Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

poniedziałek, 28 września 2015

Trochę o psychiatrii - jako miękkim ludobójstwie...

 "Ewa Woydyłło: Jesteśmy narodem ćpunów" [KLIK!]

Od dawna o tym powtarzałem: tzw. procesy medykalizacji, farmakolizacji, jatrogenizacji, amerykanizacji społeczeństwa (ogłupiania i wynaturzania Natury, Normalności) - to procesy unicestwiania/redukcji populacji ludzkiej, często z braku świadomości i za ich zgodą (lewacka polityka wielopokoleniowej indoktrynacji propagandy farmaceutyczno-medycznej, opartej na fałszywych, celowo postawionych na głowie, paradygmatach medycznych).

Współczesna psychiatra to jakby miękkie ludobójstwo. Poprzez manipulacje nieświadomością ludzką (np. litem, chlorem, fluorem, prozakiem) - to metody (np. poprzez dodanie ww. substancji do wody kranowej i nie tylko) pozostały w spadku po doktorze Mengele; psychotropami, które pod płaszczykiem antydepresantów de facto działają pro-depresyjnie, doprowadzając chorego z początkowymi lekkimi zaburzeniami neurotycznymi do zaprogramowania go w objawy zaburzeń psychotycznych i w ostateczności do samobójstwa (np. prozak, który jako psychotrop zdaje się został już wycofany z produkcji, miał on chronić przed samobójstwem, a de facto doprowadzał do niego); przemysł przetwórczy, jako poplecznik ludobójczego lobby farmaceutyczno-medycznego - za pomocą rożnych substancji konserwujących, alkoholu, cukrów rafinowanych i innych substancji chemicznych uzależniających (np. w przemyśłe tytoniowym bibułkę namacza się celowo w różnych mieszankach roztworu sachorozowego, aby potencjalny palacz bardziej się uzależniał, nie tylko od nikotyny, ale i od cukru prostego, który bardziej uzależnia niż opium; czyli potęgował swój zespół uzależnień).

Pewne jakieś lekkie zaburzenia neurologiczne, powstałe na skutek endoneurotoksemii (np. z niezdrowego odżywiania: model "korytkowy", "pastwiskowy", "wysokowęglowodanowy" z dominacją cukrów rafinowanych i toksyn chemicznych; objawy chorób z hiperinsulinemii, np. chorób tarczycy; boreliozy; czy prozaicznej grzybicy; itd. itp.), natychmiast leczone są psychotropami, a nie za pomocą leczenia przyczynowego, czyli naturalnego odtruwania i detoksykacji organizmu plus zastosowania psychoterapii bez-lekowej.

Dobrze by było, żeby Pani doktor jeszcze znała przyczynę depresji i autyzmu, ale DOBRE i TO - jeśli idzie o nawrócenie jednego z popleczników blagierskiego lobby farmaceutyczno-medycznego, które jest nadzorowane przez lewacką Żydomasonerię, czyli włodarzy świata...

Pani doktor, proszę czytać: Wprowadzenie - KLIK! oraz KLIK! to zrozumie Pani, że gdyby nie lewackie stawianie Natury i Normalności do góry nogami w celach nakręcania sobie koniunktury biznesowej na niewiedzy i krzywdzie ludzkiej - to człowiek od chwili poczęcia do momentu nieodwracalnego zejścia śmiertelnego, nie chorowałby na żadne choroby tzw. cywilizacyjne, a umierał ze starości. Przy czym należy zaznaczyć, że choroby przeziębieniowe, na które by czasami chorował, byłyby czy są - chorobami o charakterze prozdrowotnym, oczyszczającym, pod warunkiem, że je odchorujemy bez leków, nawet tych naturalniejszych od samej Natury, a za pomocą drugiej, czy trzeciej kołdry plus "doktor sen".

Żeby uprościć Pani edukację wiedzy o zdrowiu (chociaż to będzie z mojej strony niepedagogiczne), to podpowiem, że pośrednią przyczyną depresji może być kandydoza, a autyzm to skutek uboczny szczepień, ale wszystkie mają przyczynę naczelną, którą jest toksemia, czy toksychemia i z niej wynikający nieprawidłowo funkcjonujący system odpornościowy.



Ps. Dodatkowo, polecam uwadze:
Redaktor Gozdyra w "TAK czy NIE" wraz z prof. Gutem zrobili sobie kabaret na temat powikłań poszczepiennych... KLIK!

Boimy się Putina i innych agresorów z zewnątrz (chociaż Pan Przezydent Putin, wg mnie, nie jest większym agresorem niż Obama i inni), a nie widzimy tego, że sami, na własne życzenie, za własne pieniądze, w biały dzień, w białych rękawiczkach, w majestacie prawa - dajemy się unicestwiać przez kartel farmaceutyczno-medyczny; za pomocą chemtrails; porzez filozofię multi-kulti; przez napływ agresorów z Islamu; za pomocą indoktrynacji modernistycznego Kościoła Katolickiego (socjalistyczna, społeczna nauka o KK). 


       "(...) Lekarze to żołnierze w białych kitlach, często tak samo nieświadomi jak ludzie, do których mierzą ze swoich strzykawek i pozostałym arsenałem dostępnym na półkach aptek. To prawdziwy majstersztyk, jaki jest kontynuacją wcześniejszych prób rozwiązywania problemów tego świata za pomocą agresji zbrojnej. Po cóż więc rozpętywać kolejną, skoro w celu eliminacji można wykorzystać świadomość społeczną, jakże pieczołowicie kształtowaną w umysłach homo patiens przez lata. Po cóż celować do kogoś z okopu, budować kolejne obozy koncentracyjne? Cel, jakim jest dzisiejszy człowiek sam pojawi się w umówionym miejscu i ochoczo nadstawi ramienia do przyjęcia strzału. Różnica polega tylko na tym, że metalowe kule zamieniono na płyn o opóźnionym działaniu. Tak, żeby nikt nie skojarzył zgubnych efektów tego zabiegu, jako zwykłego ludobójstwa. Kolejnym plusem takiego rozwiązania jest fakt, że trup ściele się co prawda gęsto, lecz nie trzeba pozbywać się tysięcy ciał z miejsca kaźni oraz dodatkowo tłumaczyć przed cynicznie zatroskaną opinią społeczną. Tutaj liczne zgony można zgrabnie przypisać chorobom cywilizacyjnym, na które i tak przecież w końcu "jesteśmy skazani", a szczepionki pełne trucizn mają dać organizatorom więcej pewności, że na nie zapadniemy i przed ostatecznym pożegnaniem z tym światem damy jeszcze porządnie zarobić. (...)".
                                                                                                                             

Zbigniew Zibi Osiewała


Pps.
Zabijanie i okaleczanie psychotropami - KLIK!    
                                                                                                                                                                                                         
                                                                                                                                                                               
                                                                                                                                                      
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                               

piątek, 4 września 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [Część IX]

Cd. dowodzenia i ostatni...

Kiedy zaczął mnie mocno nurtować temat "zakwaszenia" napisałem do Łukasza D. Kinga maila o treści:
"(...) Łukasz, czy mogę Cię prosić o info, w których numerach miesięczników spisałeś całą prawdę o "zakwaszeniu" oraz w których o wegetarianizmie?
Chcę na niektórych forach przybliżyć ludziom - jak bardzo się mylą stosując jakże modne "odkwaszania" (...).

(...) Kiedy było ze mną bardzo źle, to jadłem tylko mięso, wywary kolagenowe tłuste i stojące oraz jaja, bez warzyw (wszystkie prawie rośliny mnie uczulały - efekt stosowania inhibitorów pompy protonowej, czyli tzw. alkalizatorów/osłonowych ) - czyli teoretyczne "zakwaszanie" uratowało mi tyłek.
Później, poznałem wiedzę dr. Buteyki oraz przyczyny złego trawienia, wynikające głównie (znów!) z lokalnym alkalizowaniem środowisko żołądka oraz z niedotlenienia komórkowego - jako całą kaskadę nieszczęść. (Dobrze, że tutaj J. Zięba z octem przyszedł w sukurs z zakwaszaniem środowiska żołądka - "Ukryte terapie"- cz. IX)

Zawsze ten temat mnie elektryzował i zawsze intuicyjnie trzymałem stronę "zakwaszania". Sami naŁukowcy i naukowcy - do tej pory mają zdania podzielone. Józef Słonecki (błyskotliwy, mistrz szachowy, posiadający dużą wiedzę o prawdziwej profilaktyce zdrowia, tzw. szperacz wiedzy o zdrowiu, bioenergoterapeuta, podobnie jak inni szperacze: Witold Jarmołowicz, Zięba, Ty), też nie rozumiał do końca tej chorej teorii. Bo i nie mógł, jeśli logicznie myślał, a ona była celowo poplątana... przez naŁukowców i ich popleczników od kreaowania chorób.

Moim zdaniem, medycyna natus*alna (zwłaszcza sekta wegów) wymyśliła sobie na pacjenta-leminga straszak w postaci "zakwaszania", żeby proszki zasadowe i inne gówna mogły być dobrze sprzedawane. Ja sam - po zażywaniu proszku dr. Auera - miałem wiele szkód... Kiedyś też dr Krupka zalecał Alkala T i N - robiąc wielkie szkody dla organizmu. Krupka, to kolejny ściemniacz w tzw. medycynie suplemenatacyjnej, wcześniej ortodoksyjnej wersji Diety optymalnej, kreator chorób z "zakwaszenia" i innych. A dr Klarkowa, dr Rath, dr Janus - to kontynuatorzy wiedzy z dziedziny parazytologii. Uskuteczniając straszaki parazytami, poprzez (np. zappery, aparaty Mora, inne sprzęty) diagnozowali chorych i niszczyli mikroby, jako główne zło na Ziemi, jako przyczyna wszelkich chorób...

Obecnie straszakiem/mitem jest "zakwaszanie". Optymalni straszyli "przebiałczeniem", później dr Ponomarenko sprostował na "zakwaszanie". My (nieliczni dociekający prawdziwej wiedzy o zdrowiu) dzisiaj wiemy, że owe "zakwaszanie" to pozytyw, ale biorąc pod uwagę niebanie się jedzenia białka zwierzęcego. Właśnie u Optymalnych było słabe "zakwaszanie", bo były zaniżone normy białka zwierzęcego i węgli. Ponadto błąd polegał też na łączeniu w jednym posiłku sporą ilość tłuszczu i spora ilość węgli (pomimo ich norm, że do 50 g na dobę lub do 80 g). W każdym razie wg Optych lekiem na całe zło było zalanie każdego "szkodnika" tłuszczem, i już! Tym czasem wiemy, jak zadziałała trzustka, i co się otłuściło, jakie organy i tkanki. Doszło do procesu neolipogenezy i jej opłakanych skutków.

Chyba żeby nazywać "zakwaszeniem" toksemię, to znów jest odwrotnie, bo żywiąc się bardziej jak wege - roślinkami (fityny i gluten, i szczawiany) upośledzają wchłanianie substancji odżywczych, czyli powstają nadmiary z niedoborów (jak mówi Słonecki), ale czego nadmiary? - nadmiary balastu, czyli toksemii. I to można by nazwać "zakwaszaniem" albo jakimś przesunięciem w kierunku kwaśnym... Sprytna manipulacja. (...)". [Koniec cytatu z treści mojego maila do Kinga]

Z treści jednego z wymienionych maili z Kingiem wynika, że ani nie grozi prawie nikomu "zakwaszenie", ani kradzież wapnia z kości i z zębów - po to, by organizm mógł zobojętniać kwasy zdeponowane w tkankach. Jeśli tylko nie ma się kłopotów z nerkami i innych zaburzeń związanych z przemianą materii, nie dojdzie ani do „zakwaszenia”, ani do kradzieży wapnia.
Franciszek  kokot -  polski lekarz, nefrolog, endokrynolog, profesor nauk medycznych o kradzieży wapnia z kości:
„Mobilizacja zasad kostnych [fosfor i wapń] występuje jedynie w przebiegu długotrwałych, łagodnie przebiegających kwasic nerkowych lub też w przebiegu niecałkowicie wyrównywanej cukrzycy. Ostre kwasice nieoddechowe nie doprowadzają do uchwytnych zmian w układzie kostnym”.
[źródło: F. Kokot, „Gospodarka wodno-elektrolitowa i kwasowo-zasadowa, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, s. 140]

Straszak medyczny „zakwaszenia organizmu” - ciągle straszy i nakazuje się "alkalizować", co na być takie zbawienne dla chorującego człowieka na wszystkie choroby. Rzeczywistość bywa jednak, jak to w medycynie, odwrócona do góry nogami.
Łukasz D. King, od kilku miesięcy prowadzi doświadczenia. Zbiera wyniki badań gazometrycznych od rodziny, znajomych i przyjaciół, którzy takowe wykonali. To wszystko po to, by się przekonać, jak jest w rzeczywistości z tą "kwaśną" krwią. Rzetelne badanie wykonuje się na podstawie pobranej krwi z tętnicy promieniowej przedramienia. Zaś od mojej żony wiem, że na potrzeby zbadania tzw. erkazetki (równowagi kwasowo-zasadowej) - pobiera się najczęściej z tętnicy pachwinowej. Ale mniejsza o to.
(Badanie to winien robić lekarz, a nie pielęgniarka; pielęgniarka może pobrać krew tylko np. z ucha albo z palca po nakłuciu; żona twierdzi, że błędem jest pobieranie krwi np. z żyły, bo to niewiarygodne i niemiarodajne badanie jest). Po pobraniu - zestawia się z normą między innymi pH krwi. A norma dla pH krwi wynosi od 7,35 do 7,45.

Wyniki doświadczenia Łukasza D. Kinga:
Otóż spośród 35 badanych - tylko dwie osoby miały pH w dolnej granicy normy (7,36 i 7,38) -więc bardziej w kierunku kwaśnym.
Wszystkie pozostałe osoby - miały pH krwi bliżej górnej granicy normy, a aż pięć osób miało przekroczoną górną granicę - czyli miały krew ZBYT ZASADOWĄ!

WNIOSEK: większość ludzi ma kłopot z nadmierną zasadowością a nie zakwaszeniem organizmu.

A dlaczego tak jest? Ponieważ za taki stan rzeczy odpowiada sposób naszego oddychania! 

Jeśli oddychamy zbyt głęboko (czyli 99% ludności świata), to usuwamy zbyt dużo dwutlenku węgla.
A dwutlenek węgla - to przecież lekki kwas, którego  WAŻNYM zadaniem jest między innymi nie dopuścić do zbytniej zasadowości (alkalizacji) krwi.

Wg Kinga, dr Jan Pokrywka twierdzi na ten temat tak:

„Obniżanie CO2 w płucach przesuwa pH krwi w stronę nadmiernego odkwaszenia, czyli nadmiernej zasadowości. (…) Nadmierna zasadowość jest groźna, może prowadzić nawet do zatrzymania akcji serca.
Dlatego organizm dąży do utrzymania właściwego pH. Przy niedoborze zakwaszenia płynów ustrojowych organizm używa do tego niefizjologicznych metabolitów zakwaszających (różnych kwasów organicznych i nieorganicznych).
Właściwym elementem zakwaszającym jest kwas węglowy, czyli wynik połączenia dwutlenku węgla z wodą. Z braku kwasu węglowego organizm używa innych metabolitów. Uzyskuje w ten sposób właściwe pH, ale cierpi na tym cały metabolizm”.

Z powyższego wnioskujemy, że MUSIMY się "zakwaszać" dwutlenkiem węgla, żeby organizm nie zużywał do tego metabolitów z przemiany materii (np. z trawienia mięsa, czy innych protein zwierzęcych). 
Jak się okazało w wyniku owych badaniach: NAJCZĘSTSZYM zaburzeniem równowagi pH u ludzi - jest nadmierna zasadowość, a nie "zakwaszenie" krwi.

Jeśli Ludzie sami od siebie oraz wg medycznych instruktaży oddychają głęboko, to tracą zbyt dużo dwutlenku węgla. A jeśli tak, to pH krwi zbyt mocno przesuwa się w stronę zasadową.

"(...) Organizm odrabia te straty POZOSTAWIAJĄC we krwi kwaśne metabolity - powstałe z przemiany materii (np. jedzenia mięsa). A to źle, bo do utrzymania pH nie powinny służyć produkty przemiany materii, tylko dwutlenek węgla!!

I tak powinniśmy myśleć o równowadze kwasowo-zasadowej. Nie w kontekście żywienia, lecz w kontekście oddychania.
W porównaniu do oddychania, żywienie tylko w ułamkowym stopniu wpływa na pH naszych tkanek.

Przez pół wieku uczył tego doktor Konstantyn P. Butejko na terenie ZSRR, a potem Rosji.
Dziś w Polsce uczy o tym doktor Pokrywka, który nie tak dawno poznał prace doktora Butejki.

A od paru miesięcy - i ja uczę o tym w Biuletynie Zdrowia.
Uczę, jak poprzez metodę Butejki utrzymać zdrową ilość dwutlenku węgla w organizmie. (...)".
(Łukasz D. King)


Akurat nie przepadam za dr. Pokrywką i jego leczeniem tzw. Homo naturalpatiens, ale w tym przypadku miał rację.

Ponadto powtórzę - z Biuletynu zdrowia Nr 12 kwiecień 2015 wynika, że:

Tempo metabolizmu da się regulować sposobem żywienia, ale nie jest ono lekiem na całe zło związane z otyłością. Jeśli między ludźmi różni się tempo przemiany materii, to zazwyczaj nieznacznie. 

Jeśli ktoś przeszedł na żywienie niskowęglowe, czyli najbardziej optymalne dla człowieka z żywienia "korytkowego", czy też "pastwiskowego" (czytaj: żarcia nie dla ludzi) - to po pewnym czasie dochodzimy do normalnej, zdrowej wagi dla człowieka i pozbywamy się wielu dolegliwości. Ale warunek: musimy spożywać białka zwierzęce, które to właśnie mają korzystny wpływ na tempo przemiany materii.

Ponadto z treści ww. biuletynu wynika, iż "najważniejsze w żywieniu jest oddychanie".

Metabolizm jest podstawą to podstawą wszelkich reakcji biochemicznych w organizmie człowieka. I tak oto zdrowe oddychanie ma istotny wpływ na metabolizm. Im zdrowiej fizjologicznie (wg Buteyki) człowiek oddycha, tym bardziej korzystniejsze zmiany w zdrowiu zachodzą. A człowiek tym zdrowiej oddycha, im bardziej wciela w życie metodę dr. Buteyki.
Moim zdaniem, metody yogi, w których się oddycha i ustami, i nosem, a ponadto się hiperwentyluje, czyli oddycha głęboko, zamiast redukować oddech - są lipne, bo powinno się tyle oddychać ustami, co jeść  nosem... Chyba tylko wpływają chwilowo relaksacyjnie i maskują faktyczny obraz zdrowia. Redukcja oddechowa wg Buteyki działa prozdrowotnie, jako działanie przyczynowe we wszystkich chorobach; natlenianie komórkowe poprzez produkcję odpowiedniego poziomu CO2 w organizmie.
Przypomnę też - jakie są drogi wydalania metabolitów i w jakim procencie występuje w nich wydalanie, oraz związku układów wydalania z równowagą zasadowo-kwasową w kontekście układu pokarmowego a w kontekście układu oddechowego (układ oddechowy ma większy wpływ na "rk-z" w kontekście metabolizmu oraz wydalania odpadów przemiany materii niż układ pokramowy):
- poprzez kał - 3%;
- z moczem - 7%;
- przez skórę - 20%;
- resztę przez płuca - aż 70%.
Z powyżeszgo wynika, że poprzez oddychanie i przez skórę (co prawda, wg mnie, awaryjnie) - wydalanie jest najwięcej metabolitów (łącznie 90%), niż poprzez drogi moczowe i jelita (tylko 10%). A zatem - czy nie jest coś na rzeczy w twierdzeniu: "I tak powinniśmy myśleć o równowadze kwasowo-zasadowej. Nie w kontekście żywienia, lecz w kontekście oddychania. W porównaniu do oddychania, żywienie tylko w ułamkowym stopniu wpływa na pH naszych tkanek." (Kiedyś sądziłem, że jest odwrotnie...)

Jeśli oddychamy zbyt głęboko (chyba z ok. 99% populacji tak oddycha), to tym samym zbyt mocno obniżamy stężenie CO2 we krwi, a to pociąga za sobą całą kaskadę niekorzystnych zmian w układach narządowych organizmu.

Hiperwentylacja wpływa niekorzystnie na układ trawienny. Organizm potrzebuje odpowiedniej ilości CO2. Jeśli się hiperwentylujemy (tak nam zaleca medycyna na każdym kroku), to następuje ucieczka CO2, więc organizm zaczyna uruchamiać mechanizmy obronne, które mają na celu zahamować jego nadmierną utratę (i znów medycyna ma wodę na młyn, bo podnosi sobie ilość chorób w statystyce chorób, co przekłada się na wymyślaniu kolejnych leków na te choroby). Jedną z takich reakcji obronnych - są skurcze i przewężenia. Skurcze wszystkich mięśni gładkich i przewężenie tętnic, skurcze oskrzeli, naczyń krwionośnych, jelit, dróg moczowych, mięśni narządów wydalniczych - doznawają biochemicznego szoku!

Wszystkie te skurcze upośledzają funkcję danych narządów, a są po to, by kanały usuwania CO2 zawęzić, dzięki czemu będzie go mniej uciekać poprzez nadmierna pracę płuc (usuwające zbyt dużo CO2). W układzie pokarmowym będzie to np.: obniżona aktywność motoryczna jelit (perystaltyka). Pierwotna przyczyna - pogłębione oddychanie.

 Łukasz D. King pisze, że z innych publikacji naukowych dot. metody na zdrowy oddech wg dr. Buteyko wynika, że:
"(...) koncentracja dwutlenku węgla ma istotne znaczenie w wytwarzaniu i wydzielaniu kwasu solnego (który jest niezbędny do dokładnego trawienia). Odnotowano związek liniowy. Co więcej, liniowy związek zauważono także między poziomem dwutlenku węgla a intensywnością wydzielania soków trawiennych w dwunastnicy organizmu człowieka ". 

To znaczy, że skuteczność trawienia w żołądku i dalszych odcinkach przewodu pokarmowego oraz wchłanianie i przyswajanie substancji odżywczych ze zjadanych pokarmów - zależy od tego, jak oddychamy!  

Podobny związek między CO2 a zdrowiem istnieje w odniesieniu do wszystkich innych układów narządowych!

Z powyższego więc jasno wynika, że pierwotną przyczyną dolegliwości - nie jest sposób odżywiania, lecz sposób oddychania!
Wg mnie, może to być druga naczelna, bezpośrednia przyczyna chorób po toksemii lub pierwsza naczelna pośrednia przyczyna wszystkich chorób, czyli brak odpowiedniego dotlenienia komórki organizmu. Punkt zwrotny w zdrowieniu nastąpił u mnie dopiero po intensywnych treningach redukcji oddechu wg Buteyki. Są różne wariacje od podstawowego treningu, który jest najprostszym, ale najtrudniejszym w praktyce do zastosowania, więc nie stosowałem go ani razu, ale za to aparat Fralova oraz "Kroki dla dorysłych" - były jak najbardziej OK

Wg dr. Buteyko, poprzez usunięcie przyczyny pierwotnej (hiperwentylacji) dolegliwości - jest możliwe usunięcie mechanizmów obronnych organizmu, a tym samym dolegliwości z tym związanych, a nazywanych przez medycynę jako kolejne jednostki chorobowe.

Proszę sobie wyobrazić - ile medycyna w ten sposób w procesie swojej medykalizacji wyprodukowała chorób, całe zespoły nawet chorobowe, np. w psychiatrii, gdzie objawy pierwotne to np. zaburzenia zwykłe dyspeptyczne, zaburzenia w pracy tarczycy, inne. Zawsze powtarzałem, że gdyby nie medycyna farmakologiczna i jej poplecznicy, to człowiek - od momentu poczęcia - do chwili obumarcia pnia mózgowego, czyli zejścia śmiertelnego nieodwracalnego - "chorowałby" prawie tylko na infekcje przeziębieniowe, które mają charakter prozdrowotny, oczyszczający. Największą toksemią - jako przyczyną naczelną chorób - jest toksemia od-medykalizacyjna, od-medyczna, a później egzotoksyny z jedzenia. Przecież nie kto inny jak medycyna nam zaleca głębokie oddychanie podczas porodu, podczas prozaicznego badania stetoskopem, itd. A później po porodzie - ostro zabiera się za produkcję Homo patiens, zaczynając od szczepień noworodka, od 48 h od narodzin. Czyli już wpływ na jego zdrowie (oczywiście, nagetywny) następuje w czasie ciąży - aż po sam moment rozwiązania. Amatki nie mają świadomości, jak postępować w ciąży zdroworozsądkowo, nie mówiąc już o zdrowym poczęciu dziecka.

Niedobór CO2 - ab ovo! A nie walka z objawami i pogłębianie choroby i nakręcanie innych!
Jeśli się ustawi oddech, tak aby pauza kontrolna wynosiła 40 sek. - to wszystkie choroby zaczynają ustępować. Jeśli walczymy z objawami, de facto CO2 niedobór nasila się. Większość leków działa pobudzająco na układ oddechowy, co skutkuje jeszcze większą utratą CO2, niczym Hydra, której po ucięciu głowy - odrastają dwie...

Zawsze też powtarzałem, że nie jest istotne, co usiłujemy dowieź do komórki, tylko to, co do niej faktycznie trafia i co ją opuszcza (jedzenie). Będąc mądrzejszy o wiedzę dr. Buteyki powiem, że ważniejsze jest od tego, co się dowozi do organizmu (pomimo tego, że w miarę zdrowe czy też zredukowane o egzotoksyny jedzenie) - jest to, jak organizm trawi i metabolizuje pokarm...
Co nam dobrego da "najzdrowszy" pokarmie świata, jeśli organizm tego nie będzie umiał wykorzystać na własne potrzeby zdrowotne?!

Na tym kończę swoje homilie (wreszcie upragniony koniec męk - dla wegów i mąk - dla mięsożernych), i polecam do poduszki...
Dobrego snu o zdrowiu...!

                                                                                                                              Zbigniew Zibi Osiewała





                                                                                                                         



Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [Część IX]

Cd. dowodzenia i ostatni...

Kiedy zaczął mnie mocno nurtować temat "zakwaszenia" napisałem do Łukasza D. Kinga maila o treści:
"(...) Łukasz, czy mogę Cię prosić o info, w których numerach miesięczników spisałeś całą prawdę o "zakwaszeniu" oraz w których o wegetarianizmie?
Chcę na niektórych forach przybliżyć ludziom - jak bardzo się mylą stosując jakże modne "odkwaszania" (...).

(...) Kiedy było ze mną bardzo źle, to jadłem tylko mięso, wywary kolagenowe tłuste i stojące oraz jaja, bez warzyw (wszystkie prawie rośliny mnie uczulały - efekt stosowania inhibitorów pompy protonowej, czyli tzw. alkalizatorów/osłonowych ) - czyli teoretyczne "zakwaszanie" uratowało mi tyłek.
Później, poznałem wiedzę dr. Buteyki oraz przyczyny złego trawienia, wynikające głównie (znów!) z lokalnym alkalizowaniem środowisko żołądka oraz z niedotlenienia komórkowego - jako całą kaskadę nieszczęść. (Dobrze, że tutaj J. Zięba z octem przyszedł w sukurs z zakwaszaniem środowiska żołądka - "Ukryte terapie"- cz. IX)

Zawsze ten temat mnie elektryzował i zawsze intuicyjnie trzymałem stronę "zakwaszania". Sami naŁukowcy i naukowcy - do tej pory mają zdania podzielone. Józef Słonecki (błyskotliwy, mistrz szachowy, posiadający dużą wiedzę o prawdziwej profilaktyce zdrowia, tzw. szperacz wiedzy o zdrowiu, bioenergoterapeuta, podobnie jak inni szperacze: Witold Jarmołowicz, Zięba, Ty), też nie rozumiał do końca tej chorej teorii. Bo i nie mógł, jeśli logicznie myślał, a ona była celowo poplątana... przez naŁukowców i ich popleczników od kreaowania chorób.

Moim zdaniem, medycyna natus*alna (zwłaszcza sekta wegów) wymyśliła sobie na pacjenta-leminga straszak w postaci "zakwaszania", żeby proszki zasadowe i inne gówna mogły być dobrze sprzedawane. Sam po proszku dr. Auera - miałem wiele szkód... Kiedyś też dr Krupka zalecał Alkala T i N - robiąc wielkie szkody dla organizmu. Krupka, to kolejny ściemniacz w tzw. medycynie suplemenatacyjnej, wcześniej ortodoksyjnej wersji Diety optymalnej, kreator chorób z "zakwaszenia" i innych. A dr Klarkowa, dr Rath, dr Janus - to kontynuatorzy wiedzy z dziedziny parazytologii. Uskuteczniając straszaki parazytami, poprzez (np. zappery, aparaty Mora, inne sprzęty) diagnozowali chorych i niszczyli mikroby, jako główne zło na Ziemi, jako przyczyna wszelkich chorób...

Obecnie straszakiem/mitem jest "zakwaszanie". Optymalni straszyli "przebiałczeniem", później dr Ponomarenko sprostował na "zakwaszanie". My (nieliczni dociekający prawdziwej wiedzy o zdrowiu) dzisiaj wiemy, że owe "zakwaszanie" to pozytyw, ale biorąc pod uwagę niebanie się jedzenia białka zwierzęcego. Właśnie u Optymalnych było słabe "zakwaszanie", bo były zaniżone normy białka zwierzęcego i węgli. Ponadto błąd polegał też na łączeniu w jednym posiłku sporą ilość tłuszczu i spora ilość węgli (pomimo ich norm, że do 50 g na dobę lub do 80 g). W każdym razie wg Optych lekiem na całe zło było zalanie każdego "szkodnika" tłuszczem, i już! Tym czasem wiemy, jak zadziałała trzustka, i co się otłuściło, jakie organy i tkanki. Doszło do procesu neolipogenezy i jej opłakanych skutków.

Chyba żeby nazywać "zakwaszeniem" toksemię, to znów jest odwrotnie, bo żywiąc się bardziej jak wege - roślinkami (fityny i gluten, i szczawiany) upośledzają wchłanianie substancji odżywczych, czyli powstają nadmiary z niedoborów (jak mówi Słonecki), ale czego nadmiary? - nadmiary balastu, czyli toksemii. I to można by nazwać "zakwaszaniem" albo jakimś przesunięciem w kierunku kwaśnym... Sprytna manipulacja. (...)". [Koniec cytatu z treści mojego maila do Kinga]

Z treści jednego z wymienionych maili z Kingiem wynika, że ani nie grozi prawie nikomu "zakwaszenie", ani kradzież wapnia z kości i z zębów - po to, by organizm mógł zobojętniać kwasy zdeponowane w tkankach. Jeśli tylko nie ma się kłopotów z nerkami i innych zaburzeń związanych z przemianą materii, nie dojdzie ani do „zakwaszenia”, ani do kradzieży wapnia.
Franciszek  kokot -  polski lekarz, nefrolog, endokrynolog, profesor nauk medycznych o kradzieży wapnia z kości:
„Mobilizacja zasad kostnych [fosfor i wapń] występuje jedynie w przebiegu długotrwałych, łagodnie przebiegających kwasic nerkowych lub też w przebiegu niecałkowicie wyrównywanej cukrzycy. Ostre kwasice nieoddechowe nie doprowadzają do uchwytnych zmian w układzie kostnym”.
[źródło: F. Kokot, „Gospodarka wodno-elektrolitowa i kwasowo-zasadowa, Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, s. 140]

Straszak medyczny „zakwaszenia organizmu” - ciągle straszy i nakazuje się "alkalizować", co na być takie zbawienne dla chorującego człowieka na wszystkie choroby. Rzeczywistość bywa jednak, jak to w medycynie, odwrócona do góry nogami.
Łukasz D. King, od kilku miesięcy prowadzi doświadczenia. Zbiera wyniki badań gazometrycznych od rodziny, znajomych i przyjaciół, którzy takowe wykonali. To wszystko po to, by się przekonać, jak jest w rzeczywistości z tą "kwaśną" krwią. Rzetelne badanie wykonuje się na podstawie pobranej krwi z tętnicy promieniowej przedramienia. Zaś od mojej żony wiem, że na potrzeby zbadania tzw. erkazetki (równowagi kwasowo-zasadowej) - pobiera się najczęściej z tętnicy pachwinowej. Ale mniejsza o to.
(Badanie to winien robić lekarz, a nie pielęgniarka; pielęgniarka może pobrać krew tylko np. z ucha albo z palca po nakłuciu; żona twierdzi, że błędem jest pobieranie krwi np. z żyły, bo to niewiarygodne i niemiarodajne badanie jest). Po pobraniu - zestawia się z normą między innymi pH krwi. A norma dla pH krwi wynosi od 7,35 do 7,45.

Wyniki doświadczenia Łukasza D. Kinga:
Otóż spośród 35 badanych - tylko dwie osoby miały pH w dolnej granicy normy (7,36 i 7,38) -więc bardziej w kierunku kwaśnym.
Wszystkie pozostałe osoby - miały pH krwi bliżej górnej granicy normy, a aż pięć osób miało przekroczoną górną granicę - czyli miały krew ZBYT ZASADOWĄ!

WNIOSEK: większość ludzi ma kłopot z nadmierną zasadowością a nie zakwaszeniem organizmu.

A dlaczego tak jest? Ponieważ za taki stan rzeczy odpowiada sposób naszego oddychania! 

Jeśli oddychamy zbyt głęboko (czyli 99% ludności świata), to usuwamy zbyt dużo dwutlenku węgla.
A dwutlenek węgla - to przecież lekki kwas, którego  WAŻNYM zadaniem jest między innymi nie dopuścić do zbytniej zasadowości (alkalizacji) krwi.

Wg Kinga, dr Jan Pokrywka twierdzi na ten temat tak:

„Obniżanie CO2 w płucach przesuwa pH krwi w stronę nadmiernego odkwaszenia, czyli nadmiernej zasadowości. (…) Nadmierna zasadowość jest groźna, może prowadzić nawet do zatrzymania akcji serca.
Dlatego organizm dąży do utrzymania właściwego pH. Przy niedoborze zakwaszenia płynów ustrojowych organizm używa do tego niefizjologicznych metabolitów zakwaszających (różnych kwasów organicznych i nieorganicznych).
Właściwym elementem zakwaszającym jest kwas węglowy, czyli wynik połączenia dwutlenku węgla z wodą. Z braku kwasu węglowego organizm używa innych metabolitów. Uzyskuje w ten sposób właściwe pH, ale cierpi na tym cały metabolizm”.

Z powyższego wnioskujemy, że MUSIMY się "zakwaszać" dwutlenkiem węgla, żeby organizm nie zużywał do tego metabolitów z przemiany materii (np. z trawienia mięsa, czy innych protein zwierzęcych). 
Jak się okazało w wyniku owych badaniach: NAJCZĘSTSZYM zaburzeniem równowagi pH u ludzi - jest nadmierna zasadowość, a nie "zakwaszenie" krwi.

Jeśli Ludzie sami od siebie oraz wg medycznych instruktaży oddychają głęboko, to tracą zbyt dużo dwutlenku węgla. A jeśli tak, to pH krwi zbyt mocno przesuwa się w stronę zasadową.

"(...) Organizm odrabia te straty POZOSTAWIAJĄC we krwi kwaśne metabolity - powstałe z przemiany materii (np. jedzenia mięsa). A to źle, bo do utrzymania pH nie powinny służyć produkty przemiany materii, tylko dwutlenek węgla!!

I tak powinniśmy myśleć o równowadze kwasowo-zasadowej. Nie w kontekście żywienia, lecz w kontekście oddychania.
W porównaniu do oddychania, żywienie tylko w ułamkowym stopniu wpływa na pH naszych tkanek.

Przez pół wieku uczył tego doktor Konstantyn P. Butejko na terenie ZSRR, a potem Rosji.
Dziś w Polsce uczy o tym doktor Pokrywka, który nie tak dawno poznał prace doktora Butejki.

A od paru miesięcy - i ja uczę o tym w Biuletynie Zdrowia.
Uczę, jak poprzez metodę Butejki utrzymać zdrową ilość dwutlenku węgla w organizmie. (...)".
(Łukasz D. King)


Akurat nie przepadam za dr. Pokrywką i jego leczeniem tzw. Homo naturalpatiens, ale w tym przypadku miał rację.

Ponadto powtórzę - z Biuletynu zdrowia Nr 12 kwiecień 2015 wynika, że:

Tempo metabolizmu da się regulować sposobem żywienia, ale nie jest ono lekiem na całe zło związane z otyłością. Jeśli między ludźmi różni się tempo przemiany materii, to zazwyczaj nieznacznie. 

Jeśli ktoś przeszedł na żywienie niskowęglowe, czyli najbardziej optymalne dla człowieka z żywienia "korytkowego", czy też "pastwiskowego" (czytaj: żarcia nie dla ludzi) - to po pewnym czasie dochodzimy do normalnej, zdrowej wagi dla człowieka i pozbywamy się wielu dolegliwości. Ale warunek: musimy spożywać białka zwierzęce, które to właśnie mają korzystny wpływ na tempo przemiany materii.

Ponadto z treści ww. biuletynu wynika, iż "najważniejsze w żywieniu jest oddychanie".

Metabolizm jest podstawą to podstawą wszelkich reakcji biochemicznych w organizmie człowieka. I tak oto zdrowe oddychanie ma istotny wpływ na metabolizm. Im zdrowiej fizjologicznie (wg Buteyki) człowiek oddycha, tym bardziej korzystniejsze zmiany w zdrowiu zachodzą. A człowiek tym zdrowiej oddycha, im bardziej wciela w życie metodę dr. Buteyki.
Moim zdaniem, metody yogi, w których się oddycha i ustami, i nosem, a ponadto się hiperwentyluje, czyli oddycha głęboko, zamiast redukować oddech - są lipne, bo powinno się tyle oddychać ustami, co jeść  nosem... Chyba tylko wpływają chwilowo relaksacyjnie i maskują faktyczny obraz zdrowia. Redukcja oddechowa wg Buteyki działa prozdrowotnie, jako działanie przyczynowe we wszystkich chorobach; natlenianie komórkowe poprzez produkcję odpowiedniego poziomu CO2 w organizmie.
Przypomnę też - jakie są drogi wydalania metabolitów i w jakim procencie występuje w nich wydalanie, oraz związku układów wydalania z równowagą zasadowo-kwasową w kontekście układu pokarmowego a w kontekście układu oddechowego (układ oddechowy ma większy wpływ na "rk-z" w kontekście metabolizmu oraz wydalania odpadów przemiany materii niż układ pokramowy):
- poprzez kał - 3%;
- z moczem - 7%;
- przez skórę - 20%;
- resztę przez płuca - aż 70%.
Z powyżeszgo wynika, że poprzez oddychanie i przez skórę (co prawda, wg mnie, awaryjnie) - wydalanie jest najwięcej metabolitów (łącznie 90%), niż poprzez drogi moczowe i jelita (tylko 10%). A zatem - czy nie jest coś na rzeczy w twierdzeniu: "I tak powinniśmy myśleć o równowadze kwasowo-zasadowej. Nie w kontekście żywienia, lecz w kontekście oddychania. W porównaniu do oddychania, żywienie tylko w ułamkowym stopniu wpływa na pH naszych tkanek." (Kiedyś sądziłem, że jest odwrotnie...)

Jeśli oddychamy zbyt głęboko (chyba z ok. 99% populacji tak oddycha), to tym samym zbyt mocno obniżamy stężenie CO2 we krwi, a to pociąga za sobą całą kaskadę niekorzystnych zmian w układach narządowych organizmu.

Hiperwentylacja wpływa niekorzystnie na układ trawienny. Organizm potrzebuje odpowiedniej ilości CO2. Jeśli się hiperwentylujemy (tak nam zaleca medycyna na każdym kroku), to następuje ucieczka CO2, więc organizm zaczyna uruchamiać mechanizmy obronne, które mają na celu zahamować jego nadmierną utratę (i znów medycyna ma wodę na młyn, bo podnosi sobie ilość chorób w statystyce chorób, co przekłada się na wymyślaniu kolejnych leków na te choroby). Jedną z takich reakcji obronnych - są skurcze i przewężenia. Skurcze wszystkich mięśni gładkich i przewężenie tętnic, skurcze oskrzeli, naczyń krwionośnych, jelit, dróg moczowych, mięśni narządów wydalniczych - doznawają biochemicznego szoku!

Wszystkie te skurcze upośledzają funkcję danych narządów, a są po to, by kanały usuwania CO2 zawęzić, dzięki czemu będzie go mniej uciekać poprzez nadmierna pracę płuc (usuwające zbyt dużo CO2). W układzie pokarmowym będzie to np.: obniżona aktywność motoryczna jelit (perystaltyka). Pierwotna przyczyna - pogłębione oddychanie.

 Łukasz D. King pisze, że z innych publikacji naukowych dot. metody na zdrowy oddech wg dr. Buteyko wynika, że:
"(...) koncentracja dwutlenku węgla ma istotne znaczenie w wytwarzaniu i wydzielaniu kwasu solnego (który jest niezbędny do dokładnego trawienia). Odnotowano związek liniowy. Co więcej, liniowy związek zauważono także między poziomem dwutlenku węgla a intensywnością wydzielania soków trawiennych w dwunastnicy organizmu człowieka ". 

To znaczy, że skuteczność trawienia w żołądku i dalszych odcinkach przewodu pokarmowego oraz wchłanianie i przyswajanie substancji odżywczych ze zjadanych pokarmów - zależy od tego, jak oddychamy!  

Podobny związek między CO2 a zdrowiem istnieje w odniesieniu do wszystkich innych układów narządowych!

Z powyższego więc jasno wynika, że pierwotną przyczyną dolegliwości - nie jest sposób odżywiania, lecz sposób oddychania!
Wg mnie, może to być druga naczelna, bezpośrednia przyczyna chorób po toksemii lub pierwsza naczelna pośrednia przyczyna wszystkich chorób, czyli brak odpowiedniego dotlenienia komórki organizmu. Punkt zwrotny w zdrowieniu nastąpił u mnie dopiero po intensywnych treningach redukcji oddechu wg Buteyki. Są różne wariacje od podstawowego treningu, który jest najprostszym, ale najtrudniejszym w praktyce do zastosowania, więc nie stosowałem go ani razu, ale za to aparat Fralova oraz "Kroki dla dorysłych" - były jak najbardziej OK

Wg dr. Buteyko, poprzez usunięcie przyczyny pierwotnej (hiperwentylacji) dolegliwości - jest możliwe usunięcie mechanizmów obronnych organizmu, a tym samym dolegliwości z tym związanych, a nazywanych przez medycynę jako kolejne jednostki chorobowe.

Proszę sobie wyobrazić - ile medycyna w ten sposób w procesie swojej medykalizacji wyprodukowała chorób, całe zespoły nawet chorobowe, np. w psychiatrii, gdzie objawy pierwotne to np. zaburzenia zwykłe dyspeptyczne, zaburzenia w pracy tarczycy, inne. Zawsze powtarzałem, że gdyby nie medycyna farmakologiczna i jej poplecznicy, to człowiek - od momentu poczęcia - do chwili obumarcia pnia mózgowego, czyli zejścia śmiertelnego nieodwracalnego - "chorowałby" prawie tylko na infekcje przeziębieniowe, które mają charakter prozdrowotny, oczyszczający. Największą toksemią - jako przyczyną naczelną chorób - jest toksemia od-medykalizacyjna, od-medyczna, a później egzotoksyny z jedzenia. Przecież nie kto inny jak medycyna nam zaleca głębokie oddychanie podczas porodu, podczas prozaicznego badania stetoskopem, itd. A później po porodzie - ostro zabiera się za produkcję Homo patiens, zaczynając od szczepień noworodka, od 48 h od narodzin. Czyli już wpływ na jego zdrowie (oczywiście, nagetywny) następuje w czasie ciąży - aż po sam moment rozwiązania. Amatki nie mają świadomości, jak postępować w ciąży zdroworozsądkowo, nie mówiąc już o zdrowym poczęciu dziecka.

Niedobór CO2 - ab ovo! A nie walka z objawami i pogłębianie choroby i nakręcanie innych!
Jeśli się ustawi oddech, tak aby pauza kontrolna wynosiła 40 sek. - to wszystkie choroby zaczynają ustępować. Jeśli walczymy z objawami, de facto CO2 niedobór nasila się. Większość leków działa pobudzająco na układ oddechowy, co skutkuje jeszcze większą utratą CO2, niczym Hydra, której po ucięciu głowy - odrastają dwie...

Zawsze też powtarzałem, że nie jest istotne, co usiłujemy dowieź do komórki, tylko to, co do niej faktycznie trafia i co ją opuszcza (jedzenie). Będąc mądrzejszy o wiedzę dr. Buteyki powiem, że ważniejsze jest od tego, co się dowozi do organizmu (pomimo tego, że w miarę zdrowe czy też zredukowane o egzotoksyny jedzenie) - jest to, jak organizm trawi i metabolizuje pokarm...
Co nam dobrego da "najzdrowszy" pokarmie świata, jeśli organizm tego nie będzie umiał wykorzystać na własne potrzeby zdrowotne?!

Na tym kończę swoje homilie (wreszcie upragniony koniec męk - dla wegów i mąk - dla mięsożernych), i polecam do poduszki...
Dobrego snu o zdrowiu...!

                                                                                                                              Zbigniew Zibi Osiewała 





                                                                                                                         



Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [cz. VIII]

Ciąg dalszy dowodzenia...


Jeszcze tylko o stronie etycznej wege, i będę dobijał do brzegu...


Najczęstsze zarzuty wobec mięsożernych morderców - ze strony zbulwersowanych wegan i wegetarian...

I.  "Człowieku, gdybyś miał zabić zwierzę na mięso, nigdy byś tego mięsa nie jadł.".

Mnie akurat to nie przeszkadza. Natomiast ci, co się tego boją i nie potrafią argumentują to całkiem logicznie i zdroworozsądkowo.
Nie potrafię sam zajmować się zdobyciem mięsa, które później obrabiam kulinarnie... Ale są od tego profesjonaliści, którzy w ten sposób zarabiają na przysłowiowy chleb. Gdyby nie oni i im podobni, to również nie potrafiłbym organizować sobie "michy" składającej się z roślinek (np. warzyw). Bowiem nie chciałoby mi się i nie miałbym siły na to, by zakupić ziemię, później ją odpowiednio przygotować pod zbiory, następnie sadzić, pielęgnować, zbierać i oczyszczać. Nie jadłbym zdrowego chleba na zakwasie, jakbym musiał zasiać zboże, później w żniwa kupić lub wynająć kombajn i go użyć do żniw, później kupić młockarnię, później maszynę-przetak do oddzielenia ziarna od plew, następnie kupić młyn i zmielić mąkę, a na koniec nauczyć się procesu samego wypiekania. Nie używałbym też samochodu, bo by mi się nie chciało samemu wydobywać paliwo z uprzednio przez siebie zrobionych odwiertów ropy naftpwej.
A najzabawniejsze jet to, że zbulwersowani weganie, posługując się powyższym uzasadnieniem - korzystają z kosmetyków, których testowanie (często przekracza się granicę humanitaryzmu) zaczyna się od przysłowiowego królika doświadczalnego... Ale sami nie potrafiliby skrzywdzić królika. Autor Biuletynów Zdrowia Łukasz King nazywa to praktykowaniem wybiórczej ignorancji. Czują urazę np. do mięsożernych za to, co sami robią, lecz w inny sposób...

II. "Jeśli twierdzisz, że mięso nawet w umiarze nie jest szkodliwe, przyczyniasz się do zabijania zwierząt - czy dla człowieka to nie jest dostateczny argument za tym, żeby przejść na wege?".

"(...) Otóż podczas uprawy roli na całym świecie rocznie giną dziesiątki miliardów zwierząt. Jak obliczył Davis w samych Stanach Zjednoczonych w trakcie uprawy zbóż ginie średnio 15 zwierząt na hektar w ciągu roku. Przyjmując, że w Stanach jest 120 milionów hektarów ziem uprawnych — liczba zabitych zwierząt rocznie tylko na uprawy roślinne sięga 1,8 miliarda. Za to — dodaje Davis — gdybyśmy połowę ziemi przeznaczyli na taką uprawę, a połowę na wypas zwierząt-przeżuwaczy, których mięso potem zjadamy (np. krów), to rocznie zginęłoby 1,35 miliarda zwierząt (bo ten drugi rodzaj hodowli skutkuje śmiercią niespełna 7,5 zwierząt na hektar w ciągu roku). Trzeba jednak uczciwie zauważyć, że zużycie takiej samej ilości ziemi w obu systemach nie wykarmiłoby takiej samej ilości ludzi. Dlatego nie można systemów tych porównywać bezpośrednio i na podstawie różnicy mniejszej lub większej oceniać, co lepsze. Natomiast fakty się nie zmieniają: zarówno żywność dla wegan, jak i żywność dla mięsojadów — jest w dzisiejszym świecie jednoznaczna z poświęcaniem\ zwierząt, tak samo dużych, jak i małych (...)". (Łukasz D. King - BZ Nr 13)

Oto, co powiedział prof. Jan Hartman - etyk (co prawda jest on jako lewak moim wrogiem politycznym, ale w tej kwestii się z nim całkowicie zgadzam):
" (...) Nie można stawiać ludziom wymagań niemożliwych do spełnienia. Zabijanie się w świecie zwierzęcym, do którego sami należymy, jest czymś zwykłym i nie ma co udawać, że nie jesteśmy zwierzętami mięsożernymi. Człowiek, który je mięso, nie musi czuć się winny z tego powodu. Jednak powinniśmy dążyć do tego, aby, jeśli to tylko możliwe, jeść mięso pochodzące od zwierzęcia, które miało akceptowalne życie, a śmierć nie była dla niego cierpieniem.
Możemy zrobić wysiłek, by życie tych miliardów zwierząt, które powołujemy do istnienia, karmimy, by je potem zabić i skonsumować, nie było tragiczne. Możemy też postarać się o to, by ich śmierć była natychmiastowa i nie była poprzedzona traumą. Być może to wszystko kosztuje, ale mamy moralny obowiązek te koszty ponosić (...)
(...) Sami jesteśmy zwierzętami, zwierzęta się wzajemnie zabijają i my też jako zwierzęta zabijamy. Czas, by wreszcie na powrót odkryć własną zrepresjonowaną przez kulturę zwierzęcość. Jako zwierzęta zabijamy inne zwierzęta, ale jako istoty zdolne do empatii i delikatności powinniśmy wyrzec się okrucieństwa wobec innych istot, liczyć się z ich dobrostanem (...).
(...)  Nie potępiamy lwa za to, że zabija antylopę, bo uznajemy porządek świata, w którym są lwy i antylopy. Nie wtrącamy się w te relacje. My też jesteśmy w tych relacjach, choć one się zmieniły – kiedyś ludzie zabijali i byli zabijani przez zwierzęta, dziś rzadko jesteśmy zabijani (...)”.
(BZ - Nr 13 - Redaktor Ł. D. King - Mapa Zdrowia)

Natura jest już tak zorganizowana, że jedne organizmy są podstawą pożywienia następnych.
Człowiek jest ostatnim ogniwem wielu łańcuchów pokarmowych, co zostało zaplanowane przez Przyrodę. Przykładowo: zboże zjada kura, kurę zjada człowiek. Albo: martwą materię organiczną zjadają wiciowce, wiciowce zjada boleń, bolenia zjada szczupak, szczupaka zjada człowiek.

Również uważam, że dla zwierząt roślinożernych bycie upolowanym przez drapieżnika (tak się dzieje od zarania dziejów) - nie jest najgorszą rzeczą, jaka może im się przytrafić. Powolne konanie z głodu i pragnienia - jest męczarnią.

Ponadto, gdyby w przyrodzie nie było drapieżników, to populacja zwierząt roślinożernych mogłaby wyginąć lub przynajmniej mocno się zredukować. Podobnie rzecz się ma z ludźmi, gdyby nie bakterie, wirusy, pasożyty -  to również populacja ludzka by nie przetrwała do tych czasów. Owe organizmy sprawują funkcję oczyszczającą organizmy zwierząt i ludzi z komórek chorych, zdefektowanych, aby te populacje nie przekazywały z pokolenia na pokolenie patologii (naturalna selekcja). Ci naturalni czyściciele są z nami związani ewolucyjnie od samego początku... Przykładowo: wilk nie pobiegnie za zdrową owcą, która szybciej ucieka niż słaba, chora owca. Wilk nie będzie marnował swojego drogocennego "prądu", czyli energii, żeby ją wydatkować, upierając się akurat za gonitwą zdrowej owcy, najdalej oddalonej od niego w momencie rozpoczętego polowania.
Człowiek chorujący na infekcję przeziębieniową - nie powinien hamować alopatycznie tego naturalnego procesu oczyszczania ze zdefektowanych komórek. Jeśli mu się wydaje, że potrafi przechytrzyć Naturę (np. nieodchorowanie choroby przeziębieniowej bez leków alopatycznych) - to za taką pomyłkę często musi zapłacić nawet śmiercią.

"(...) Wegetarianie i weganie winni przestać  żywić złość do mięsojadów, a mięsojady powinni starać się rozumieć wegetarianów i weganów. Następnie jedni i drudzy powinni przytomnie spojrzeć na wszystkie fakty i zrozumieć, że mają do czynienia z mieczem obosiecznym. Zwierzęta giną i traktuje się je źle zarówno przy masowej produkcji żywności wege, jak i nie-wege. Należałoby się zjednoczyć i przyczyniać do tego, aby zwierzęta, które hodujemy, miały jak najlepsze życie. A te, które są narażone na niepotrzebną śmierć na przykład przy produkcji zbóż — nie musiały umierać. (...)". (Ł. D. King - BZ Nr 13)

Przypomnę wegom o bardzo ważnej kwestii! Jeśli z jadłospisu wyrzucimy np. jedzenie pieczywa, kasz, ryżu - to jest to już jeden z przyczynków poprawy zdrowia na wielu płaszczyznach. Płatki owsiane to obrok dla konia, a nie pożywienie dla człowieka. 
Diabeł tkwi w szczegółach. Czyli  w substancjach antyodżywczych, np. kwas fitynowy, który hamuje przyswajanie związków mineralnych obecnych w chlebie z pełnego ziarna. Kolejną czynną substancją antyodżywczą są lektyny pokarmowe (np. gluten i inne tzw. gliadomorfiny).
Lektyny obecne w produktach zbożowych, zakłócają działanie układu odpornościowego, utrudniają proces trawienia, niszczą wyściółkę ścianek jelita (produkcja nadżerek, czyli tzw. wrót zakażeń); zaburzają działanie hormonów trawiennych; przyczyniają się do nasilenia stanów zapalnych.

"(...) WGA (skrót od ang. wheat germ agglutinin). Białko to chroni zboże przed insektami, drożdżami i bakteriami. U ludzi przyczynia się do nieszczelności jelit, nienaturalnego rozrostu trzustki, zmniejszenia gruczołu grasicy czy zaburzenia metabolizmu. Ponadto WGA łączy się z receptorami insuliny, powodując, że większa ilość glukozy jest zamieniana w tłuszcz. Przez to organizm nie umie wykorzystywać własnej zgromadzonej energii w postaci tkanki tłuszczowej. Człowiek z roku na rok gromadzi coraz więcej i więcej energii — bo zawsze gromadzimy — jednak nic nie zużywa, dlatego przybiera na wadze — a zawsze powinien zużywać. Plus, nadmierne przetwarzanie glukozy na tłuszcz, do czego prowadzi lektyna WGA obecna w pełnym zbożu, jest jednoznaczne z podnoszeniem się trójglicerydów we krwi. Mądrzy diabetolodzy wiedzą, że ludzie z opornością na insulinę i związaną z nią cukrzycą powinni skreślić z jadłospisu chleb z pełnego ziarna (...)
(...) Na przykład nie jeść chleba codziennie, a raz w tygodniu. Nie jeść tylko jednego rodzaju mięsa, a za każdym razem inny. Nie jeść jednego rodzaju ryb, a za każdym razem inny. I tak dalej (...)"
(Łukasz D. King - Biuletyn zdrowia nr XIII maj 2015)

Jeśli chodzi o chleb, który jest "mniejszym złem" - to chleb na naturalnym zakwasie, bez drożdży, choć wg mnie - najzdrowszy ten o nazwie - niejedzony!

Na jednym z for nieterapeutycznych, ale nurtu profilaktyki prozdrowotnej wg Hipokratesa prowadziłem zażartą (dyskusję negującą przeze mnie żarcie produktów przeznaczonych dla zwierząt gospodarskich) z forowiczką Mają (wegetarianką).
I owa Maja postawiła tezę:
"Można żyć bez mięsa i być zdrowym. Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ktokolwiek twierdzi inaczej myli się."
Moja odpowiedź:
"Rozważania historiozoficzne, jakie Ty wysnuwasz, nie można zaliczyć do wiedzy ścisłej, natomiast moje kontrargumenty teoretyczne, naukowe (biochemia Harpera), poparte praktyką ok. 95% populacji ludzkiej, o czymś świadczą. Gdybyśmy tylko z kolei mówili o tym, co jest pewne, to pewnie nie mówilibyśmy o niczym albo tylko o śmierci. Skoro nie jesteśmy Bogami, to nie znamy prawdy obiektywnej czy absolutnej. Czyli jesteśmy skazani na mijanie się z prawdą, ale żeby ta mijanka polegała na zasadzie, że wszystkie teorie są fałszywe, a różnią się tylko stopniem fałszywości. Czy w związku z tym, TY możesz powiedzieć, że posiadłaś wiedzę prawdziwą? Jak było (np. z nauką Kopernika, przed Kopernikiem, jak było z mechaniką Newtona, która okazała się nieprzydatna na poziomie atomu oraz przy wielkich prędkościach)? Trzeba było wymyślić mechanikę kwantową oraz teorię względności, które w przyszłości, prawdopodobnie zostaną zastąpione przez kolejne, o niższym stopniu fałszywości.A Twoja nauka jest stara, która się nie rozwija i dlatego stała się dogmatem, a jeśli przestaje być nauką, to staje się religią. Nikt Cię tu nie podejrzewa o pozysk ludzi do sekty, tylko zacznij operować faktami. Zacznij też żywić naszego Einsteina roślinkami i mlekiem, jak mnie żywiono za młodu, to nie przeżyje nawet roku. Zapytaj się Einsteina i wielu innych - jakich doznali korzyści po rozpoczęciu żywienia ludzkiego, nawet tego tzw. korytkowego, a zrezygnowaniu z jedzenia pastwiskowego… Sam kiedyś wyglądałem jak dziecko z krzywicą - z głodującej Etiopii, miałem wielką "pecynę", krzywe nogi i wydęty brzuch, próchnicę zębów. Dobrze, że w samą porę - sam wziąłem własne zdrowie w swoje ręce. Einstein - też mówi, że teraz zaczyna być podobny do człowieka. Aż się dziwię, że jeszcze nie wstał ze swojego "matecznika", nie wyszedł z "koliby" i nie zabrał głosu w tej dyskusji. Pewnie nie widzi sensu i szkoda mu jego prądu na nią. Ale my jesteśmy żywymi dowodami na to - o czym piszę.Twoje teorie, jak i teorie "Kwaśniewskich" - nie są żywe. A wydaje się Wam, że znacie prawdę absolutną. W skali kosmicznej - jesteśmy wszyscy tylko robaczkami, gdzie są robaczki mądrzejsze i głupsze, ale i te mądrzejsze nie wymyślą niczego, co przekroczy możliwości robaczka. A tylko te najmądrzejsze z nich wiedzą, że nie wiedzą. W naukach biologicznych fałszywe teorie powstają szczególnie łatwo. Organizmy żywe są złożone i występuję w nich mnóstwo niewiadomych, że szansa na wysunięcie jakiejś sensownej teorii, opisującej związek pomiędzy czynnikami środowiska a stanem zdrowia jest znikoma. Naukowcy najwyższej klasy "robią tylko swoje" i nie starają się pouczać innych, i jak Sokrates wiedzą, że nie wiedzą. Pouczają ci najczęściej - co nie wiedzą, że nie wiedzą, albo wierzą w to, że wiedzą, że nie wiedzą. Do tej grupy można zaliczyć dietetyków, którzy "wiedzą", albo mają wiarę w wiedzę, że tłuszcz jest szkodliwy, a owoce są źródłem witamin oraz tych, którzy wiedzą, że jedząc mięso - można się łatwo "przebiałczyć", ale nigdy "przetłuścić", tj. tak jak w tym powiedzeniu: - "Fortepian można zasłonić, a słonia nie można zafortepianić". Wg Biblii jest tak: "(...) Strzeżcie się fałszywych proroków (...)"; a wg Pana Wojtka Młynarskiego: "(...) Nie opuszczaj mnie inteligencjo, nie opuszczaj mnie inteligencjo (...)".Następnym razem opiszę historię z życia wziętą - jak prowadziłem dyskusję z pewną lekarką-wegetarianką i jak się to dla niej skończyło, jak chciała przechytrzyć naturę, no i - mnie".

Wypowiedź Mistrza (ekspert):
"Jednym słowem, wegetarianizm jest dobrym sposobem pozyskania wygodnego dla władzy społeczeństwa niewolników, niezdolnych do samodzielnego myślenie, powolnych wszelkim sugestiom. I ten fakt powinni mieć na względzie rodzice, uprawiający swoje dzieci według wzorców zaczerpniętych z kraju, gdzie większość społeczeństwa to niewolnicy z urodzenia w niższej kaście".

Mistrz:
"Pani Maju! Już widać, że ta dyskusja do niczego nie wiedzie. Ale skoro jest – warto ją sprowadzić do jakiejś konkluzji. Otóż ja przeciwko wegetarianom nie mam nic, tak samo jak przeciwko rudym, łysym czy niskim albo wysokim. Każdy jest kowalem swojego losu i tak być powinno. Daleki jestem od uszczęśliwiania ludzi na siłę. Nie twierdzę, że każdy musi być zdrowy – to kwestia wyboru. Jeśli ktoś uważa, że nie ma sensu dbać o własne zdrowie, bo w razie choroby jest lekarz, który go wyleczy, to ja to rozumiem – jego wybór. Niemniej jednak to forum jest poświęcone zdrowiu jako alternatywie dla chorób. Ludzie tu zaglądający oczekują porad, jak uniknąć chorób, lekarstw i lekarzy, a ja im tych porad udzielam, zgodnie z  wiedzą (potwierdzoną dyplomem mistrza w zawodzie bioenergoterapeuty) oraz długoletnią praktyką. Ot tyle! O nic innego tu nie chodzi. Wniosek stąd, że jeśli komuś taka opcja nie odpowiada – nie loguje się tutaj, ani nawet nie zagląda.
Miałem kiedyś jako pacjentów młode małżeństwo. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest to dobrana para, ale któregoś dnia młoda żona na wizytę przyjechała bardzo odmieniona – twarz osowiała, w oczach wyraźny brak chęci do życia. Okazało się, że mąż zaczął bawić się w wegetarianizm. I problemem nie było to, że musiała gotować dwa różne posiłki, ale że mąż na siłę robił z niej wegetariankę. A stosował podobne jak Pani paskudne chwyty polegające na obrzydzaniu. Otóż gdy ona jadła jakiś pokarm mięsny, ten wypowiadał słowa w stylu:"A pamiętasz, jakie ładne ryjki miały te prosiaczki, które Ci się tak podobały, gdy byliśmy u kuzyna na wsi? Kiedy to było? Pół roku temu? Zadzwoń do kuzyna, czy ostatnio nie sprzedał tych świnek do rzeźni, bo może jesz którąś z nich..."
Nie mając innego wyjścia – przestała jeść mięso. Ale cały czas chodziła głodna, wewnętrznie rozdygotana, wiecznie zmęczona. Nic, tylko by spała albo osowiała patrzyła w sufit. Znajomi i rodzina zainteresowali się tą sprawą i wymogli na mężu, by przestał żonie narzucać swoją dietę. Ale to nic nie pomogło. Otóż powtarzane jak mantra obrzydzenie tak głęboko wryło się w podświadomość kobiety, że widok mięsa przyprawiał ją o mdłości. Na dodatek zaszła w ciążę, co też miało swój wpływ. Mało tego – nabrała obrzydzenia także do męża. Teraz są już po rozwodzie, dziewczyna samotnie wychowuje córeczkę, ale  wciąż nie może dojść do siebie i mięsa nadal nie je. Natomiast były mąż, gdy po rozwodzie nie miał mu kto przygotowywać posiłków wegetariańskich, z powrotem wrócił do jedzenia mięsa. Podobnych historii mógłbym opowiedzieć wiele – o młodzieży, której obrzydzono mięso, i problemach ich rodziców, którzy muszą  patrzeć, jak ich dzieci ze zdrowych, pełnych życia, zmieniają się w roztrzęsione mimozy.
Jak Pani widzi, pani Maju, ja nie zaglądam nikomu do talerza. Niech każdy je, jak uważa i jak mu służy. Byle tylko mnie i moim gościom nie obrzydzał jedzenia puszczaniem bąków. A Pani właśnie to robi – korzysta z gościny na moim forum i puszcza bąki. Mało tego – wchodzi Pani do innych działów i wychodzi na to, że chce zasmrodzić całe forum. Czy tak się godzi?

Forowicz Einstein:
"O ile człowiek dorosły może żywić się wegańsko to żywienie dziecka w ten sposób jest okrucieństwem. Takie żywienie prowadzi do wad rozwojowych i wpływa negatywnie na procesy myślowe, w wyniku, których może dojść do zaniku logicznego myślenia i krytycyzmu, czego skutkiem jest trudność w rozróżnianiu rzeczy realnych od nierealnych (nadmiar białka prowadzi z kolei do przeciwnych skutków i bezwładu myśli).Dieta wegańska to dieta niewolników. Elity rządzące wiedziały o tym zawsze. Właśnie dlatego w Indiach od niepamiętnych czasów tłuszcz zwierzęcy czyli masło ghee mogli jeść wyłącznie teokraci - bramini (kasta władców). Niższym kastom tłuszczu jeść nie było wolno! I dlatego tylko mogli być strachliwymi niewolnikami naiwnie wierzącymi w sześciorękie bóstwa. Podobna zasada istniała u żydów. Tylko kapłani i ich rodziny mogły jeśc tłuszcz zwierzęcy. Chłopi na nich pracujący jedli "pokarm bydła" czyli zboża. Tylko w tłuszczu rozpuszcza się kluczowa dla rozwoju i zdrowia witamina A, która znajduje się w wątrobie. Dlatego król i kapłani jedli wątrobę, podroby i tłuszcz, rycerze - mięso, a poddani - owsiankę.Podobnie jest w stadzie wilków, najzdrowszy samiec alfa je pierwszy nerki, wątrobę i serce, resztę zostawia podwładnym.Niektórzy dorośli ludzie na jedzeniu wegetariańskim mogą funkcjonowac całkiem niezle (grupa krwi A). Ale nie jest to panaceum dla wszystkich. Np człowiek z grupą krwi 0, potomek myśliwych będzie się czuł zle a na weganizmie a po roku zniszczy organizm doszczętnie.Dodam, że żadne prymitywne zdrowe plemie w CAŁEJ HISTORII TEJ PLANETY nie odżywiało się wegańsko. Tendencja była wręcz w drugą stronę. Np masajowie w Afryce mimo, że mieli dostęp do owoców jedli prawie samo tłuste mięso, pili krew i mleko. Pytani o owoce i rośliny odpowiadali, że są "dla krów".


Mistrz:
"Warto też uświadomić sobie, dlaczego w Hinduizmie nie je się mięsa. Otóż bierze się to z wiary w reinkarnację, czyli wędrówkę dusz w drodze do raju, zwanego nirwaną. W tej wędrówce dusze przechodzą z jednej istoty żywej na drugą – z człowieka na świnię, następnie osła, szczura i znów na człowieka. Dlatego życie musi być jedynie przejściowym cierpieniem, zaś szczęście jest możliwe jedynie po osiągnięciu niezrozumiałego dla nas stanu nirwany, zresztą rozmaicie interpretowanego w licznych odłamach Hinduizmu. Takie nastawienie do życia doczesnego sprawia całkowity brak zainteresowania własnym zdrowiem, nad które promowane jest cierpienie jako jedyna droga do raju. W tej sytuacji w krajach objętych Hinduizmem nikogo nie dziwią rozmaite skrajności, np. chodzenie nago, by niechcący nie przydusić jakiegoś stworzonka fałdami ubrania; omiatanie sobie drogi, by bosą stopą nie nadepnąć na jakiegoś „krewniaka”; trzymanie ręki w górze aż uschnie, jeśli przez nieuwagę ta ręka popełniła mord na jakiejś liszce; albo zaszycie sobie ust... już nie pamiętam w jakim celu. Ot, i mamy cały paradygmat wegetarianizmu - fanatyzm religijny".

Moja wypowiedź:
"Manipulatorzy od sprzężenia zwrotnego psychosomatycznego – lobbyści, za pomocą niektórych emisariuszy różnych diet, w tym i wegetariańskiej - "piorą" mózgi prymitywnym fanatykom pewnych religii, i tak powstaje dietetyka religijna. W odłamie buddyzmu, w hinduizmie, przy pewnych różnicach wiary, znamiennym jest, że jedzenie mięsa i tłuszczy zwierzęcych - jest objęte zakazem. Kontrolowanie takiego zakazu byłoby trudne, gdyby nie wmówić ludziom, że dusza człowieka po śmierci - wciela się w jakiegoś zwierzaka, w związku z tym zjadając świnię, barana, czy salami z osła, możemy zjadać (np. byłego ministra chorób...).Nasza religia katolicka - też wprowadza posty. W Tłusty Czwartek jest zezwolenie, aby objadać się tłuszczem i słodkościami, a po tym dniu mamy pełną izbę przyjęć w służbie chorób. Na zachodzie Europy mamy Tłusty Wtorek, później przychodzi okres Wielkiego Postu, który jest symbolem smutku, który następuje z powodu braku mięsa (chyba?). Po takim skrajnym ograniczeniu białka pełnowartościowego, mamy znów kolejki przed izbą przyjęć."W pewnych warunkach ludzie reagują na fikcję równie silnie jak na rzeczywistość, a w wielu przypadkach przyczyniają się do stworzenia tej właśnie fikcji, na którą reagują".

Moja wypowiedź:
"Przecież to biochemia Harpera obaliła te hasła: "Cukier krzepi". W moim skasowanym poście było napisane z tej biochemii, że białko roślinne jest kiepskie. Cytowane strony przeze mnie potwierdzają, że nasze zasady zdrowego odżywiania = biochemia Harpera plus zmodyfikowany model żywienia wg dra Kwaśniewskiego, czy Lutza, czy innych twórców Diet niskowęglowodanowych plus dieta "roślinkowa". I tak się żywi - prawie cały świat, czyli zgodnie z naturą ludzką, a więc białko mięsne zrównoważone roślinami. Więc mi nie mów, że moja wiedza szkodzi ludziom.   Niezbyt wypada mi się chwalić, ale jestem zmuszony odpierać Twoje zarzuty. Wczoraj mi podziękowała jedna osoba, dzisiaj druga, że moje sugestie dietetyczne były trafione. A co do nieprawidłowego interpretowania Harpera przez medycynę oficjalną, to doskonale wiesz, że robią to źle i celowo, żeby dalej zarabiać na krzywdzie ludzkiej, i to są ich hasła, a nie Harpera, i są tyle warte co Twoje o zdrowotności jedzenia samych roślinek. Napędzają koniunkturę biznesową wiadomemu lobby. I w zasadzie, już na cytowanym Harperze i potwierdzeniu słuszności modelu odżywiania niskowęglowodanowego potwierdzonego przez Harvard, powinienem zakończyć z Tobą polemikę. Pomimo obraźliwych ataków z Twojej strony na mnie jako na „supertrupojada", nie obraziłem się. Gdybym, może faktycznie jadł samo micho, to byłbym agresywny i mogłabyś mnie sprowokować, albo gdybym znów jadał same roślinki, to bym się popłakał, bo nie miałbym siły na odpowiedź. Ale ponieważ jem jak człowiek, to i postępuję po ludzku.   Już padła taka konkluzja, że - "każdy sobie kopie własną łyżką grób dla siebie" i nie powinien sugerować, jeśli go o to nie poproszą - jakiej łyżki użyć do tych czynności..."


Moja wypowiedź:
"Z podręcznika Biochemii - Harpera:Str. 207: Trójglicerydy wchłaniane z przewodu pokarmowego, w przeciwieństwie do białek i cukrów nie są wychwytywane przez wątrobę. Błędnie uważano dotąd, że tłuszcze pokarmowe obciążają, podczas gdy białka i cukry oszczędzają wątrobę.Str. 207: Za miażdżycę odpowiedzialne są kwasy tłuszczowe produkowane z cukrów w wątrobie. Obecnie nie twierdzi się, że tłuszcze pokarmowe powodują miażdżycę.[/b]str. 277 i 328: Duże ilości cukrów w diecie zwiększają produkcję kwasów tłuszczowych, natomiast zjadanie tłuszczu powoduje zahamowanie jego produkcji.Str. 264: Cukier w owocach - fruktoza(uznawany dotąd za bardzo zdrowy)"zalewa" szlaki metaboliczne w wątrobie, powodując nadprodukcję trójglicerydów i cholesterolu.Zatem błędnie sądzi się, że dieta owocowo-warzywna, niskotłuszczowa powoduje obniżenie ilości cholesterolu w tkance tłuszczowej i krwi.Fruktoza pobudza wydzielanie insuliny i wzmaga te procesy, co również doprowadza do cukrzycy.Str. 278: Duże ilości cukrów w diecie pobudzają wydzielanie insuliny, która aktywizuje produkcję tłuszczu, a hamuje jego rozkład. Powszechnie stosowane diety cukrzycowe zawierają duże ilości węglowodanów, które w praktyce uniemożliwiają wyleczenie.Str. 778: Soja i rośliny strączkowe są białkami o niskiej wartości dla człowieka. Białka zwierzęce, w tym żółtka jaj są białkami o wysokiej wartości.Str. 775: Ilość energii otrzymywana ze spalenia grama tłuszczu jest ok. 2,5 raza większa, niż z takiej samej ilości cukru. Diety niskokaloryczne w świetle dzisiejszej wiedzy są nieporozumieniem. Organizm ssaków wymaga dostawy środków odżywczych najwyższej jakości, w ilościach niezbędnych do pokrycia wydatków energetycznych.   Uważam, że ta teoria ma niski stopień fałszywości i potwierdza się na moim przykładzie i wielu innych, żywiących się niskowęglowodanowo.   Teoria harperowska jest uznawana przez medycynę oficjalną, już chyba na całym świecie, ale interpretacja jej jest prawidłowa tylko przez "naturopatologów".   Studenci medycyny, na II roku studiów uczą się jej tylko jako "sztukę dla sztuki", a w zasadzie po to, żeby spowodować im "mętlik" w głowie, bowiem praktyka pokazuje namacalnie, że mija się z teorią, nie leczy się przyczynowo, a tylko wierzy się w kolegów po fachu - farmaceutów, którzy opanowali wiedzę w zastosowaniu chemicznych leków, na wymyślone jednostki chorobowe, czy zespoły.   I tak ten biznes na chorobach się kręci, gdyż praktyka lekarska jest oparta na wierze, a nie na wiedzy praktycznej w zakresie leczenia przyczynowego, czy wiedzy o zdrowiu i zastosowaniu alternatywy dla chorób, i prewencji chorób. Wiara ta polega na tym, że danej jednostce chorobowej jest przyporządkowany dany lek. Czyli jeden wierzy drugiemu, a razem wiedzą źle i wierzą źle.   Nie wiem - jak to jest w rzeczywistości, gdyż będąc w ruchu Optymalnych, pokazywałem lekarzom te wyjątki z Harpera, to reagowali na to, jakby pierwszy raz w życiu o tym słyszeli. Moja żona również, twierdzi, że korzystała z innej biochemii. Ale teraz wiem, że studenci II roku się o tym uczą, tylko nie wiem - czemu o tym, później zapominają? Pewnie dlatego, że przeważa natłok wiedzy o lekach, w myśl zasady, że lekarz mało wie o zdrowiu (podobno ich dwa lata uczą o tym), jeszcze mniej o chorobach, a już najmniej jak leczyć… Ja bym zamienił kolejność i powiedział, że najmniej wiedzą o zdrowiu.   Dlaczego o tym znów piszę? Dlatego, żeby w razie kolejnego "zrzutu" operować faktami, a więc dlaczego się tego uczą, a w praktyce nie przestrzegają? Wegan lekarzy - to dotyczy tym bardziej."


Forowicz hajdi:
"Cytat od: "Maja">>Mój znajomy dla żartu nauczył królika miniaturkę jeść kiełbasę, boczek itp. Wsztstkich to bardzo bawiło. Z czasem królik wyłysiał, dostał strupów w uszach, z nosa sączyła mu się lepka ciecz. W końcu zdechł.Nie stał się wilkiem tylko dlatego, ze jadł kiełbasę<<Maju, czy na prawdę nie widzisz różnicy między królikiem a człowiekiem?"


Moja wypowiedź:
"Królik - był zawsze złym modelem doświadczalnym, i jeśli ktoś opiera swoje doświadczenia na tym modelu, to chyba po to, żeby wyprowadzić z równowagi kogoś, który kuma.   To są już gesty rozpaczy, wynikające z braku myślenia. Królik, nigdy nie był stworzeniem wszystkożernym. Królik - w naturze je niewiele cholesterolu, bo żywi się trawą, w której poza mleczem - nie ma cholesterolu. Dla organizmu królika - cholesterol był ciałem obcym. Były próby karmienia cholesterolem psów, kotów, wilków, szczurów, które pokazały, że u nich nie można wywołać miażdżycy. Kiedy szczurom podano mało cholesterolu, to nasilała się jego synteza w organizmie, a kiedy podano dużo, to synteza malała.    U człowieka takich prostych zależności nie ma, bo organizm człowieka reaguje dużo wolniej niż szczura. Ponieważ szczur żyje 25 razy krócej niż człowiek, a więc te reakcje są u niego ok. 25 razy szybsze, i nie trzeba czekać całe życie, aż badany umrze, albo szybciej od niego badacz. (...)"


I dalej moja wypowiedź:
"Proces trawienia i wchłaniania jest inny niż u człowieka, bo jest tzw. wtórnym przeżuwaczem, który musi zjadać pierwszy półpłynny kał, by przyswoić składniki drobnoustrojowe i produkty ich przemiany. Kał ostateczny, to jest ten, który można zauważyć w tzw. drugim rzucie.   Gdyby królik zjadł to co człowiek w czasie (np. obżarstwa w Święta Wigilijne), tj. smażonego karpia, zupę grzybową, rybę w galarecie, "strucla" z makiem, sernik - i przepił to wszystko wódką, nie dożyłby do rana, a człowiek natomiast, nie tylko dożyje, ale jeszcze pobudzi się do życia, zatańczy i zaśpiewa.(...)"


Dalej moja wypowiedź:
"Jest takie powiedzenie, że wielkim światem rządzi mały rozum, i jeśli jest to rozum polityka wege - jakim był pan minister finansów, pan K., który fundował wszystkim na siłę w parlamencie swoją dietę jabłkową, to mieliśmy w kraju - jak mieliśmy...   Dobrze może to zobrazować treść pewnego dowcipu: - W pewnym kraju ludożercy sprzedawali na rynku mózgi w celach kulinarnych. 1 Kg mózgu inżyniera kosztował 50 dolarów, 1 kg mózgu uczonego - 70 dolarów, a ekonomisty -100. Zaskoczony klient zapytał: - "Dlaczego mózg ekonomisty jest taki drogi? Czy jest taki wartościowy?". Sprzedawca odpowiedział: -  "Czy pan wie, ilu trzeba zabić ekonomistów, żeby było 1 kg mózgu?".
Gdyby Papuasi mieli u siebie dostateczną ilość raków - nie musieliby się męczyć z autobusem, pełnym ludzi – jak to wynika z treści innego dowcipu: - Młody ludożerca pyta mamy: - "Co to jest autobus?". Mama: - "To jest coś w rodzaju raków. Ze środka się wyjada, a skorupę się odrzuca”.
   Zmiana trybu życia, w tym i żywienia w różnych plemionach, zawsze pociągała za sobą zmianę stanu zdrowia, zachowań ludzkich oraz wyglądu zewnętrznego. Ale nie należy zapominać też o wyjątkach, którzy reagują na zmiany inaczej niż pozostali."


Mistrz:
"Trudno mi uznać za kulturę pogańskie wierzenia w dziesiątki dziwnych bóstw, demonów i aniołów, nawzajem ze sobą walczących. Gdzie niewolnik jest niewolnikiem dlatego, że zasłużył sobie na to karmą, a pan jest panem z tego samego powodu. Gdzie podstawowe zasady higieny nie są przestrzegane przez zdecydowaną większość społeczeństwa, co sprawia, że przeszło 90% procent ludności jest zakażona pasożytem pokarmowym – amebą. W moim mniemaniu kultura, to coś zupełnie innego.
Cytat od: "Maja">>I nie oszukujmy się, że ktoś kupuje mięso od ekologicznych hodowców. ( Czy to oni nagminnie je owijają w folię zamiast w papier, na którym od razu widać ile mają w sobie wody?<<Takie mięso ma tyle wspólnego ze zdrowym odżywianiem, co batoniki w diecie wegetariańskiej. Kupowanie mięsa zapakowanego w papier było na tym forum wyjaśnione wyczerpująco. A odbijając piłeczkę - czy warzywa w hipermarketach nie są nafaszerowane chemią? A sprowadzane z zagranicy nie są przymusowo poddane promieniowaniu przenikliwemu? Tak więc - czy będą to produkty mięsne, czy też roślinne - zawsze można trafić na dziadostwo. I doprawdy nie wiem, czy to jest jakikolwiek argument, i w czymkolwiek. No, chyba że dla wegetarian, ale dla nich wszystkie argumenty mówią jedną mantrę."

Mistrz:
"Cytat od: "Maja">>No i dyskusja jkoś nie może wygasnąć...<<To prawda, ale jakoś nie można przejść do porządku nad niedorzecznościami niczym z innej planety.  Okazuje się na przykład, że takie pawiany systematycznie do swojego menu dodają produkty proteinowe, zaś pewna grupa pawianów opanowała polowanie na flamingi i to ich mięso jest głównym pożywieniem tych małp. Dzisiaj o 16-tej na Animal Planet był film o małpach. Okazuje się, że kapucynki systematycznie schodzą na brzeg rzeki i pożywiają się krabami, ostrygami i małżami. Tak więc rzekoma roślinożerność małp to kolejny mit wege."

W innym wątku dotyczącym wege - Mistrz skomentował Abira (wege):
">>(...)Gdy piszę te słowa mam przy 190cm 120kg masy ciała nie uzyskanej w żaden nienaturalny sposób i zapewniam, że nie jest to sam tłuszcz. Jako ciekawostkę podam - narażając się pewnie znacznej części forumowiczów - że jest to efekt uzyskany na diecie bezmięsnej(...)<<A co w tym dziwnego? Bukaty też idą na diecie bezmięsnej, a mimo to mają mięśnie pierwsza klasa."

Moja wypowiedz komentująca wypowiedz Abira i Mistrza:
"Może dalej się trochę ponarażam panom Giertychom odnośnie ewolucjonizmu oraz ortodoksom wege.Pani terapeutka wege uświadomiła sobie, że człowiek jest roślinożerny, gdyż praprzodek człowieka był też roślinożerny.Ortodoksyjni wegetarianie używają takich chwytów socjotechnicznych, jak chcą pozyskać do swojego bractwa jakiegoś mięsożernego mordercę (jak określają dobitnie takich). A mianowicie terapeutka wege pyta się pacjenta wieśniaka: - " Czemu pan je tyle mięsa?" - pacjent: - "żeby mieć siłę...". Wege: - "A które zwierzę jest najsilniejsze?" - pacjent: - "Kuń" - padła natychmiastowa odpowiedz. Wege: - "A co ji kuń? Mięso, wędliny?" - pacjent: - "Trawę, siano, owies". Wege: - "A krowy, bawoły, słonie, zubry, goryle - czy też czerpią siłę z mięsa?".   Ja bym się zapytał wege - czy jej "sprawny" intelekt oraz u goryli, to zasługa jedzenia trawy, owsa, siana i innych roślin...
W tym miejscu każdy ewolucjonista zapytałby: - który przodek? Czy pierwotniak żywiący się bakteriami, czy małpiatki owadożerne, czy wreszcie roślinożerne małpy?   Goryl żywi się głównie roślinami, ale przecież nie jest naszym przodkiem. Pewnie goryl, z uwagi na swoje upodobania kulinarne, został gorylem. Darwin zapomniał albo nie miał czasu, żeby się przyjrzeć bliżej gorylowi, bowiem mógłby wyciągnąć oto taki wniosek. Goryl to taki gatunek człowieka, który ewoluuje w stronę bydła na skutek odżywiania się pędami roślin. Jest duży, ociężały fizycznie i umysłowo. Wypasa się jak bydło i posiada długi przewód pokarmowy. Żyje dłużej niż krowa, ale krócej niż człowiek.   Wniosek dla pani terapeutki: Jeśli nie zamierzamy nabyć cech gospodarskich - trzymajmy się z dala od pani zaleceń dietetycznych wege."
(Chodzi o p. Maję Błaszczyszyn, która w porozumieniu z dr. Aurem - wydała książkę pt. "Nie bądź skwaszony" z zaleceniem proszku alkalizującego pod nazwą: "Proszek dr. Auera" - przestrzegam wszystkich przed używaniem tego g*wna; prócz durnych zaleceń alkalizacyjnych, zalecają ów proszek, który nieomal doprowadziłby mnie do grobu).

A o długości naszych jelit jako nieprzystosowanych do jedzenia li tylko roślinek Mistrz pisze m.in. tutaj:
"Przy okazji warto chyba poruszyć pewną kwestię, nachalnie podnoszoną przez wegetarian, że ludzki przewód pokarmowy jest zbyt długi, by mógł należeć do drapieżnika, więc (eureka!) należy do roślinożercy. Tę szczególną długość ludzkiemu przewodowi pokarmowemu nadaje jelito kręte, wydłużając go o 3 metry. Gdyby nie to trzymetrowe jelito kręte, zmieścilibyśmy się w ramy typowych drapieżników, a wegetarianie nie mieliby... no czego? Argumentu? Ale jaki to argument, skoro w tym najdłuższym odcinku ludzkiego przewodu pokarmowego... nic się nie dzieje; nie jest trawiony ani wchłaniany nie tylko pokarm roślinny, ale w ogóle żaden pokarm nie jest trawiony ani wchłaniany. Więc co - kolejna pomyłka natury, która wydała ten bublowaty organizm ludzki? Ja widzę w tym głęboki zamysł natury, w którym jelito kręte stanowi bufor oddzielający dwa tak różne od siebie środowiska, jak strefa wchłaniania a strefa magazynowania kału; jadłodajnia a rynsztok. To wyjaśnia determinację organizmu w utrzymaniu względnej abakteriozy w strefie wchłaniania.
Dla zobrazowania zagrożenia, warto przypomnieć sobie kilka jadów bakteryjnych, wytwarzanych przez ludzkie bakterie jelitowe: indykan, amoniak, trupi jad, histydyna, fenol, kadaweryna, muskaryna, agmatyna, tioalkohol metylowy, indol, siarkowodór, metanotiol, krezol, kwas masłowy, putrescyna, tioglobina, urobilina. Warto też przy okazji zaznaczyć, że zatrucia pokarmowe nie wynikają ze zjedzenia bakterii, tylko ze zjedzenia ich produktów przemiany materii - jadów bakteryjnych."

Moja wypowiedź w innym wątku, a dot. wege:
"Kilka dni temu, odwiedzając żonę na dyżurze w szpitalu, spotkałem znajomego wegetarianina, który sobie naskładał tyle chorób (w tym psychicznych), że już mnie nie poznawał i ciężko było z nim nawiązać jakiś logiczny kontakt słowny. Żeby mnie brać za Andrzeja Leppera, to klękajcie narody...   Tak go obserwuję od kilku lat, i coraz bardziej można zaobserwować u niego degradację organizmu. Dwa lata temu rozmawiałem z nim, będąc na plaży nad rzeką Wartą. Już wtedy rozmawiało się  z nim, jak głuchy z pijanym. Wówczas mnie pouczał, że mięso jest szkodliwe, że w zamian za to wegetarianie suplementują się. Widziałem jego zły stan odżywienia organizmu; zwiotczałe mięśnie, sucha, pomarszczona skóra, wytrzeszcz oczu (np. schorzenia tarczycy). Facet jest lekko po 60. roku życia, a wygląd wskazuje na zgrzybiałego staruszka. W chorym ciele - chory duch. Gość zachowywał się jak psychotyk. Ktoś może powiedzieć, że to jakiś wyjątek... ale to nie jest wyjątek (temat był wałkowany na Forum).   Wg mnie, początkujący wege - czują się dobrze, m.in. dlatego, że spożywane roślinki w diecie, działają alkalizująco na organizm; nawet najgłupsza dieta świata potrafi po zmianie modelu odżywiania, na początku "odbagniać" szlaki metaboliczne, i człowiek śpi z błogą nieświadomością, że zdrowieje. Podobnie jest z Dietą optymalną (Dietą rotacyjną - wg pani lekarz medycyny Witoszek). I to jest wredne, bowiem człowiek funkcjonuje jak w znieczuleniu, a choroby patologiczne mogą się rozwijać (niedobory niektórych substancji odżywczych), nie dając żadnych sygnałów. Podobnie jak u alkoholików, którzy jasno podkreślają, że jak pili, to na nic nie chorowali. Przecież samo stosowanie diety nieodpowiedniej w chorobie, a jakiejkolwiek w zdrowiu - musi doprowadzić do chorób patologicznych. Dieta to maskowanie i łatanie faktycznych objawów, czyli zjawisk pozbywania się toksyn z organizmu. Nihil novi sub sole."

I dalej moja wypowiedź:
">>W pewnych warunkach ludzie reagują na fikcję równie silnie jak na rzeczywistość, a w wielu przypadkach przyczyniają się do stworzenia tej właśnie fikcji, na którą reagują.<<Za chwilę usłyszymy miażdżące kontrargumenty typu: Chrystus był wegetarianinem; nie chcę zgrzeszyć i napisać jeszcze jednego nazwiska na literę "H", bo to nie przystoi w tym miejscu Katolikowi stawiać w jednym szeregu oba nazwiska."

I moja wypowiedz w innym wątku dot. wege:
">>(...) Opis, który przeczytałem pasuje wypisz wymaluj do mojego znajomego. Ten sam przypadek. Nie je mięsa i wygląda dokładnie tak jak ten z opisu Zibiego. Wygląd fizyczny to jedno, ale i psychicznie nie jest z nim dobrze. Gdy go spotkałem w sobotę mamrotał coś pod nosem tak, że trudno było go zrozumieć. Facet w sile wieku, a zachowuje się jak schorowany staruszek. Miejcie się wegetarianie i dietetycy na baczności!(...)<<
Ów gość może mieć około 50 lat lub kilka lat po, a wygląda na około 75-80. Przypomina mi się w tym miejscu film pt. "Czterdziestolatek" i "kobieta pracująca", którą współbohaterowie filmu kurtuazyjnie oceniali na około 50 lat (aby jej schlebić, bo faktycznie wg nich wyglądała pewnie na grubo więcej), gdy zapytała - na ile lat wygląda. Kobieta ta sama triumfalnie odpowiadała na zadane pytanie, że ma faktycznie 33 lata, i zaraz do tego dodawała: - "(...) bo na wygląd, proszę pana, trzeba sobie zapracować! (...)".   Kiedy w TV pokazują filmy o tematyce etnograficznej, nie jest trudno odgadnąć - jaki model odżywiania stosuje dane plemię. Ci dobrze odżywieni, smukli, zbudowani, o zdrowej skórze, widać pewni siebie, o wyprostowanych sylwetkach, jakby trochę dumni - to plemię pasterskie. Zaś ci wychudzeni a z wypchniętymi, rozdętymi brzuchami, o pomarszczonej skórze, źle odżywionej, o zepsutym uzębieniu, pokracznej sylwetce, wyciągających ręce do redaktorów po jałmużnę - to odżywiający się raczej roślinami. W ich pożywieniu brakuje białka o dobrej wartości biologicznej, zaś - dominuje "żarcie śmieciowe", głównie skrobia.   Kiedy pokazywali niby najstarszą kobietę świata z pewnego plemienia, zaznaczyli, że kobieta ta swój wiek zawdzięcza diecie roślinnej. Ponieważ była analfabetką i nie miała dokumentów (np. aktu urodzenia) - jej wiek można było określić tylko z wyglądu. A jej wygląd świadczył, że jest bardzo stara. Czyli jest tutaj analogia z naszym wegetarianinem i filmową "kobietą pracującą". Zgrzybiała staruszka z buszu, żywiąc się ściśle wegetariańsko - "zapracowała" sobie na swój wygląd, choć pewnie była też w wieku tzw. Chrystusowym.   (Teraz pojechałem po diecie Diamondów - raczej; a wegetarianie - pewnie mnie znienawidzą do reszty; ale to jeszcze nie koniec...)"

Forowicz Heniek w kwestii diety Montignacka:
"Jakby nie patrzeć, jest to mało marketingowa przyczyna śmierci dla sprzedawców dorobku Montignaca".

Forowiczka Emisia:
"No wlasnie! Wedlug jego teori, moral jest tylko jeden: Schudne i przy okazji umre na raka! Wiec wybor jest niewielki. No chyba ze ktos chce zadbac o rozmiar trumny zza zycia..."

Moja wypowiedź w tym wątku:
"Najlepiej w Castoramie można się modnie ubrać do "piórnika", ale warunek jest taki, że prócz diety Montignacka, należy jeszcze jeść margarynę Ramę. Wtedy to będzie piękny rak, i pięknie smukle będzie się wyglądało w trumnie. Po suploterapii będzie się też miało ładne różowe kolory na policzkach, również w trumnie."


A propos (opisuję ww. zjawisko szerzej w części I artykułu)... Montignack ze swoim patentem na IG (indeks glikemiczny) - nie wniósł nic mądrego dla chorych na cukrzycę i innych chorujących na tzw. choroby z hiperinsulinemii. IG - nijak nie wpływa, nie robi różnicy na funkcję insuliny, jeśli się zjada węglowodany o różnych indeksach. Liczy się ilość węglowodanów na 100 gram produktu (suma całkowita ilości zjadanych węgli w ciągu dnia). Dla niskowęglowodanowców tj. od 70-100 g/dobę (Dieta dr. Lutza). Czas metabolizmu między prostymi węglowodanami a złożonymi - to subtelna różnica na poziomie kilku minut tylko, a więc bez znaczenia specjalnego, czy zjemy węgle o niższym indeksie glikemicznym czy o wyższym. Trzustka wyprodukuje tyle samo insuliny, ale w zależności od ilości zjedzonych węgli w 100 g produktu. Czy zjesz węgle złożone czy proste, czy o wysokim IG czy o niskim - wszystkie węgle podniosą poziom cukru we krwi po ok. 10-15 minutach, a trzustka i tak wyrzuci na nie wszystkie - tyle samo insuliny!

Byli i tez inni magicy lekarzy "naturalni", którzy się wzorowali na Montignacku przy innych schorzeniach niż ww. z hiperinsulinemii. I wyliczali średnią arytmetyczną IG. Przykładowo: pomidor, marchew, burak, kapusta - razem wszystkie w meni, więc wynik IG = IG (pomidora) + IG (marchwi) + IG (buraka) + IG (kapusty) = suma IG warzyw: 4 = IG jako średnia!
Twierdzili, że tak można oszukać trzustkę (np. przed zjedzeniem torta, najeść się warzyw o niskim IG, a później  zaraz po tym - łakocie; że w takim układzie trzustka wyprodukuje tylko taką mała ilośc insuliny, jak dla warzyw i siłą rozpędu zmetabolizuje też słodkie łakocie...  A de facto jest tak, że i tak trzustka wyrzuci tyle insuliny, aby zmetabolizować warzywa oraz łakocie, czyli więcej niż tylko dla metabolizmu samych warzyw.

"Nie ma związku między ustalonym indeksem glikemicznym pożywienia a indeksem insulinowym (ilością wyprodukowanej insuliny jako odpowiedz na węglowodany zawarte w posiłku)". 
(Prestiżowe czasopismo naukowe Brittish Journal of Nutritton - wyniki eksperymentu, w którym stwierdzono brak związku między indeksem glikemicznym żywności a poziomem wydzielanej insuliny).
(BZ Nr 9 i 13 - Redaktor Ł. D. King - Mapa Zdrowia)

 




czwartek, 3 września 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [część VII]

Ciąg dalszy dowodzenia...


Trochę o tłuszczach...

„ (...) Białka stanowią ok. 50% masy większości błon, a reszta przypada na lipidy [tłuszcze] i względnie małą ilość cukrowców [węglowodanów]”.
[B. Alberts i in., Podstawy biologii komórki, Wprowadzenie do biologii molekularnej, s. 374] (...)

(...) A więc błona komórkowa (tzw. dwuwarstwa lipidowa) składa się głównie z białek i tłuszczów. Oznacza to, że pokarmowe źródła tłuszczów i białek są materiałami budulcowymi błon naszych komórek. Prawie w ogóle nie ma w nich węglowodanów! Tak stwierdza najbardziej rzetelna publikacja naukowa o biologii komórki. Tymczasem wmawia nam się, że tłuszcze i zwierzęce białka to zło wcielone. Tak, chodzi przede wszystkim o zwierzęce źródła białek, ponieważ aby spiąć powierzchnie dwuwarstwy (błony miliardów komórek), potrzeba około 20 aminokwasów, w tym niezbędne, które musimy zapewnić organizmowi z pożywienia. Przy czym niezbędne — w komplecie — występują tylko w produktach pochodzenia zwierzęcego. (...)".
(Ł. D. King - Biuletyn Zdrowia Nr XI narzec 2015)

Czyli odmiana wegetarianizmu, która w porównaniu do weganizmu - to dzień do nocy. Ja rozumiem taka dietę bezmięsną wymuszoną np. brakiem dobrego źródła zakupu mięsa, bo mięso to dostępne jest naszpikowane sterydami/hormonami, antybiotykami. Moja była podopieczna - z powodu takiego mięsa chorowała na endometrium, zaś po jego odstawieniu - jak ręką odjął, ale to nie wina protein z mięsa, tylko jak wyżej. Ponadto w to miejsce zwiększyła ilość jaj, ryb, serów; zmniejszyła ilość węglowodanów do 100 g/dobę.

„Kiedy nadmierne ilości węglowodanów są dostępne w organizmie, wówczas węglowodany mają pierwszeństwo nad tłuszczami dla zaspokajania potrzeb energetycznych (...).
(…) Ponieważ alfaglicerynofosforan jest ważnym produktem metabolizmu glukozy, dostępność dużej ilości glukozy [ze spożytych węglowodanów] niezwłocznie hamuje zużycie kwasów tłuszczowych [ze spożytych tłuszczów] jako źródło paliwa” (...).
(…) Tak oto nadmiar węglowodanów w jadłospisie nie tylko działa jako oszczędzacz tłuszczów, lecz także zwiększa ich magazynowanie” (...).
(...) [A.C. Guyton, J.E. Hall, Textbook of Medical Physiology, wyd. 12, s. 825] (...)".
(Ł. D. King - Biuletyn Zdrowia Nr XI narzec 2015)

Jeśli w posiłku połączymy węglowodany i tłuszcze (duże ilości), np. w postaci jaj, boczku, chleba, i jeszcze słodki deser, i piwo - to pierwszą odpowiedzią jest wyrzut insuliny ze względu na obecność węglowodanów. Ale i też jednym z zadań insuliny jest także przekształcanie  tłuszczów z pożywienia w taki sposób, żeby zrobić zapas i zmagazynować go w tkance tłuszczowej.
Inaczej mówiąc, insulina wyrzucona na metabolizm węgli - wygania tłuszcz z krwiobiegu i wysyła go do zmagazynowania w tkance tłuszczowej, jeśli ilość kalorii w posiłku przewyższa zapotrzebowanie energetyczne. Natomiast jeśli nie ma dużego wyrzutu insuliny (posiłek bez węglowodanów), a zjadamy tłuszcze, to wówczas jest korzystnie - wzrasta poziom glukagonu, mniej insuliny. Jednym z zadań glukagonu - jest pobudzenie procesu, w którym organizm przekształca pokarmowe źródła tłuszczów w ciała ketonowe i rozprowadza je do różnych tkanek, aby służyły jako doskonałe źródło energii.

„Przekształcenie pokarmowych źródeł tłuszczu w tkankę tłuszczową wymaga mniejszego nakładu energii, niż przekształcenie węglowodanów. Jeśli dwoje ludzi stale zjada taką samą ilość kalorii i jedna z nich czerpie te kalorie z większej ilości tłuszczu, wówczas jest bardziej prawdopodobne, że taka osoba szybciej przytyje. Mniej kalorii jest bowiem wymagane do przekształcenia nadmiaru tłuszczu z pokarmu w tkankę tłuszczową, niż do przekształcenia nadmiaru węglowodanów”.
 [S. Epstein, The Anatomy and Physiology Learning system, wyd. 4 s. 387](...)
(...) Przekształcenie nadmiaru pokarmowych źródeł tłuszczu w tkankę tłuszczową wymaga 3% spożytych kalorii, podczas gdy przekształ- cenie nadmiaru węglowodanów wymaga aż 23% energii ze spożytych kalorii”. 
[S. Escott-Stump i in., Nutritional Foundations and Clinical Applications: A Nursing Approach, wyd. 6, s. 87]
(Ł. D. King - Biuletyn Zdrowia Nr XI narzec 2015)

Z połączenia dużej ilości węgli i tłuszczu, to nie dość, że tyjemy, to jeszcze część spożytego tłuszczu idzie do wątroby, która wytwarza z niego cholesterol. Czyli problemy zdrowotne w tym przypadku biorą się z tłuszczu, ostatecznie, ale winę za to ponoszą węglowodany. Tłuszcz się nie może odłożyć sam w sobie w tkankę tłuszczową. Może go do tego zmusić wyłącznie insulina, a poziom insuliny wysoki jest od spożycia węgli. Jak już wiadomo, insulina się podnosi po spożyciu węglowodanów.

Jeśli nie jemy dużo węglowodanów razem z dużą ilością tłuszczów, to wówczas nawet duże ilości tłuszczu - nie doprowadzą do zwyżki poziomu cholesterolu. Natomiast nadmiar węglowodanów, nawet przy nieobecności tłuszczów - może przekształcić się w tkankę tłuszczową i cholesterol, bowiem węglowodany służą głównie jako natychmiastowe źródło energii. Jeśli jest ich zbyt dużo, więcej niż na potrzeby energetyczne i nie zostaną spalone, to źródło takiej energii musi zostać odłożone w zapas, czyli przekształcone w tkankę tłuszczową i cholesterol.

„Synteza tłuszczu z węglowodanów następuje wtedy, gdy spożycie węglowodanów jest na tyle duże, że magazyn glikogenu, do którego normalnie kierowany jest nadmiar węglowodanów, zostaje uzupełniony do końca”.
[D. Voet, J.G. Voet, C.W. Pratt, Fundamentals of Biochemistry, Life at The Molecular Level, wyd. 4 s. 789]
(Ł. D. King - Biuletyn Zdrowia Nr XI narzec 2015)

W posiłku typowo wegetariańskim - magazyn glikogenu zostaje uzupełniony do końca! Ale o tym się nie mówi. Ciekawe - dlaczego?

Jeśli ktoś połączy w jednym posiłku: jajka, tłuszcze, węgle, i odczuwa bóle na woreczku żółciowym, to z reguły winą obarcza  jajka i tłuszcze, a powinien obarczyć węglowodany, czyli to z czym połączył w sposób nadmierny jajka i tłuszcze.

"(...) Tłuszcze, nie białka i nie węglowodany, zaspokajają apetyt i sycą.
„Leptyna — czytamy w Textbook of Medical Physiology — jest sposobem, poprzez który tkanka tłuszczowa komunikuje mózgowi, że dosyć energii zostało zgromadzone i że dalsze spożycie pokarmu nie jest potrzebne”.
(Ł. D. King - Biuletyn Zdrowia Nr XI narzec 2015)

A tutaj przykład jednego z kreatorów chorób z tzw. zakwaszenia -  dr. T. Colina Campbella! (Nie mylić z dr Nataszą Cambell, która prócz dziwnego umiłowania do probiotyków z apteki - pisze o diecie GAPS bardzo sensownie i po ludzku - o jedzeniu dla człowieka...)

"(...) W swojej książce  dr T.C. Campbell przywołuje i interpretuje wyniki największego na świecie badania dotyczącego odżywiania, jakie przeprowadzono. Autor przeanalizował dietę 6,5 tysiąca osób w 65 chińskich i tajskich prowincjach. Następnie porównuje opartą głównie na roślinach dietę badanych osób z bogatą w mięso i nabiał dietą Zachodu. Campbell zachęca czytelników i czytelniczki do wykluczenia z diety produktów odzwierzęcych, gdyż — jak sugeruje — będą mogli w ten sposób cieszyć się zdrowszym i dłuższym życiem. (...).
(...) Dzisiaj — gwiazda Campbella już zgasła. Wbrew pozorom, nie jest on szanowanym człowiekiem w środowisku naukowym. Głównie właśnie przez swoją książkę Nowe zasady żywienia, która jest, jak to określają naukowcy, najlepszą książką z gatunku fantastyki naukowej. Słowem: powieścią! Szkoda czasu, by rozkładać pracę Campbella na czynniki pierwsze, mogę tylko stwierdzić, że do dziś już dziesiątki analityków zajmujących się interpretacją wyników badań, 90% wniosków z książki zrównało z ziemią. Raz, że wiele informacji podanych w książce jest niezgodne z rzeczywistymi danymi, a dwa — Campbell zawsze przytacza przykłady zdrowych ludów, które nie żywią się produktami pochodzenia zwierzęcego, mimo że na przykład w Chinach w hrabstwie Tuoli żyją ludzie, których jadłospis w 45% składa się z tłuszczu . . . którzy średnio jedzą dziennie 135 gramów białek pochodzenia zwierzęcego . . . w dodatku, którzy rzadko wrzucają na ząb warzywa i inne pokarmy pochodzenia roślinnego. Campbell jakimś cudem w ogóle o tym nie wspomina. I o tym, że ludność w Tuoli . . . jest niezwykle zdrowa w porównaniu do ludności żywiących się czysto wegańskim jadłospisem (...)".
(Ł. D. King - Biuletyn Zdrowia - Nr XI marzec 2015)

Podobnych kreatorów chorób z "zakwaszenia" itp. było i jest jeszcze wielu...

(Cdn. - pisze się...)                                                                            
                   
                                                                                                                               Zbigniew Zibi Osiewała