke śpi w Brukseli                                                                                                                                                         Zibi       


środa, 17 maja 2017

Od czego by tu zacząć naprawę państwa "demokratycznego"?







Jak rzekł był niegdyś Nicólás Gómez Dávila: "My, wrogowie powszechnego prawa wyborczego nie przestajemy zdumiewać się z powodu entuzjazmu, jaki wywołuje wybór garstki nieudolnych przez masę niekompetentnych".

Problemem ludzi wierzących w demokrację jest symplifikowanie jej sensu stricte do pojęcia "wolności" i sprawienie, iż staje się ono słowem-wytrychem. Demokracja bowiem to nic innego niż łom, służący do wyłamania zamka w ostatnich drzwiach - tych, za którymi stoi już tylko tyrania.

Mówiąc o "demokracji" dzisiejsi obywatele traktują ten legendarny i utopijny zresztą ustrój jako wybawienie, jako oddanie im w ręce jakiejkolwiek władzy, biją czołem przed hasłami wolności, ale - niestety - wolności idącej w nierozłącznej parze z równością. Powielając zatem, w pełni nieświadomie zresztą, schematy socjalistyczne, poddani manipulacji, propagandzie oraz iluzji władzy kreują rzeczywistość ku uciesze włodarzy tego świata, służalców własnych interesów i sakiewek.


Decyzje podjęte przewagą większości (reżim w pełnej krasie!) wbrew powszechnemu uznaniu, iż są decyzjami suwerennymi, w rzeczywistości nimi nie są. Z pomocą "jedynej-słusznej-opcji" przybywają bowiem na przykład media: odpowiednie cykle tematyczne z osobami pożądanymi, małe pranie mózgów odbiorcom, potem jakiś polityczny sondaż - i już osoby słabo zorientowane w świecie politycznym głosują "jak należy". W opublikowanym 25 lutego przez chiński „Dziennik Ludowy” znalazło się zdanie prezydenta Xi Jinpinga, brzmiące: „Gdziekolwiek są czytelnicy, gdziekolwiek są widzowie, tam musi sięgnąć ręka propagandy, bo właśnie tam znajduje się sens i punkt docelowy działań ideologicznych”. Przykład skrajny, ale jakże trafnie odwzorowujący realia, mimo, że u nas nie Chiny - ale Najjaśniejsza Rzeczpospolita.

Konfucjusz prawił, iż "naprawę państwa należy zacząć od naprawy pojęć" - nie możemy nie zgodzić się z tym wyzwaniem, a skoro jesteśmy już przy "demokracji" zatrzymajmy się i zastanówmy, czy ustrój, który tak określamy, w rzeczywistości ma z nią punkty styczne. I tutaj odwołam się do tego, co Charles Mills słusznie ujął opisując problem degeneracji demokracji, bowiem elityzm wydaje się warunkiem sine qua non w procesach transformacji ustrojowej. Ile zatem potrzeba suwerenowi, jakim mieni się lud, balansującemu na cienkiej linie rozgraniczającej tę uwzniośloną, piękną, zmitologizowaną wręcz demokrację z jej karykaturą i wynaturzeniem, jakim jest zwykła zwulgaryzowana ochlokracja, czyli rządy motłochu, by z całym impetem upadł po ciemnej stronie mocy sprawczej?

Harvey Leibenstein, amerykański ekonomista, sprecyzował, czym jest efekt owczego pędu, opisywany w psychologii społecznej, jako syndrom grupowego myślenia. Iluzja jednomyślności i nieomylności, wywieranie nacisku dla wymuszenia konformizmu, etc. - czyż nie tym charakteryzują się powstające pośród zwolenników "demokracji" obozy ideologiczne? Weźmy jako przykład autokreację PiSu na obrońcę biednego i uciśnionego społeczeństwa przed złym establishmentem, jako bodziec ku pociągnięciu za sobą masy elektoratu - sprawdziło się? Ano, sprawdziło! PiS u władzy, lud kupiony za własne pieniądze cieszy się z 500+, w głębokim poważaniu przy tym mając skandaliczny deficyt budżetowy, terror instytucji państwowych i ucisk podatkowy.


Czy przeciętny Kowalski, pogrążony w przywołanym powyżej owczym pędzie, przystanie na chwilę i zastanowi się nad tym, jakie konsekwencje poniesie za sobą polityka partii Jarosława Kaczyńskiego? Bazując na ułomnej empirii rozmów ze "statystycznymi Polakami": czy przeciętny Kowalski odda swoje 500+ i zgodzi się dla dobra ogółu na likwidację PIT i CIT, obniżkę VATu, akcyzy? Ano, nie zgodzi się - i tutaj obnażamy ogromną hipokryzję! Jeżeli bowiem demokracja mieni się sprawowaniem władzy ogółu w służbie ogółowi - dlaczego tak istotne jest dla przeciętnego Kowalskiego osobiste dobro, całkowicie prywatny interes? "Społeczeństwo demokratyczne" w naszym kraju, społeczeństwo, którego mentalność przenika po dziś dzień rozumowanie całkowicie socjalistyczne, wychodzi z założenia, iż lepsze jest równanie w dół - lepsze, ponieważ bezpieczniejsze. Po co wysilać się i rywalizować przy zachowaniu norm moralnych/etycznych/zasad zdrowej konkurencji, skoro kapitan Państwo ma wprawę w ograbianiu ogółu i dzieleniu wszystkiego między wszystkich po równo, oszczędzając przy tym krocie dla siebie? Nie może być zatem mowy o "dobru wspólnym", jako o naszej powinności, ponieważ jest to arystotelesowska mrzonka, która rozbija się jak bańka mydlana po zderzeniu z przeciętnym Kowalskim i jego zasiłkami. 

Wracając do nieprawidłowości w sprawowaniu władzy w państwie demokratycznym - przy całym ogromie instytucji, administracji i tłumach rządzących nie ma u nas żadnej instytucji zwierzchniej, która zapanowałaby nad powyższymi, by wykonywali oni swoją władzę zgodnie z wolą poddanych. "Poddanych", ponieważ od zawsze byłam i jestem niezmiennie zwolenniczką restytucji monarchii i choć jest nam do niej bardzo daleko, to trzymam się tego zamysłu konsekwentnie, jako idei przewodniej w całym moim podejściu do rozważań politycznych. Monarchia to ustrój zgodny z Królestwem Bożym, zatem szanując fundamenty cywilizacji łacińskiej oparte o normy chrześcijańskie - nie można powiedzieć, że "ustroju lepszego od demokracji nikt nie wymyślił", bo wymyślił go sam Bóg. 

Schodząc natomiast na Ziemię i zaglądając do Sejmu... dzisiejsi posłowie, czyli sprawujący władzę z woli narodu przedstawiciele interesów swojego elektoratu, również nie zauważają, iż to oni są w służbie narodowi i to nie naród istnieje w służbie posłom.
Zgodnie z ideą subsydiarności sięgającą swoimi korzeniami czasów starożytnych, będącą także ważnym elementem katolickiej nauki społecznej winno być: "tyle władzy, na ile to konieczne, tyle wolności, na ile to możliwe oraz tyle państwa, na ile to konieczne, tyle społeczeństwa, na ile to możliwe".

Czy da się to wszystko odnaleźć w naszych realiach? Czy rządzący stworzą nową Konstytucję - taką, która będzie uwzględniała zasadę "Volenti non fit iniuria"*? Pozostawmy te pytania bez odpowiedzi i miejmy nadzieję na uporządkowanie się wszystkiego, począwszy od pojęć**, kończąc na całkowitej naprawie Państwa Polskiego.


*"Chcącemu nie dzieje się krzywda".
**Na początek samouczek: 






                                                                                                                                                         Magdalena Gapińska
                                                                                                                                                       

piątek, 12 maja 2017

Nabijani w butelkę przez wodolejców i innych kuglarzy z medycyny "analnej"

Zdrowie i medycyna - czyli dwie sprzeczności; dwie figury retoryczne; paradoks; kolejny dysonans poznawczo-naŁukowy (zdrowy odmedycznie, zwłaszcza - od medycyny akademickiej lub tzw. naturalnej - to OKSymoron jak BYK; czyli śmiech na sali...).
Takie hasło przewodnie widnieje na stronie pod nazwą: Natura i Zdrowie KLIK!

A obecnie stosowana jest taka socjotechnika na ten naiwny naród... (Homo patiens i Homo natrural-patiens) - KLIK!

"Przestawiając swój organizm na picie wody o wysokim odczynie pH, w początkowej fazie można zauważyć objawy podobne do grypy. Dzieje się tak dlatego, że w procesie jonizacji tworzą się skupiska cząsteczek, które są o połowę mniejsze niż zwykłe cząsteczki. Dzięki temu, taka woda ma większe właściwości nawadniające - łatwiej przepływa przez nasze tkanki, wypłukując tym samym toksyny z organizmu. To właśnie ten efekt detoksykacyjny czasami sprawia, że doskwierają nam bóle głowy oraz biegunka.". [ Moje pogrubienia czcionki]

No, jasne, bo organizm człowieka to taka pralka wirnikowa: Frania czy SHL-ka (nie obrażając tego, mówiąc całkiem obiektywnie, dobrego reliktu PRL-u); dzięki wodzie alkalicznej - wszystkie toksyny zostaną odwirowane i wyparują z organizmu...?!
Gdyby tak było, to nic tylko pić wody alkaliczne i grzeszyć z organizmem na potęgę...


Żadna woda, nawet ze złota, nie jest w stanie wypłukać toksyn, a jedynie rozcieńczy płyny ustrojowe, co skutkuje ich mniejszym stężeniem, a to z kolei przyczynia się do mniejszego stężenia krążących w tych płynach toksyn. A zatem woda ma działanie terapeutyczne, działa jak lek, jedynie objawowo, a nie przyczynowo. 

Jeśli nie kierujemy się naturalnym pragnieniem, pijąc normalną wodę, tylko stosujemy się do tych różnych kuglarskich instruktaży dotyczących nawadniania organizmu i do tego wodami jakimiś nad-naturalnymi, i w ilościach nadmiernych dla organizmu, to nie dziwmy się, że nie możemy dojść do zdrowia. Ale pacjentom "naturalnym" wystarczy, że tylko lepiej się poczują, jak już się odoją tych nad-naturalnych wód, wg wściekle mądrych zaleceń nad-naturalnych terapeutów - wówczas uważają się za wyleczonych.

Jest tak, że jeśli organizm przewodnimy, to on tej wody nie wypompuje (jak z pralki) w postaci niezmienionej, gdyż w połączeniu z odpowiednią temperaturą układu wydalniczego stanowiłaby optymalne środowisko do patologicznej mikroflory (np. pleśni). Organizm, żeby do tego nie dopuścić - musi tę wydalaną wodę odpowiednio zakwasić. Ale z uwagi na to, że w spożywanej wodzie nie ma odpowiedniej ilości elektrolitów, organizm jest zmuszony do pobierania ich z zapasów tkankowych. I tak oto zamiast wypłukiwać brudy/toksyny - to wypłukujemy niezbędne do utrzymania homeostazy elektrolity (głownie: sód, potas, magnez).


Takie wypłukiwania kończą się przeważnie: arytmią serca, tikami nerwowymi i skurczami (zaburzenia gospodarki wodno-elektrolitowej, głównie niedobór sodu), zespołem przewlekłego zmęczenia, etc. Ale w takich sytuacjach medycyna "suplementacyjna" zaraz idzie w sukurs. I dalej buduje atrapę zdrowia. Toksyny dalej mają się dobrze w organizmie, a my je maskujemy doraźnie, faszerując się suplami, żeby tylko usunąć nieprzyjemne samopoczucie. Dystrybutorzy supli, jonizatorów itp. wówczas uspokajają, że to tylko efekt tzw. ozdrowieńczy wynikający z detoksykacji. A to jest, oczywiście, nieprawda, bo to raczej - intoksykacja i jej skutki (tzw. niedobory z nadmiaru balastu).

I tak oto medycyna tzw. naturalna hoduje sobie swoich pacjentów "naturalnych", a oni śpią spokojnie w błogiej nieświadomości, że skoro samopoczucie się poprawiło, to znaczy, że są wyleczeni.
I znów - gdzie w naturze jakieś zwierzę pije wodę na siłę wtedy, kiedy nie posiada naturalnego pragnienia...?! A człowiek? Owszem - nie tylko pije, ale i doi hektolitrami, bo tak mówi (łoj!) instruktaż np. prEfesora Tombaka lub innego tzw. naturopaty. I skąd taki człowiek może mieć pragnienie, jak konowalstwo pierwszego kontaktu z pacjentem oraz naturopata - straszą chorobami, nakazując unikania soli kuchennej oraz soli zawartej w potrawach...


Natura i Zdrowie?! Ale chyba tylko w tytule, bo w treści tego zdrowia - znowuż jak na lekarstwo...
Takie jest rozumowanie tzw. pacjenta. Zafundowanie sobie atrapy zdrowia = zdrowie? To tylko zamaskowanie faktycznego stanu zdrowia i popadnięcie w kolejne choroby, tym razem z tzw. alkalizacji...

Przecież co kilka lat pojawiają się takie cudowne urządzenia i podobnie cudowne suplementy, a zdrowia jak nie było, tak i nie ma; jest nawet wręcz przeciwnie.
Ładnie bym się urządził, gdybym np. chorował na infekcję układu moczowego, i organizm domagał się jedzenia zakwaszającego mocz (np. żurawina, mięso, inne), a ja bym na siłę się alkalizował jakimś cudownym płynem pt. "Woda z jonizatora" i innymi.
To tylko jeden z przykładów - jakich problemów można nabawić się - jeśli bezkrytycznie łyka się takie informacje tzw. medycyny suplementarnej.


Poniżej dowody na hodowlę pacjentów  z tzw. alkalizacji organizmu i innych obecnych modnych metod:

http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2016/07/suplement-do-obalania-mitustraszaka.html.
Plus: - http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalenie-mitustraszaka-dotyczacego_18.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalenie-mitustraszaka-dotyczacego.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalenie-mitustraszaka-dotyczacego_20.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalenie-mitustraszaka-dotyczacego_25.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalanie-mitustraszaka-dotyczacego.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/09/obalanie-mitustraszaka-dotyczacego.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/09/obalanie-mitustarszaka-o-zakwaszeniu.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/09/obalanie-mitustraszaka-dotyczacego_4.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/09/obalanie-mitustraszaka-dotyczacego_83.html.

Oraz: - http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2017/03/obalanie-mitu-o-szkodliwosci-tzw.html.

W ostatniej dekadzie XX w. wzrost spożycia wody butelkowanej był spowodowany pogarszającym się stanem środowiska naturalnego. Ale również w tym samym czasie oraz w I dekadzie XXI w. jakość wody kranowej niesamowicie mocno uległa poprawie. Głównie za sprawą bardziej restrykcyjnym wymaganiom niż woda butelkowana, wg narzuconych przez UE wysokich standardów, jakie obowiązują dla jakości wody pitnej. Jest to, wg mnie, jedyny plus tej lewackiej, durnej organizacji. 

Pozostało jednak pewne uprzedzenie do spożywania wody z kranu, gdyż rzekomo ma ta woda zawierać bakterie chorobotwórcze i inne zanieczyszczenia toksyczne dla zdrowia. 
De facto, jak wspomniałem wyżej, woda kranowa ciągnięta dla konsumentów za pomocą wodociągów jest bardzo zdatna do spożycia i nie posiada w sobie bakterii chorobotwórczych oraz innych zanieczyszczeń - jak to było kiedyś. 
Po drugie, z badań wynika, iż woda kranowa zawiera o wiele więcej pierwiastków korzystnych dla zdrowia niż woda butelkowana. 
Ponadto wody butelkowane w ok. 50% - to wody źródlane, które nie różnią się od wód kranowych. Firmy produkujące wody butelkowane oraz urządzenia filtrujące i jonizujące wodę napędzają spirale strachu wśród konsumentów, tworząc mity o szkodliwości wody kranowej, przez co nakręcają sobie koniunkturę biznesową. 

Przedstawiciele tych firm twierdzą, że (np. woda z kranu jest zdatna do picia dopiero jak się ją przefiltruje, gdyż zawiera: szkodliwy chlor i jego związki oraz inne substancje toksyczne, które są często przyczyną raka; przedstawiciele firm handlujących filtrami o odwróconej osmozie, jako straszaka używają przedstawienia w stylu iście iluzjonistycznym, tj. wykorzystując zjawisko normalnej elektrolizy wody, pokazują jak rzekomo zanieczyszczona jest woda z kranu: - Uwaga oszustwo, czyli "Rewelacyjne filtry" - KLIK!) 
W ten sposób manipulując klientem - namawiają do kupna filtrów bardzo drogich (np. za około 5000 zł). 

Zamiast straszyć ludzi fałszywą wiedzą, że woda z kranu jest niezdrowa, to przedsiębiorstwa wodociągowe powinny informować ludzi o faktach, z których jasno wynika, że woda kranowa jest najczęściej i najdokładniej badana jako produkt spożywczy w rozwiniętych krajach UE. Już nawet najmniejsze przekroczenie rygorystycznych norm jest przekazywane do wiadomości społeczeństwa zamieszkującego w obrębie działania danego wodociągu, aby ci ewentualnie mogli się zaopatrzyć doraźnie (chwilowo) w wodą butelkowaną, aż do czasu usunięcia tego stanu ewentualnej niezdatności w pewnym stopniu wody do spożycia.

Również jako straszaka dystrybutorzy tych firm używają zafałszowanej informacji jakoby woda kranowa była szkodliwa dla zdrowia z uwagi na zawartość leków. Oczywiście, naukowcy badający to zjawisko na sprzęcie najwyższej jakości jednoznacznie twierdzą, że faktycznie, w wodzie mogą znajdować się śladowe ilości leków, ale substancje te nie wpływają na funkcjonowanie organizmu w żaden sposób, nawet gdyby wypić hektolitry tej wody.

Odnośnie "szkodliwości" chloru w wodzie kranowej. Mit kolejny! I znów - śladowe ilości powstałego w wodzie chloroformu - nie mają istotnego wpływu na funkcje fizjologiczne organizmu. 
Ponadto chloroform zawarty w wodzie w pojemniku nieprzykrytym dosyć szybko się ulatnia. To tak gwoli doinformowania - gdyby jakiemuś pedantowi, hipochondrykowi przeszkadzały te minimalne ilości tego związku chloru. Wiadomo, że chlorowanie wody jest potrzebne do niszczenia patogenów. 

Woda przefiltrowana ma rację bytu, kiedy jest bardzo twarda (zawiera dużo minerałów) i opóźnia powstawanie kamienia kotłowego (np. w czajniku). Do tego wystarczy zwykły filtr węglowy typu Brita za około 20 zł. Ale na pozbycie się kamienia można użyć np. octu jabłkowego lub octu ze sklepu lub kwasku cytrynowego (odstawienie czajnika na kilka h z nalaną wodą z odpowiednią ilością octu lub zagotowanie wody z kwaskiem cytrynowym). 

Poważnym błędem zdrowotnym jest picie w dużych ilościach i przewlekle wody "martwej" (destylowanej) lub "fałszywej" (najpierw destylowanej, a potem zjonizowanej czy nad-zjonizowanej, czyli w ilościach zjonizowania ponad-naturalnych) - po zastosowaniu filtra z odwróconą osmozą oraz jonizatora. Dochodzi do wysycenia minerałów z organizmu, po uprzedniej zmianie w składzie płynu międzykomórkowego - co skutkuje poważnymi schorzeniami wynikającymi z niedoboru substancji mineralnych. I, uwaga! Jeśli się nieprawidłowo użytkuje taki filtr, to woda taka może być mocno oczyszczona, ale pozornie, a w konsekwencji jest bardzo zanieczyszczona patogenami. Czyli wniosek znów prosty: jest bardziej szkodliwa dla zdrowia niż "kranówka". 

I powtórzę się. Woda kranowa jest twarda, bo dość wysoko zmineralizowana, jest zdrowa, czyli prawie taka jak dla wód butelkowych średnio-zmineralizowanych. Ponadto woda butelkowana może być źródłem częściowo niebezpiecznej dla zdrowia radioaktywności. 

Woda z plastikowych butelek, z uwagi na brak płukania poprodukcyjnego tych butelek, które trafiają bezpośrednio na rozlewnię - zawiera toksyczny bisfenol i inne popłuczyny plastikowe. 
Wody butelkowane (prócz tych gazowanych naturalnym CO2) muszą mieć dodatek jakiegoś konserwantu. Tak więc u chorych, których trapią dolegliwości ze strony układu pokarmowego - niekoniecznie wpłyną korzystnie na ich stan zdrowia.

Odnośnie manipulowania pacjentami przez kuglarzy z tzw. medycyny naturalnej...
A propos korzystania z mocy wodnej, to niektórzy zwolennicy medycyny tzw. natus*alnej (żeby nie używać tego słowa nieparlamentarnego, to powiem eufemistycznie: tzw. medycyny analnej) masochistycznie osiągali doznania erotyczne poprzez poddawanie się zabiegom hydrokolonoterapii (to taka turbo-max-lewatywa), czyli "picie" odbytnicą. 
Czego to medycyna "naturalna" nie wymyśli, żeby zadowolić wielotorowo swojego Natural patiens... (Czy teraz wiadomo już skąd nazwa medycyna "analna"?) 
W naturze nie widziałem takiego zwierzęcia, które by jedno drugiemu wpompowywało wodę w odbyt w jakimś ściśle uzasadnionym żywotnym celu. Podobno, jedynie czaple wpsikują sobie wodę do/lub w okolicę odbytu, ale to chyba jakiś rytuał gry wstępnej do kopulacji (samiec i samica). Chyba że pies, może być "ogrodnika", który przypadkiem usiądzie na szlaufie ogrodowym, ale to tylko - przypadkiem...





Ps. Skoro jest lewatywa, to - czy jest prawatywa...?!


Pps. Temat mający punkty styczne z powyższym: Kiedyś się doczekam prawdziwego doktora alternatywnego... KLIK!
         


                                                                                                      Zibi

wtorek, 9 maja 2017

Kiedyś się doczekam prawdziwego doktora alternatywnego...

Ryszard Grzebyk - Opinia naturopaty...

Jak słucham tego Pana KLIK!, to odnoszę wrażenie, że choroby wszystkie, w tym i rak - mają przyczyn full. I właśnie on je zna... Z tego wynika, że około 17., bo, jak mówi, zna około 17 metod leczenia przczynowego.

I znów nie ma nic o zdrowiu, czyli o profilaktyce nurtu prozdrowotnego wg Hipokratesa, tylko o metodach terapeutycznych różnych medycyn; czyli też leczeniu objawów, ale metodami (łoj!) "naturalnymi". 

Wg Pana Grzebyka - jest to leczenie przyczynowe. A wg mnie - nie jest! Pan Grzebyk uważa, jak każda medycyna, w tym i akademicka, że jest wiele przyczyn powstawania chorób. Uważają, że jak leczą "naturalnie" daną jednostkę chorobową, to leczą przyczynowo, bo pacjent odczuł poprawę zdrowia. De facto jest tak, że tylko usunął objaw, lecząc przyczynę (zaledwie pośrednią) choroby. 
Dla przypomnienia: Przyczyną chorób jest toksemia organizmu i z niej wynikające (ewentualne skutki/przyczyny pośrednie) nieprawidłowości w funkcjonowaniu systemu odpornościowego.

A, i ważna rzecz: zarówno tzw. naturopaci, jak i Homo naturalpatiens - leczenie chorób traktują sobie wybiórczo (np.: dzisiaj się wezmę za usuwania sposobami "naturalnymi" łupieżu, bo randka się zbliża, a jutro za leczenie kataru żołądka, następnie za arytmię serca, itd.). Nic bardziej błędnego. Jeśli w takiej kolejności i w ogóle wybiórczo będziemy podchodzić do leczenia (wg Pana Grzebyka, przyczynowego), a nie, żeby organizm sam się regenerował z automatu (wg jego logiki i chronologii), to możemy tę naszą priorytetową walkę z łupieżem przypłacić życiem, bo organizm, gdybyśmy nim nie sterowali ręcznie, naprawę organizmu zacząłby od prostowania poważniejszych niedomagań, a łupież zostawiłby na "deser". Łupież, jako grzybica skóry - ustąpiłby samoistnie po detoksykacji organizmu i tym samym pozbawieniu pożywki dla Candidy (nie ma pożywki - nie ma amatora na nią).
A tak nie mamy łupieżu i wyglądamy estetycznie - ale nie na randce - tylko w trumnie!

Mnie, jako profilaktyka zdrowia nurtu prozdrowotnego wg Hipokratesa, nie interesuje usunięcie przyczyny pośredniej, tylko bezpośredniej, czyli jedynej, naczelnej - jaką jest toksemia. A ponad wszystko opanowanie wiedzy, z której wynika, że sztuką jest niechorowanie, zaś Panu Grzebykowi i jemu podobnym - potrzebna jest choroba, żebym później mogli ją leczyć; żeby mogli się wykazać jako dobrodzieje.

A propos GNM (Germańska Nowa Medycyna) - przerabiałem tę wiedzę, i jest klasycznie - znów leczenie objawów, czyli co najwyżej - usuwanie przyczyn pośrednich... 
Pomijając tę ww. medycynę, np. leczenie tzw. naturoterapeutyczne czy akademickie schorzenia nadciśnienia: istnieje nadciśnienie tętnicze - to drugie, czyli rozkurczowe, więc Pan Grzebyk lub jemu podobni szukają przyczyny tej choroby, i ustalają, iż jest to choroba nerki, np. zwężenie naczyń, więc zalecają (np. zioła, działające podobnie jak wazodylatotory). I jeśli po tej terapii się osiągnie ciśnienie, które będzie w normie - to to już wg nich nastąpiło wyleczenie przyczynowe. A de facto to jest zaledwie usunięcie przyczyny pośredniej, i to tylko - doraźne. A co jeśli przestanie się łykać zioła, czyli przestanie maskować faktyczny stan zdrowia? No dobra, w najlepszym wypadku funkcje chorej, "zwiędniętej" nerki przejmie druga. A co się stanie, gdy "zwiędnie" i druga? A zatem - jakie to jest leczenie przyczynowe?

Albo inne leczenie (usuwanie przyczyn pośrednich czy skutków przyczyny naczelnej, bezpośredniej - toksemii) jego, jak mówił, sztandarowe leczenie "przyczynowe" chrząstki stawowej. Jeśli nie usunie przyczyny pośredniej i bezpośredniej - akurat w tym przypadku jako toksyn-złogów (przyczyna pośrednia=przyczynie bezpośredniej), a będzie się kładło nacisk li tylko na wtłaczanie mazi, której organizm nie produkuje (jeśli widzi w przestrzeni stawowej złogi-"plomby"), to to nie ma nic wspólnego z leczeniem przyczynowym, czyli z działaniami prozdrowotnymi; autoregeneracją organizmu. A gdzie tutaj miejsce na na odpowiedni model odżywiania (np. Zasady zdrowego odżywiania lub/i odpowiednia dieta pod to schorzenie). Przecież to tylko działania na zaleczenie choroby, tyle że sposobami "naturalnymi". 

Chciałbym znać prawdę - kiedy ten Pan zacznie znów leczyć się "przyczynowo" - aby nie musiało dojść do operacji wstawiania sztucznych stawów biodrowych... 
Jakie suple zażywa np. na podłożu L-glukozaminy i jakie witaminy sztuczne łyka, aby organizm mógł przyswoić to sztuczne błoto kolagenowe, jeśli w większości są to paraleki z apteki, a nie substancje naturalne z jedzenia?

A ta Pani przeprowadzająca wywiad, to już w ogóle kompletna ignorantka wiedzy o zdrowiu (nie słyszała o leczeniu przyczynowym, no bo skąd miała słyszeć, skoro wszyscy tzw. naturopaci, tylko leczą co najwyżej przyczyny pośrednie, śpiąc w błogiej, aczkolwiek fałszywej, złudnej świadomości, że leczą przyczynowo). Ale i tak nie poznała jej dogłębnie od Pana Grzebyka, bo ów Pan - tylko w tytule zaznaczał wielokrotnie o tzw. łańcuchach przyczynowo-skutkowych, łudząc się, że zna przyczyny niektórych chorób. Jemu i jemu podobnym nic nie wiadomo na temat tego, iż organizm powinien się sam regenerować z automatu, a nie, że oni go ręcznie wysterują za pomocą "naturalnych" medykamentów.

Naturopata Grzebyk to Zięba bis, a Zięba to Tombak bis, a Tombak to Klarkowa bis, a Klarkowa to Siemonowa bis, a Siemionowa to Małachow bis, etc.
Ww. leczyli i leczą ze złudną świadomością, że właśnie leczą przyczynowo. I tak - leczą i leczą... ale tylko z objawów, niestety! 

Powtarzam: sztuką jest nie chorować lub po właściwym wyleczeniu przyczynowym, czyli usunięciu przyczyny naczelnej chorób i jej skutków - nie doprowadzić do nawrotu chorób wyleczonych, czy do  nabycia nowych!                                                                                                                                              
                                                                                                     Zibi
                                                                                                                                                             


                                                                                                  


niedziela, 26 marca 2017

Obalanie mitu o szkodliwości tzw. mikrofalówek oraz słów kilka o J. Ziębie

Jakże łatwo ludzie poddają się procesowi manipulacji, zwłaszcza przez propagandę medycyny akademickiej oraz, w takim samym stopniu lub nawet większym, przez propagandę tzw. medycyny naturalnej. Zazwyczaj stoją za tym firmy dystrybucyjne supli lub innych paraleków oraz firmy produkujące różne urządzenia, działające niby prozdrowotnie. Nad wszystkim ma i tak kontrolę wszechpotężne lobby farmaceutyczne. A ludzie myślą, że jak zaczną omijać instytucje związane ze służbą "zdrowia" szerokim łukiem, a będą korzystać ze zdobyczy wiedzy tzw. medycyny naturalnej, to będą mogli żyć długo i szczęśliwie.

Jeszcze raz przypomnę uprzejmie, że medycyna "naturalna" czy alternatywna może być tylko "mniejszym złem" niż medycyna akademicka w leczeniu chorób przewlekłych. Co mi za różnica zmanipulować system immunologiczny np. antybiotykiem syntetycznym, lub chemioterapeutykiem z apteki - czy też antybiotykiem naturalnym pochodzącym z maliny, lub z czosnku.

Zaznaczam, że prawdziwą alternatywą dla wszelkiej maści medycyn,  w tym i tej najlepszej (ludowej czy chińskiej starożytnej) jest profilaktyka prawdziwa wg nurtu profilaktyki prozdrowotnej Hipokratesa. Ponieważ prowadzę blog pt. "Zdrowie a Polityka", muszę się odnieść do porównania...
Podobnie - jak w wiedzy o zdrowiu istnieje prawdziwa alternatywa dla chorób i medycyny (Hipokratejski nurt profilaktyki prozdrowotnej) - tak i w polityce istnieje prawdziwa alternatywa dla pookrągłostołowej lewackiej sitwy, czyli tzw. bandy czworga i jej, co rusz nowo tworzonych, odprysków - jest nią opcja antysystemowa, wolnorynkowa, prawacka (WOLNOŚĆ, KNP, UPR, inne).
Tzw. medycyna naturalna czy alternatywna - to tylko opcja alternatywna, ale fasadowa, będącą tylko na niby w opozycji do medycyny akademickiej; podobnie - jak fasadowa jest opozycja w stosunku do partii rządzących w Polsce, po roku 1989, za tzw. neokomuny lub komuny bis. Zarówno w lewackiej służbie (tfu!) zdrowia oraz jej fasadowej alternatywie (różne rodzaje medycyn), jak i lewackich partiach naprzemiennie rządzących oraz ich fikcyjnych opozycjach - to wszystko służy żywotnym interesom syjonistyczno-masońskim kreatorom NWO.

Nie omieszkam zaznaczyć, że Jerzy Zięba, reprezentujący właśnie odmianę medycyny "naturalnej", czyli tzw. nową medycynę komplementarną - jest "memu ciału najbliższą koszulą", czyli ta wersja medycyny alternatywnej, to w jakimś procencie zbliżona jest do Hipokratesowego nurtu profilaktyki zdrowia; "mniejsze" zło. Do obalenia bandyckiej medycyny pod panowaniem WHO i lobby farmaceutycznego - jak na te czasy - i jak na samoświadomość wynaturzonego, zlewaczonego świata - może być wystarczająco skuteczna. Ale dla dobra ogólnie pojętego dobrostanu zdrowia ludzi - to ona przyczynowo niczego nie leczy.
Gdyby medycyna "naturalna" czy alternatywna była taka skuteczna, to chorych i chorób by nie przybywało w tempie geometrycznym, lecz ubywałoby. Tym czasem Polska, kilka lat temu, zajmowała drugie miejsce w świecie pod względem wykupu supli, czy innych paraleków, a chorych np. na nowotwory i inne choroby było statystycznie w ilości wiodącej prym w świecie.
Zarówno Jerzy Zięba, jak i inni szperacze, naturoterapeuci, prócz profilaktyków zdrowia (edukatorzy wiedzy o zdrowiu wg Hipokratesowego nurtu prozdrowotnego) - nie znają podstaw podstawy wiedzy o zdrowiu.
Nie wiedzą, że niektóre infekcje (np. przeziębieniowe) są naturalnym procesem oczyszczania organizmu z toksyn, komórek rakowych, quasi-rakowych. Dla nich taka infekcja o charakterze prozdrowotnym - stanowi również patologię, którą z całej mocy zwalczają, jak nie alopatycznie farmaceutykiem, to homeopatykiem, ziołolekiem, lub innym patykiem. Nie wiedzą, że organizm jest zdolny do auto-uzdrawiania, ale nie poprzez wyręczanie go w pokonywaniu jego czasowo złej kondycji, tylko we wspomaganiu go poprzez systematyczną detoksykację za pomocą środka naturalnego, działającego optymalnie pasywnie na jego funkcje. Nie wiedzą o tym, że organizm się uzdrawia wielowariantowo, a nie, jak im się wydaje, dwuwariantowo czy zero-jedynkowo (jest reakcja organizmu, więc trzeba działać kontrreakcją; np. jest gorączka, to trzeba ją zwalczyć wściekle naturalnym specyfikiem, bo gorączka, katar, kaszel, to patologia). Wreszcie tez nie wiedzą, że żeby dojść do dobrostanu zdrowia, to nie należy organizmu sterować ręcznie (np. aplikując modną obecnie wit. D3, K2, wściekle lewoskrętną witaminę C, itd.); tylko żeby organizm sam się wysterował z "automatu". Czyli istotniejsza jest wiedza - jak i czym go odciążać detoksem, ujmować mu balastu, odpowiednio optymalnie go odżywiać, a nie - jak hamować jego zdrową reakcję, aczkolwiek wydająca się niekorzystną dla samopoczucia, i podawać mu środki alopatyczne (naturalne mocno, bardziej niż natura), tylko dlatego, ze nieprzyjemny jest tzw. efekt ozdrowieńczy. Jeśli poprzez detoks organizm jest poganiany do samouzdrawiania, to należy mu ujmować środków stymulujących do tego detoksu,  a nie hamować go alopatycznie, przez co go "ogłupiamy" i dostarczamy kojonego materiału na balast egzo i endo toksyn - maskując faktyczny stan zdrowia oraz budując atrapę zdrowia.

Gdyby Zięba edukował w wiedzy o zdrowiu, to z  całym szacunkiem mógłby się nazywać doktorem (czytaj: nauczycielem o zdrowiu), ale jeśli naucza, zaleca terapie polegające na suplementowaniu, to czym on się rożni od dystrybutora leków czy paraleków, czyli klasycznego lekarza?  Czy jemu zależy na wyleczeniu chorego, czy na jego dożywotnim leczeniu? Czy jemu i konowałom - zdrowi ludzie - to jest po ich myśli?
„Pamiętam, że Pan Zięba na samym początku dosyć mocno naciskał, że suplementy to tylko dodatek i można ich używać bardzo krótko przy jakimś niedoborze lub stwierdzonej chorobie. Sam zwracał uwagę, na wzajemne powiązanie witamin i niedobór kilku innych, przy suplementowaniu się tylko określoną grupą. Do tego mocno punktował, że najważniejsze jest zdrowe odżywianie, dieta nieskowęglowodanowa, jajka, mięsa, warzywa i to z nich powinno się dostarczać wszystkiego czego potrzeba. Mocno krytykował mit cholesterolu i parę innych takich, które znamy. Mimo kilku dziurawych teorii, tą całością zaskarbił sobie rzesze wielbicieli. Tym którzy z nim zostali, widocznie łatwo było przyjąć po dwóch latach, że suplementy jednak muszą być i bez nich skazani jesteśmy na choroby oraz śmierć w męczarniach. Widocznie zapomniał już, czemu stali się jego wielbicielami na początku”. (~ Shadow)
"Gdyby jakaś Zięba czy inna ptica odkryła, że oto najbardziej schorowani ludzie świata, jakimi są Hamerykanie, nagle zaczęli zdrowieć, bo nałykali się jakichś supli, czy innego badziewia, to bym zrozumiał zachwyt nad tym badziewiem. Ale gdzież tam! Przylatuje taka ptica i donosi, że odkryła ukryte terapie, więc muszą być dobre, bo ukryte, czyli dotychczas nikomu nie pomogły, prócz producentów, oczywiście hamerykańskich. A durny Polak, jak wiadomo, wszystko kupi.” (~ Mistrz)

Tutaj dowód na to, że duże dawki witaminy C są szkodliwe (Jerzy Zięba nie przewidział tzw. recyklingu?!)
Rola witaminy C w organizmie ludzkim
Spośród 4.000 gatunków ssaków tylko organizmy ludzi, większości naczelnych, świnek morskich oraz niektórych gatunków nietoperzy nie syntetyzują witaminy C. Okazuje się jednak, że w toku ewolucji nasze gatunki wypracowały niezwykle wydajny mechanizm znakomicie kompensujący tę rzekomą ułomność. Otóż w zamian za zdolność syntezy kwasu askorbinowego występuje u nas bardzo wydajny mechanizm wychwytywania utlenionej formy witaminy C, czyli kwasu dehydroaskorbinowego (DHA) – związku powstającego z witaminy C w wyniku reakcji z wolnymi rodnikami tlenowymi. W większości świata ożywionego używającego witaminę C jako narzędzie obrony przed niszczycielskim wpływem wolnych rodników tlenowych kwas DHA jest traktowany jak związek zużyty, a więc niepotrzebny. W organizmie człowieka zostaje on jednak pochłonięty przez czerwone krwinki (erytrocyty), a następnie powtórnie przetworzony do aktywnej formy witaminy C, używanej do zgoła innych celów niż wyłapywanie wolnych rodników tlenowych.
Mamy zatem koronny dowód, że organizm ludzki nie wykorzystuje łatwo utleniającej się witaminy C jako typowego utleniacza w obronie przed niszczycielskim wpływem wolnych rodników tlenowych, jak to ma miejsce wśród organizmów syntetyzujących tę witaminę, gdyż jest ona wykorzystywana do zgoła innych celów, a mianowicie:
  • jest podstawowym składnikiem kwasu hialuronowego niezbędnego do syntezy kolagenu oraz w procesach kostnienia,
  • jest nieodzowna w przyswajaniu żelaza i syntezie hemoglobiny,
  • uczestniczy w procesach odpornościowych utrudniając wirusom przenikanie przez ściany komórkowe zdrowych komórek,
  • pełni ważną rolę regulacyjną we wzroście i rozwoju wszystkich komórek organizmu.
Organizmy zdolne do syntezy witaminy C są niezdolne do wychwytywania z krwi DHA, więc są zmuszone produkować ogromne ilości kwasu askorbinowego zużywając na to mnóstwo energii. O ile człowiekowi wystarcza pobranie z pożywienia 1 mg witaminy C na kilogram masy ciała, to na przykład kozły są zmuszone wytwarzać we własnym ciele 200 razy większą ilość tego związku. [Moje pogrubienia]
O nadrabianiu niedoborów - KLIK! 
A tutaj na to dowód, że duże dawki witaminy D3 mogą szkodzić człowiekowi...
Dla przypomnienia: jeśli wystąpią duże niedobory witaminy D3 we krwi, pomimo iż ludzie jedzą w miarę tłusto i wysokocholesterolowo, czyli normalnie, w sposób zdroworozsądkowy, to może to być analogicznie, jak w przypadku z nieprawidłowościami z recyklingiem witaminy C - niedobór metylacji! Ale to nie powód zaraz, aby się faszerować Witaminą D3 i witaminą C (np. "wściekle lewoskrętną") 
"(...)Tymczasem naukowcy z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore, którzy także przyjrzeli się skutkom zwiększonego spożycia witaminy D, doszli do dwojakich wniosków. Po pierwsze, stwierdzili oni, że podniesiony poziom witaminy D we krwi może skutkować obniżeniem stężenia białek c-reaktywnych (c-reactive protein, w skrócie CRP), czyli popularnego wskaźnika zapaleń układu krążenia. Z drugiej strony jednak, poziom witaminy D wyższy niż 21 ng/ml wiązać się może ze wzrostem stężenia wspomnianych protein, co prowadzi do twardnienia naczyń krwionośnych i zwiększonego ryzyka chorób układu krążenia. (...)". [Moje pogrubienie]

No ale już widzę - komu te moje objaśnienia będzie się chciało czytać...  Dla potencjalnego leminga-pacjenta, Zięba i jemu podobni - są the best, a ja się czepiam czegoś nie wiadomo czego. Dopiero jak dojdą do ściany z chorobami, to stwierdzą, że ten dziwak miał rację. Nie można brać stanu ulgi w cierpieniu za oznakę wyleczenia się; może to być maskowanie faktycznego stanu zdrowia za pomocą tzw. naturalnych środków, czyli tzw. mumifikacji ciała za "życia", a właściwie wegetacji, budującej atrapę zdrowia.

Jakiś czas temu obalałem mity, dotyczące "zakwaszania" organizmu rzekomo od jedzenia protein (np. z mięsa i z innych produktów zwierzęcych). Za jedzeniem wściekle "alkalizującym" stały również (np. różne firmy dystrybucyjne supli oraz produkujące jonizatory do wody, inne).
Jakiemu lobby zależy na tym, aby straszyć ludzi chorobami i śmiercią w wyniku korzystania z kuchenek mikrofalowych...?! Może lobby produkujące kuchenki gazowe itp.?

Należy przyznać, że stare mikrofale, z minionej epoki - to urządzenia kiepskiej jakości, ale nie obecnie produkowane wg surowych wymogów. Aktualnie produkowane kuchenki mikrofalowe są bezpieczne.
Korzystanie z takiej mikrofalówki, to obecnie wiele korzyści: oszczędność czasu, bo jedzenie jest podgrzane błyskawicznie; oszczędność energii, bo ogrzewane jest tylko jedzenie, a nie otoczenie (mieszkanie, czy ulica); mniejsza strata substancji odżywczych niż podczas pieczenia, gotowania, smażenia).
Jedzenie z mikrofali nie jest napromieniowane! Mikrofale są zamieniane li tylko na ciepło! Nie ma żadnej innej energii, prócz termicznej.
Ciężko ludziom odróżnić promieniowanie niejonizujące z mikrofali - od jonizującego, które jest szkodliwe. Promieniowania mikrofalowego w jedzeniu wyjętym z takiej kuchenki - już nie ma; jest tylko pozostawiona po tym promieniowaniu niejonizującym - energia zamieniona na ciepło!

Dowodem na to, że energia aktywacji promieniowania mikrofalowego jest na tyle niska, że  w żaden sposób nie ma wpływu na uszkodzenie wiązań chemicznych czy na DNA produktów żywnościowych - jest fakt, iż w szpitalach ogrzewa się czasami płyny dożylne oraz krew ludzką w urządzeniach mikrofalowych.
A zatem z powyższego wynika, iż skoro promieniowanie mikrofalowe nie uszkadza tak bardzo delikatnych składników krwi - to bankowo - nie może uszkodzić struktur chemicznych związków organicznych żywności (mniej wrażliwe niż składniki krwi). Promieniowanie mikrofalowe z tego urządzenia może uszkodzić krew, ale  jedynie na skutek zbyt wysokiej temperatury podgrzewania.

"Ciepło to jedyny efekt, jaki energia mikrofalowa wywiera na żywność". [Źródło: D. S. Strayer, E. Rubin, Rubin`s Pathology. Clinicopathologick Foundacions of Medicine, wyd. 7 China 2015, s. 357]

"Kuchenki mikrofalowe są bezpieczne". [ źródło: J.M. Last, Housing and Health Wallace/Maxcy-Rosenau-Last Public Health Et Preventive Medicine, red. R.B. Wallace, wyd. 15, USA 2008, s. 920]                                                                                                                                                                                     
                                                                                                                                                   
Ps. Suplement do  artykułu...

Panie Jerzy Zięba! Dedykuję niżej wymieniony materiał z wiarą, że przyswoi sobie Pan tę wiedzę - dla dobra swojego i dla dobra schorowanych ludzi...
Łatanie dziur w zdrowiu
Przykład z witaminą C w maskowaniu objawów chorobowych, bez usunięcia ich przyczyny, można odnieść do wszystkich modnych obecnie tzw. naturalnych suplementów diety. [Moje podkreślenia] Ich działanie nie ma nic wspólnego ani z profilaktyką zdrowotną, ani ze zdrowiem w ogóle. Jest to działanie stricte medyczne, a więc nastawione na robienie biznesu na ludzkiej niewiedzy przy pomocy fałszywych informacji. Przede wszystkim fałszywe jest nazywanie leków, czyli substancji wywierających aktywny wpływ na funkcjonowanie organizmu... suplementami, czyli dodatkami diety. To doprawdy szczyt bezczelności, gdy do „suplementu diety” dołączona jest ulotka z długą listą chorób, które ten specyfik... leczy, ale lekiem on nie jest, tylko... takim sobie dodatkiem; przyprawą do posiłku.
By wcisnąć, dosłownie: wcisnąć swoje produkty, dystrybutorzy wmawiają nabywcom, że przyczyną chorób jest niedobór jakichś substancji. No, to już jest oczywista bzdura! Owszem, wśród substancji odżywczych niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania organizmu są takie, których niedobór wywołuje objawy niedoboru. Ale są to właśnie objawy niedoboru, a to nie to samo, co choroba będąca następstwem nieodwracalnego uszkodzenia tkanek jako efekt niszczycielskiego oddziaływania toksyn, których organizm nie zdołał się pozbyć, gdyż wszystkie próby ich wydalenia są blokowane. A jeśli likwidujemy wszelkie objawy świadczące o samooczyszczaniu się organizmu z groźnych toksyn, to co się z nimi dzieje? Otóż kumulują się w organizmie i uszkadzają tkanki ważnych organów, czyli że wiodą do jednego finału – choroby.
Wiele badań wskazuje, że osoby systematycznie zażywające jakieś substytuty; erzace zwane suplementami diety, a w rzeczywistości będące lekami bez recepty służącymi do maskowania objawów chorobowych (swoistych wentyli bezpieczeństwa), o wiele częściej od pozostałych zapadają na choroby cywilizacyjne – cukrzycę wieku dorosłego, nadciśnienie, choroby z autoagresji czyli agresji systemu odpornościowego skierowanej przeciwko komórkom własnego organizmu, wreszcie raka będącego totalną katastrofą organizmu jako całości. I nie może być inaczej!" (~Józef Słonecki)

"W gruncie rzeczy chodzi o to, że witamina C, jak zresztą wszystkie witaminy, w sytuacji niedoboru wywołuje specyficzne objawy niedoboru. Jeśli owe objawy nie występują, to stosowanie dużych dawek witaminy C w celu zamaskowania innych (niż niedobór witaminy C) objawów chorobowych jest typowym w medycynie działaniem alopatycznym, tj. nastawionym na zwalczanie prawidłowych reakcji systemu odpornościowego.” (~ Józef Słonecki)
„Zapewne nie chodzi tu o zapotrzebowanie komórek na witaminę C, tylko o tę nadwyżkę płynącą w żyłach do neutralizacji wolnych rodników. Jednak do tego celu natura wyposażyła nas w LDL, który doskonale sobie z tym radzi i nie powiększa przy tym portfeli firm farmaceutycznych.
Tylko zaraz potem gdzieś przeczytasz, że duży LDL to zło i należy spożywać następny specyfik na jego obniżenie." (~Tomurbanowicz)

Jeszcze raz powtórzę, o co chodzi z tą alopatią, na przykładzie działania homeopatyku, antybiotyku, witaminy C (duże dawki), innego alo(patyku)...

Przykładowo: leki homeopatyczne, zwalczają choroby infekcyjne, które są uważane przez medycynę jako patologia. Leki homeopatyczne o potencji równej D24 lub większej od D24 - gdzie prawdopodobieństwo znalezienia choćby jednej cząsteczki substancji wyjściowej leku, czyli tzw. pranalewki - jest równe zeru - nie mają działania zarazkobójczego.

No ale co z tego... skoro w ostatecznym rozrachunku efekt jest również alopatyczny, czyli zablokowanie objawów chorobowych jako wentyla bezpieczeństwa zdrowia. Inny jest tylko mechanizm działania, bowiem leki o wysokim rozcieńczeniu stymulują system odpornościowy, przekazując mu fałszywą informację, jakoby zarazki w chorobie infekcyjnej przebrnęły już okres inkubacji i rozmnożyły się na skalę, która uzasadnia ich zniszczenie. A co się stanie z toksynami, które wg zamysłu organizmu, miały być usunięte z organizmu (szczególnie te zmutowane, które stanowiły realną groźbę nowotworzenia oraz te niepełnosprawne, zdefektowane, etc.)? Czy to nie jest alopatia? Czy to nie jest manipulacja systemem odpornościowym na poziomie komórkowym, a następnie organizmami pacjentów - w celu nakręcenia koniunktury biznesowej wiadomego lobby?

A czego można się spodziewać po kartelu farmaceutycznym, który nadzoruje również przemysł homeopatyczny? Kuglarstwo/blagierstwo farmaceutyczno-medyczne polega właśnie na karmieniu pacjentów ściemą, że leki homeopatyczne nie mają działań ubocznych, że nie są toksyczne, że nie uzależniają, że można je używać jak cukiereczki czy przyprawy do zup, że w końcu - są zalecane przez tzw. naturopatów, jako niby alternatywnych dla medyków klasycznych „dobrodziei” (czytaj: albo tzw. nawróconych lekarzy-homeopatów, albo nielekarzy-homeopatów - czyli poprawiaczy natury). Homeopatia, która wchodzi w skład medycyny komplementarnej - to medycyna akademicka bis - dająca fałszywą nadzieję, jeszcze kołaczącym się po świecie zmumifikowanym quasi-zwłokom ludzkim.

Alo(patyki) - to jest termin (sarkazm) wzięty (np. z Hipokratejskiej profilaktyki prozdrowotnej), dla podkreślenia statusu tych leków, jako stojących w jednym rzędzie z antybiotykami i innymi hemioterapeutykami, czy niesterydowymi lekami przeciwzapalnymi, czy lekami przeciwbólowymi. Dodanie sylaby "tyki" ma właśnie oznaczać zagrożenie w ich niefrasobliwym stosowaniu (szafowaniu - jak antybiotykami). Dla rasowych homeopatów, takie nazywanie leków jest profanacją. Dlatego celowo je tak nazwałem, aby zwrócić uwagę, gdzie jest faktyczna profanacja Natury przez medycynę.

Z zakresu toksykologiczno-klinicznego takiego leku homeopatycznego*, jak np. Ignatia wynika, iż ma ona powinowactwo do tkanki nerwowej. Wg mnie, w tej sytuacji wyjątkowej, zalecałem czasami podopiecznemu ten lek, jako najmniejsze zło - aby pacjent chory na depresję w konsekwencji rozchwiania równowagi między układem sympatycznym a parasympatycznym - nie doprowadził na przykład do zrealizowania swoich myśli samobójczych. Jest to chwilowa manipulacja, ale wymuszona swoistym stanem wyższej konieczności (oddalenia widma śmierci). Przynajmniej, żeby zapobiec dostania się podopiecznego w macki medyczne, którego psychiatria bardzo szybko lubi zaprogramować w pacjenta, w tzw. królika doświadczalnego, faszerowanego psychotropami dożywotnio, tułającego się po psychiatrykach (mniej więcej co roku dopasowuję się mu nową chorobę psychiczną – pod wyprodukowane leki psychotropowe, którymi się karmi pacjenta, zmieniając mu co rusz na inny rodzaj leków z danej grupy – niby dla lepszego samopoczucia pacjenta; czyli klasyczne dopasowywanie konia do chomąta).

Istnieje manipulacja np. centralnym systemem nerwowym poprzez zapodanie tego leku. Można to porównać do naciągania krótkiej kołdry, zamiast poczekania na uszycie nowej, dłuższej. Skoro organizm zezwolił, albo zostało wymuszone na organizmie chwilowe rozchwianie równowagi pomiędzy układem współczulnym a przywspółczulnym w centralnym systemie nerwowym oraz podobne rozchwiania w systemie nerwowym obwodowym (autonomicznym) na rzecz, któregoś z tych podukładów - to w myśl Hipokratejskiej profilaktyki zdrowia należy odczekać aż organizm samoistnie dokona owej równowagi w systemie nerwowym.
Przykładowo: w Ruchu Optymalnych takie manipulacje stosuje się podając Prądy selektywne. Jeśli to jest np. neurastenia, to podaje się na CUN prądy typu "PS", czyli na kontrolowane "porażenie" podukładu parasympatycznego, czyli przywspółczulnego, gdyż podukład sympatyczny, czyli współczulny jest już chorobowo "porażony". Czyli dąży się, aby na siłę wyrównać te podukłady, a nie czeka się, aby organizm doszedł sam do homeostazy komórkowej, a w tym do równowagi w tych podukładach systemu nerwowego. Jeśli np. jest choroba wrzodowa żołądka, to podaje się prądy selektywne typu "S", czyli na układ sympatyczny. Podaje się miejscowo na układ nerwowy obwodowy autonomiczny, znów nie czekając na autonaprawę organizmu – poprzez wdrożenie metod Hipokratejskiej profilaktyki zdrowia.
*Zakresem toksykologiczno-klinicznym leku nazywamy same zmiany i objawy chorobowe, wywołane przez konkretną substancję toksyczną, z której powstaje lek homeopatyczny.


Inny przykład szkodliwej manipulacji organizmu poprzez podanie dużych dawek witaminy C, czy leku homeopatycznego (np. oscillococcinum) w chorobie przeziębieniowej, celem zwalczenia infekcji, ale zarazem - zablokowania naturalnego procesu oczyszczania (np. ze zdefektowanych i zmutowanych komórek nowotworowych).
Takie paraleki stymulują system odpornościowy, przekazując mu fałszywą informację, jakoby zarazki w chorobie infekcyjnej ("ekipy sprzątające", zaproszone przez system odpornościowy) przebrnęły już okres inkubacji i rozmnożyły się na skalę, która uzasadnia ich zniszczenie (czyli, że robole od czarnej roboty zrobiły swoje, robole mogą odejść). De facto - zarazki zostają zniszczone, pozostawiając cały bałagan w fazie albo rozpoczętego trwania już procesu sprzątania, albo tuż przed jego rozpoczęciem.

"(...) Organizm, chcąc się pozbyć komórek osłabionych, do jakich należą komórki nowotworowe, celowo dopuszcza do ich zainfekowania wirusem, by ów, w procesie replikacji, zniszczył te komórki. Odkrycie wirusów w komórkach nowotworowych i oskarżenie ich o spowodowanie zmian nowotworowych, to jak odkrycie, że tam, gdzie jest bałagan zawsze zjawiają się sprzątaczki, a więc wniosek jest oczywisty - sprzątaczki powodują bałagan, bo tam, gdzie ich niema... nie ma bałaganu. Wniosek: zwalczyć sprzątaczki!Nie jest prawdą, że po każdej infekcji wirusowej w organizmie pozostają wirusy. Organizm pozostawia je wówczas, gdy uzna, że proces oczyszczania nie został jeszcze przeprowadzony do końca. Dowodem może być wirus opryszczki, którego w miarę usuwania toksyn organizm zaczyna sukcesywnie się pozbywać, aż wreszcie pozbędzie się do końca. (...) 

(...) Pozostawienie toksyn w organizmie nieuchronnie prowadzi do uszkodzenia ważnych organów i układów czyli chorób, takich jak osteoporoza, niewydolność krążenia, zaburzenia hormonalne, cukrzyca, nowotwór, a także wszelkich chorób z autoagresji - Hashimoto, reumatyzm, SM, i tak dalej, i dalej. Aby przerwać ten proces chorobowy i wyzdrowieć, należy po prostu zachorować na chorobę infekcyjną i ją odchorować. Sama infekcja nie oznacza zachorowania na chorobę infekcyjną, bowiem jeśli organizm nie da czasu zarazkom na rozmnożenie się, zwane inkubacją, to bez najmniejszego trudu zniszczy je, gdy jeszcze są nieliczne i słabe. (...)" (~Józef Słonecki)

Biorąc powyższe pod uwagę, uzasadnienie podania ww. paraleków będzie wówczas, kiedy system odpornościowy nie będzie w stanie sam usunąć ww. "ekip sprzątających"; będzie się np. utrzymywać długo wysoka temperatura i choroba infekcyjna, przeziębieniowa będzie się rozwijać w najlepsze (np. wirusy po zabiciu komórek zdefektowanych zaczną atakować zdrowe komórki).

CHOROBY SĄ PROCESEM POZBYWANIA SIĘ TOKSYN Z ORGANIZMU. SYMPTOMY SĄ NATURALNĄ OCHRONĄ ORGANIZMU. NAZYWAMY JE CHOROBAMI, LECZ W RZECZYWISTOŚCI LECZĄ CHOROBY. WSZYSTKIE CHOROBY MAJĄ JEDNĄ PRZYCZYNĘ, CHOĆ OBJAWIAJĄ SIĘ W RÓŻNY SPOSÓB, W ZALEŻNOŚCI OD MIEJSCA, W KTÓRYM WYSTĘPUJĄ (~ Hipokrates)



                                                                                                                                                        Zibi