Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

środa, 12 lipca 2017

W trosce o zdrowie KrUla...


Pożywienie prozapalne...

Moim zdaniem, ostatnia przygoda Pana Prezesa z zapaleniem otrzewnej, to był najmniejszy wymiar kary za ignorowanie swojego stanu zdrowia. 

Refluks widoczny na setki mil - NIELECZONY PRZYCZYNOWO, a leczony objawowo -  przynosi skutki katastrofalne, począwszy od chorób przewodu pokarmowego, kończąc na chorobach neurotycznych, czy psychotycznych. Ponadto niezwracanie uwagi na produkty GMŻ; łączenie dużej ilości jajek z dużą ilością cukru (o, zgrozo! z cukierniczki, odartego z wszystkiego co prozdrowotne, czyli z substancji odżywczych; rafinada) - to wielka produkcja kamieni cholesterolowych, kałowych, żółciowych, wątrobowych, nerkowych, a do tego duża ilość tłuszczu - to murowana dieta "korytkowa". Jest to najgorsza z możliwych diet, przyczyniająca się do powstania wielu chorób tzw. cywilizacyjnych, głównie chorób z hiperinsulinemii. 
To też nie dziwi mnie fakt, że Pan Prezes często zasypia na siedząco... Zdaję sobie sprawę, że lewactwo przynudza w Eurokołchozie, ale głównym powodem może być na początku hipoglikemia, a później hiperglikemia i jej skutki.

Poniżej przedstawię mój przykład sztandarowy odnośnie nieszkodliwości cholesterolu z pożywienia, ale i niekorzystnych dla organizmu skutków, jeśli nieprawidłowo połączy się niektóre pokarmy.
 Osobiście zjadam średnio po około 5-10 jaj dziennie od około 17. lat. Ale...

Z cholesterolem organizm sobie radzi w następujący sposób:
człowiek dorosły, o wadze ok. 70 kg może sobie zjeść dziennie, jeśli tylko zmieści, około 1 kg jaj, płucek, mózgu (duża ilość cholesterolu), a i tak organizm przyswoi – jedynie około 0,35-0,37 g cholesterolu, czyli w przybliżeniu około 0,5 g. Tyle przyswoi organizm cholesterolu egzogennego, czyli z dowozu/z jedzenia.

Jeśli człowiek odżywia się zdrowo i nie ma niewydolnych układów wydalniczych, i połączy pokarmy wysoko-cholesterolowe z wysoko-cukrowymi – to wtedy też przyswoi około 0,5 g cholesterolu egzogennego, ale i co najmniej około 1 g endogennego, tego z syntezy.
Czyli u zdrowego: na dzień przyswoi np. około 1,5 g łącznie. Mniej więcej tyle samo wydali: ok. 0,5 g jako cholesterol i 1 g w postaci soli żółciowych, z których w procesie recyklingu wątroba część pozyska i przerobi na prowitaminę D3.

Ale jeśli będziemy mieli jakiś defekt metaboliczny i będziemy łączyć pokarmy („korytkowo”: wysoko-cholesterolowo, wysoko-tłuszczowo, wysoko-węglowodanowo), czyli posiadające w sobie dużą ilość cholesterolu i dużą ilość cukrów - to organizm przyswoi nawet od 3–9 g cholesterolu dziennie (widziałem u niektórych z hiperholesterolemią żółte blaszki cholesterolowe pod skórą powiek). Tak jest u ludzi z defektem metabolicznym (złogi cholesterolowe upchane po całym ciele człowieka). Czyli rocznie będzie się odkładało około 2,5 kg balastu. Jeśli to się gromadziło, latami, to może mieć w sobie około kilkunastu kg złogów różnej maści.
Zaś z połączenia dużej ilości tłuszczu i dużej ilości węglowodanów - wszelkie choroby z hiperinsulinemii.

Jeśli założymy, że taki człowiek się "nawróci"/ogarnie i będzie jadł jak człowiek, a nie żarł jak zwierzę, to będzie się pozbywał balastu w ilości około 1,5–2 g dziennie. 
Czyli – ile teraz trzeba czasu, aby pozbyć się go, od momentu zanim człowiek się ogarnie? Pewnie kilku lat, i to nie tylko przy pomocy samej diety oczyszczającej czy zasad zdrowego odżywiania, ale i pewnych środków detoksykujących, bo złogi-toksyny są składowane, prócz jelit, poza układem trawienia, jeszcze różnych tkankach, przy niewydolnym układzie wydalniczym.

Tak więc ani tłuszcz, ani cholesterol się nie odłoży w organizmie z cholesterolu egzogennego. Natura nie jest taka głupia, jak myśli medycyna, że z tego samego utworzy się to samo. 
Gdyby tak było, jak myśli medycyna, to np. łysi by jedli włosy na porost włosów.
Organizm to nie jest gar poligonowy, żeby wszystko, co się tam wrzuci do niego pozostało w takiej samej postaci. Natura, jeśli ma do czynienia z cukrami, to nie przerabia ich na cukry, prócz skromnej, niezbędnej ilości w postaci glikogenu, tylko nadmiar cukrów - w tłuszcz. Cukier w roślinie nie powstaje dlatego, że rolnik sypał do gleby cukier; a zielone liście na drzewie owocowym rosną dlatego, bo dolał farby zielonej do gleby; kwiaty w kwiaciarni nie pachną dlatego, że dolał perfum do gleby; czerwone maki na Monte Kasino też nie wzrosły z polskiej, przelanej w bitwie krwi, jak mówią słowa pieśni żołnierskiej; etc.

Z biochemicznego punktu widzenia, do utworzenia cząsteczki cholesterolu, potrzebny jest kwas tłuszczowy, który to powstaje z tzw. aktywnego octanu, a ten ostatni może powstać z wszystkiego, czyli z: białka, tłuszczu i węglowodanów, a nawet z tzw. pustych kalorii, czyli z alkoholu. Ale potrzebny jest jeszcze drugi półprodukt, tzw. NADPH, który powstaje - tylko z węgli, ale zjadanych - tylko w ilościach nadmiernych. A żeby znalazły się oba półprodukty muszą być w pożywieniu węglowodany.

Już kiedyś przestrzegałem Pana Prezesa przed lekceważeniem swojego stanu zdrowia... popisywaniem się jedzenia błotka cukrowo-kawowego (14 kostek do filiżanki kawy), po uprzednim zjedzeniu około 10 jaj w jajecznicy i deseru tortowego; itp. itd.
Pan Prezes raczył coś wyjaśniać, że nie boi się jedzenia cukru, bo w dzieciństwie jadał dużo jajek i "jest uodporniony na cholesterol"...???
Widać jasno z tego, że JKM ma tutaj ogromne luki w wiedzy o zdrowiu czy nawet o chorobach (wiedza biochemiczna).
Ostatnio ktoś mówił o tym, jak JKM, przez dwa dni zjadł ok. 1 kg jajek i 2 kg cukru, goszcząc gdzieś na prywatnej kwaterze, będąc na tzw. wyjeździe.
Jajka - ok., można i więcej, jeśli jest ochota, ale do tego taka ilość cukru (jednej z "białych śmierci") - to jakieś nieporozumienie.

GENERALNIE - POKARM BOGATY w WĘGLOWODANY i w TŁUSZCZE GENERUJE PRODUKCJĘ MARKERÓW PROZAPALNYCH; JEST TYPOWO PROZAPALNY!

Posiłek zjedzony w postaci jajek i pieczywa, lub ziemniaków, kasz, ryżu, itd. - to bardzo złe połączenie. Około 63% kalorii z jajek pochodzi z kwasów tłuszczowych, a ok. 77% kalorii z pieczywa pochodzi z węglowodanów. I właśnie takie połączenie wysoko-węglowodanowe i wysoko-tłuszczowe znacznie utrudnia metabolizm.

W ostatnim czasie badania naukowe ustaliły tezę, z której wynika, iż takie połączenie posiłków (dieta "korytkowa") powoduje wzrost ekspresji kluczowych białek, które zakłócają transdukcję sygnału insuliny i leptyny. To oznacza indukcję lekkiej oporności na insulinę i leptynę, naruszając metabolizm tego, co jemy.

Wzrost ekspresji cytokin prozapalnych występuje już po czasie jednej h od zjedzenia takiego posiłku i utrzymuje się jeszcze kilka h w organizmie. Prócz tego dochodzi także do wzrostu ekspresji niektórych prozapalnych kinaz, które to naruszają funkcje insuliny.

Takie posiłki powodują też różne schorzenia w obrębie układu krwionośnego. Chodzi tutaj głownie o powstanie stanu przednadciśnieniowego, a później choroby związane z nadciśnieniem tętniczym. 

Posiłek bogaty w tłuszcze i węglowodany (nawet u ludzi zdrowych) powoduje zmiany podczas stresu oksydacyjnego i stanu zapalnego, naruszając reaktywność naczyniową i rozszerza naczynia.
Gdy wzrasta stężenie glukozy po takim posiłku, to również wzrasta poziom TG (trójglicerydów), które to następnie obniżają wrażliwość komórek na działanie insuliny. To dalej skutkuje tym, że metabolizm glukozy ze zjedzonych węglowodanów jest mocno utrudniony.

Posiłki takie powodują otyłość i nadwagę, bowiem węglowodany są jako pierwsze spalane, a nie kwasy tłuszczowe - biorąc pod uwagę pokrycie potrzeb energetycznych. Dlatego też taka ilość glukozy hamuje spalanie tłuszczów, które to są odkładane w zapas, czyli do zmagazynowania.
Biochemia lekarska Meisenberga i Simmonsa mówi: "Po posiłku mieszanym, złożonym z tłuszczów, węglowodanów i białek, tkanka tłuszczowa otrzymuje większość jego kwasów tłuszczowych pod wpływem lipazy lipoproteinowej na trójglicerydy przenoszone przez chylomikrony".

Reasumując, za pomocą insuliny - duża ilość glukozy z węglowodanów stanowią główne paliwo energetyczne, a tłuszcze są magazynowane w tkance tłuszczowej. Komórki tkanki tłuszczowej przyswajają tłuszcz z posiłku, gdyż jego spalanie hamuje insulina, która daje przez to pierwszeństwo spalania glukozie ze zjedzonych węgli.

A zatem, jeśli zjemy dużo tłuszczu i dużo węgli w jednym posiłku, to obwiniamy za ten stan rzeczy tłuszcze, a to nie jest prawdą, gdyż winę ponoszą za to węglowodany.
Z powyższego jasno wynika, że żywienie "korytkowe", czyli: wysokobiałkowe (białkowe słabej jakości, tzw. śmieciowe, ich nadmiar - przerobiony w węglowodany), wysoko-tłuszczowe i wysoko-węglowodanowe (głównie - jeśli to są cukry proste) - generalnie powoduje co najmniej nadwagę i otyłość, i z tym związane późniejsze skutki innych chorób.
A w takiej kolejności komórki organizmu stają się oporne na funkcje insuliny, czyli inaczej mówiąc, komórki przestają być wrażliwe na działanie insuliny: najpierw komórki wątrobowe, później tkanki mięśniowej i na końcu tłuszczowej.

To posiłek zjedzony z jajek i pieczywa (nawet jeden i u zdrowego doprowadza do stresu oksydacyjnego i jego skutków ujemnych), a co powiedzieć - jeśli ktoś tak je od X lat i do tego cukier "rafina
dę"...


Odnośnie samego zapalenia otrzewnej...

Wyrostek robaczkowy, analogicznie do migdałów gardłowych, jest potocznie nazwanym - jako migdałek jelitowy, czyli stanowi funkcję węzła chłonnego. Bierze udział w procesach odpornościowych. Jest jakby dodatkowym magazynkiem flory bakteryjnej, "pozytywnej".
Jak każda tkanka, kiedy ulegnie zdefektowaniu z powodu toksemii - organizm wytwarza stan zapalny, usiłując go zregenerować. Ale biorąc pod uwagę jego położenie i postępujący proces ropny - dochodzi do zapalenia otrzewnej, a taki stan jest niebezpieczny dla życia. Dlatego też nie można czekać na to, iż organizm sam upora się z tym problemem i zregeneruje tkankę wyrostka, tylko trzeba wykonać odpowiedni zabieg chirurgiczny, czyli resekcję. wyrostka.

W normalnych warunkach, prowadząc zdrowy tryb życia, organizm nie dopuszcza do zapalenia tzw. ślepej kiszki, ale jeśli ulegnie zapaleniu z powodu - jak wyżej opisałem, to następstwem tego jest zapalenie otrzewnej. Wewnątrz wyrostka zamiast "dobrej" flory bakteryjnej jest ropa, którą wraz z wyrostkiem trzeba niezwłocznie ewakuować do zewnątrz, czyli usunąć.

Czy już widać - co było pośrednią przyczyną zapalenia wyrostka robaczkowego u Pana Prezesa?!


JKM zasypia w Europarlamencie nie tylko z debilnego deliberowania europ(osłów)...

Szybcy "utleniacze", jak wynika z analizy pierwiastkowej włosa, mają zapotrzebowanie na: jod, cynk, cholinę, inozytol, bioflawonoidy, witaminę B5, B12, D. Taki szybki „utleniacz” charakteryzuje się niskim stosunkiem wapnia do fosforu. Zwiększenie białek i tłuszczy jest po to, żeby zmniejszyć aktywność glikolizy. W przypadku dużej ilości węgli spożywanych przez "szybkich", dochodzi do deficytu energetycznego w komórkach oraz powstania nadmiernej ilości kwasów, głównie w drodze glikolizy beztlenowej (wykład dr. Rosendale`a). To zaś mogłoby tłumaczyć samopoczucie u osób, które mają po posiłkach tzw. zjazdy energetyczne i są śpiący.

Idąc tokiem rozumowania dr. Rosendale`a mogą też mieć początki objawów cukrzycy typu II lub początek tzw. nietolerancji glukozowej. Badanie glukozy czy hemoglobiny glikolizowanej nic w takim przypadku może nie wykazać. A wykaże miarodajne badanie oznaczenia poziomu insuliny w krwi, z tym, że w Polsce kilka lat temu takie badania robiły może tylko dwa laboratoria, wiem, że Łodzi i w Krakowie. Nie wiem, jak jest obecnie - ale nawet gdyby - to lekarze jadą klasycznie z badaniami cukru we krwi, bo tak ich nauczono (czytaj: wytresowano przez rzeczone lobby, bo po co przyczynowo wyleczać, skoro naprodukowano igiełek, strzykawek, pasków ketonowych, glukometrów i konowałów i innych tzw. dietetyków od przemysłu cukrowego w organizmie człowieka; widziałem na oddziale diabetologicznym, jaka jest dieta dla cukrzyka i jaka jest zalecana do domu - przeważnie procukrzycowa).

Prócz nieprawidłowości glikemicznych - po prostu mogło wystąpić zwykłe "przejedzenie" się lub hipokartyninemia (czytaj: niedobór karnityny). Zbyt duży dowóz substancji odżywczych (zwłaszcza węglowodanów) w stosunku do zapotrzebowania energetycznego organizmu na daną chwilę.

Chciałbym aby Pan JKM nabrał trochę pokory odnośnie swojego organizmu; żeby złudnie nie wyobrażał sobie, iż od chorób chroni go jakiś wyimaginowany specjalny immunitet...
Wszystkie choroby mają przyczynę jedną: ab ovo toksemia. A toksemia bierze się prawie w całości ze złego odżywiania. Herodot: "Z potraw które się zjada powstają wszystkie choroby ludzkie...".
Ja tylko przestrzegam i dmucham na zimne, żeby Pan JKM nie robił sobie żartów ze zdroworozsądkowego trybu życia - żeby mógł dalej realizować swoje hasła: Bóg, Honor, Ojczyzna. Żeby je realizować potrzebna jest wysoka samoświadomość odnośnie bytu/istnienia (mądrość polegająca na znajomości przyczyn rzeczy istotnych i najistotniejszych dla człowieka). Przy czym zaznaczam, że nie chodzi mi o lewackie podejście z wydziwianiem z badaniami i meNdyczną "profilaktyką" (w myśl lewackiego hasła: "Przezorny zawsze ubezpieczony..."), która nie ma nic wspólnego z prawdziwą profilaktyką zdrowia wg Hipokratesa. 
Jeszcze raz powtarzam, nie chcę doczekać momentu, gdzie spotka mnie wątpliwa satysfakcja powiedzenia: "...a nie mówiłem...". 
Co mi po martwym lub schorowanym wodzu, wg mnie, z faktycznie jedynie słusznej opcji politycznej, w którym upatrywać można nadziei w skutecznej naprawie lewackiej RP...



   Janusz Korwin-Mikke śpi w Brukseli                                                                                                                                                         Zibi       


środa, 17 maja 2017

Od czego by tu zacząć naprawę państwa "demokratycznego"?







Jak rzekł był niegdyś Nicólás Gómez Dávila: "My, wrogowie powszechnego prawa wyborczego nie przestajemy zdumiewać się z powodu entuzjazmu, jaki wywołuje wybór garstki nieudolnych przez masę niekompetentnych".

Problemem ludzi wierzących w demokrację jest symplifikowanie jej sensu stricte do pojęcia "wolności" i sprawienie, iż staje się ono słowem-wytrychem. Demokracja bowiem to nic innego niż łom, służący do wyłamania zamka w ostatnich drzwiach - tych, za którymi stoi już tylko tyrania.

Mówiąc o "demokracji" dzisiejsi obywatele traktują ten legendarny i utopijny zresztą ustrój jako wybawienie, jako oddanie im w ręce jakiejkolwiek władzy, biją czołem przed hasłami wolności, ale - niestety - wolności idącej w nierozłącznej parze z równością. Powielając zatem, w pełni nieświadomie zresztą, schematy socjalistyczne, poddani manipulacji, propagandzie oraz iluzji władzy kreują rzeczywistość ku uciesze włodarzy tego świata, służalców własnych interesów i sakiewek.


Decyzje podjęte przewagą większości (reżim w pełnej krasie!) wbrew powszechnemu uznaniu, iż są decyzjami suwerennymi, w rzeczywistości nimi nie są. Z pomocą "jedynej-słusznej-opcji" przybywają bowiem na przykład media: odpowiednie cykle tematyczne z osobami pożądanymi, małe pranie mózgów odbiorcom, potem jakiś polityczny sondaż - i już osoby słabo zorientowane w świecie politycznym głosują "jak należy". W opublikowanym 25 lutego przez chiński „Dziennik Ludowy” znalazło się zdanie prezydenta Xi Jinpinga, brzmiące: „Gdziekolwiek są czytelnicy, gdziekolwiek są widzowie, tam musi sięgnąć ręka propagandy, bo właśnie tam znajduje się sens i punkt docelowy działań ideologicznych”. Przykład skrajny, ale jakże trafnie odwzorowujący realia, mimo, że u nas nie Chiny - ale Najjaśniejsza Rzeczpospolita.

Konfucjusz prawił, iż "naprawę państwa należy zacząć od naprawy pojęć" - nie możemy nie zgodzić się z tym wyzwaniem, a skoro jesteśmy już przy "demokracji" zatrzymajmy się i zastanówmy, czy ustrój, który tak określamy, w rzeczywistości ma z nią punkty styczne. I tutaj odwołam się do tego, co Charles Mills słusznie ujął opisując problem degeneracji demokracji, bowiem elityzm wydaje się warunkiem sine qua non w procesach transformacji ustrojowej. Ile zatem potrzeba suwerenowi, jakim mieni się lud, balansującemu na cienkiej linie rozgraniczającej tę uwzniośloną, piękną, zmitologizowaną wręcz demokrację z jej karykaturą i wynaturzeniem, jakim jest zwykła zwulgaryzowana ochlokracja, czyli rządy motłochu, by z całym impetem upadł po ciemnej stronie mocy sprawczej?

Harvey Leibenstein, amerykański ekonomista, sprecyzował, czym jest efekt owczego pędu, opisywany w psychologii społecznej, jako syndrom grupowego myślenia. Iluzja jednomyślności i nieomylności, wywieranie nacisku dla wymuszenia konformizmu, etc. - czyż nie tym charakteryzują się powstające pośród zwolenników "demokracji" obozy ideologiczne? Weźmy jako przykład autokreację PiSu na obrońcę biednego i uciśnionego społeczeństwa przed złym establishmentem, jako bodziec ku pociągnięciu za sobą masy elektoratu - sprawdziło się? Ano, sprawdziło! PiS u władzy, lud kupiony za własne pieniądze cieszy się z 500+, w głębokim poważaniu przy tym mając skandaliczny deficyt budżetowy, terror instytucji państwowych i ucisk podatkowy.


Czy przeciętny Kowalski, pogrążony w przywołanym powyżej owczym pędzie, przystanie na chwilę i zastanowi się nad tym, jakie konsekwencje poniesie za sobą polityka partii Jarosława Kaczyńskiego? Bazując na ułomnej empirii rozmów ze "statystycznymi Polakami": czy przeciętny Kowalski odda swoje 500+ i zgodzi się dla dobra ogółu na likwidację PIT i CIT, obniżkę VATu, akcyzy? Ano, nie zgodzi się - i tutaj obnażamy ogromną hipokryzję! Jeżeli bowiem demokracja mieni się sprawowaniem władzy ogółu w służbie ogółowi - dlaczego tak istotne jest dla przeciętnego Kowalskiego osobiste dobro, całkowicie prywatny interes? "Społeczeństwo demokratyczne" w naszym kraju, społeczeństwo, którego mentalność przenika po dziś dzień rozumowanie całkowicie socjalistyczne, wychodzi z założenia, iż lepsze jest równanie w dół - lepsze, ponieważ bezpieczniejsze. Po co wysilać się i rywalizować przy zachowaniu norm moralnych/etycznych/zasad zdrowej konkurencji, skoro kapitan Państwo ma wprawę w ograbianiu ogółu i dzieleniu wszystkiego między wszystkich po równo, oszczędzając przy tym krocie dla siebie? Nie może być zatem mowy o "dobru wspólnym", jako o naszej powinności, ponieważ jest to arystotelesowska mrzonka, która rozbija się jak bańka mydlana po zderzeniu z przeciętnym Kowalskim i jego zasiłkami. 

Wracając do nieprawidłowości w sprawowaniu władzy w państwie demokratycznym - przy całym ogromie instytucji, administracji i tłumach rządzących nie ma u nas żadnej instytucji zwierzchniej, która zapanowałaby nad powyższymi, by wykonywali oni swoją władzę zgodnie z wolą poddanych. "Poddanych", ponieważ od zawsze byłam i jestem niezmiennie zwolenniczką restytucji monarchii i choć jest nam do niej bardzo daleko, to trzymam się tego zamysłu konsekwentnie, jako idei przewodniej w całym moim podejściu do rozważań politycznych. Monarchia to ustrój zgodny z Królestwem Bożym, zatem szanując fundamenty cywilizacji łacińskiej oparte o normy chrześcijańskie - nie można powiedzieć, że "ustroju lepszego od demokracji nikt nie wymyślił", bo wymyślił go sam Bóg. 

Schodząc natomiast na Ziemię i zaglądając do Sejmu... dzisiejsi posłowie, czyli sprawujący władzę z woli narodu przedstawiciele interesów swojego elektoratu, również nie zauważają, iż to oni są w służbie narodowi i to nie naród istnieje w służbie posłom.
Zgodnie z ideą subsydiarności sięgającą swoimi korzeniami czasów starożytnych, będącą także ważnym elementem katolickiej nauki społecznej winno być: "tyle władzy, na ile to konieczne, tyle wolności, na ile to możliwe oraz tyle państwa, na ile to konieczne, tyle społeczeństwa, na ile to możliwe".

Czy da się to wszystko odnaleźć w naszych realiach? Czy rządzący stworzą nową Konstytucję - taką, która będzie uwzględniała zasadę "Volenti non fit iniuria"*? Pozostawmy te pytania bez odpowiedzi i miejmy nadzieję na uporządkowanie się wszystkiego, począwszy od pojęć**, kończąc na całkowitej naprawie Państwa Polskiego.


*"Chcącemu nie dzieje się krzywda".
**Na początek samouczek: 






                                                                                                                                                         Magdalena Gapińska
                                                                                                                                                       

piątek, 12 maja 2017

Nabijani w butelkę przez wodolejców i innych kuglarzy z medycyny "analnej"

Zdrowie i medycyna - czyli dwie sprzeczności; dwie figury retoryczne; paradoks; kolejny dysonans poznawczo-naŁukowy (zdrowy odmedycznie, zwłaszcza - od medycyny akademickiej lub tzw. naturalnej - to OKSymoron jak BYK; czyli śmiech na sali...).
Takie hasło przewodnie widnieje na stronie pod nazwą: Natura i Zdrowie KLIK!

A obecnie stosowana jest taka socjotechnika na ten naiwny naród... (Homo patiens i Homo natrural-patiens) - KLIK!

"Przestawiając swój organizm na picie wody o wysokim odczynie pH, w początkowej fazie można zauważyć objawy podobne do grypy. Dzieje się tak dlatego, że w procesie jonizacji tworzą się skupiska cząsteczek, które są o połowę mniejsze niż zwykłe cząsteczki. Dzięki temu, taka woda ma większe właściwości nawadniające - łatwiej przepływa przez nasze tkanki, wypłukując tym samym toksyny z organizmu. To właśnie ten efekt detoksykacyjny czasami sprawia, że doskwierają nam bóle głowy oraz biegunka.". [ Moje pogrubienia czcionki]

No, jasne, bo organizm człowieka to taka pralka wirnikowa: Frania czy SHL-ka (nie obrażając tego, mówiąc całkiem obiektywnie, dobrego reliktu PRL-u); dzięki wodzie alkalicznej - wszystkie toksyny zostaną odwirowane i wyparują z organizmu...?!
Gdyby tak było, to nic tylko pić wody alkaliczne i grzeszyć z organizmem na potęgę...


Żadna woda, nawet ze złota, nie jest w stanie wypłukać toksyn, a jedynie rozcieńczy płyny ustrojowe, co skutkuje ich mniejszym stężeniem, a to z kolei przyczynia się do mniejszego stężenia krążących w tych płynach toksyn. A zatem woda ma działanie terapeutyczne, działa jak lek, jedynie objawowo, a nie przyczynowo. 

Jeśli nie kierujemy się naturalnym pragnieniem, pijąc normalną wodę, tylko stosujemy się do tych różnych kuglarskich instruktaży dotyczących nawadniania organizmu i do tego wodami jakimiś nad-naturalnymi, i w ilościach nadmiernych dla organizmu, to nie dziwmy się, że nie możemy dojść do zdrowia. Ale pacjentom "naturalnym" wystarczy, że tylko lepiej się poczują, jak już się odoją tych nad-naturalnych wód, wg wściekle mądrych zaleceń nad-naturalnych terapeutów - wówczas uważają się za wyleczonych.

Jest tak, że jeśli organizm przewodnimy, to on tej wody nie wypompuje (jak z pralki) w postaci niezmienionej, gdyż w połączeniu z odpowiednią temperaturą układu wydalniczego stanowiłaby optymalne środowisko do patologicznej mikroflory (np. pleśni). Organizm, żeby do tego nie dopuścić - musi tę wydalaną wodę odpowiednio zakwasić. Ale z uwagi na to, że w spożywanej wodzie nie ma odpowiedniej ilości elektrolitów, organizm jest zmuszony do pobierania ich z zapasów tkankowych. I tak oto zamiast wypłukiwać brudy/toksyny - to wypłukujemy niezbędne do utrzymania homeostazy elektrolity (głownie: sód, potas, magnez).


Takie wypłukiwania kończą się przeważnie: arytmią serca, tikami nerwowymi i skurczami (zaburzenia gospodarki wodno-elektrolitowej, głównie niedobór sodu), zespołem przewlekłego zmęczenia, etc. Ale w takich sytuacjach medycyna "suplementacyjna" zaraz idzie w sukurs. I dalej buduje atrapę zdrowia. Toksyny dalej mają się dobrze w organizmie, a my je maskujemy doraźnie, faszerując się suplami, żeby tylko usunąć nieprzyjemne samopoczucie. Dystrybutorzy supli, jonizatorów itp. wówczas uspokajają, że to tylko efekt tzw. ozdrowieńczy wynikający z detoksykacji. A to jest, oczywiście, nieprawda, bo to raczej - intoksykacja i jej skutki (tzw. niedobory z nadmiaru balastu).

I tak oto medycyna tzw. naturalna hoduje sobie swoich pacjentów "naturalnych", a oni śpią spokojnie w błogiej nieświadomości, że skoro samopoczucie się poprawiło, to znaczy, że są wyleczeni.
I znów - gdzie w naturze jakieś zwierzę pije wodę na siłę wtedy, kiedy nie posiada naturalnego pragnienia...?! A człowiek? Owszem - nie tylko pije, ale i doi hektolitrami, bo tak mówi (łoj!) instruktaż np. prEfesora Tombaka lub innego tzw. naturopaty. I skąd taki człowiek może mieć pragnienie, jak konowalstwo pierwszego kontaktu z pacjentem oraz naturopata - straszą chorobami, nakazując unikania soli kuchennej oraz soli zawartej w potrawach...


Natura i Zdrowie?! Ale chyba tylko w tytule, bo w treści tego zdrowia - znowuż jak na lekarstwo...
Takie jest rozumowanie tzw. pacjenta. Zafundowanie sobie atrapy zdrowia = zdrowie? To tylko zamaskowanie faktycznego stanu zdrowia i popadnięcie w kolejne choroby, tym razem z tzw. alkalizacji...

Przecież co kilka lat pojawiają się takie cudowne urządzenia i podobnie cudowne suplementy, a zdrowia jak nie było, tak i nie ma; jest nawet wręcz przeciwnie.
Ładnie bym się urządził, gdybym np. chorował na infekcję układu moczowego, i organizm domagał się jedzenia zakwaszającego mocz (np. żurawina, mięso, inne), a ja bym na siłę się alkalizował jakimś cudownym płynem pt. "Woda z jonizatora" i innymi.
To tylko jeden z przykładów - jakich problemów można nabawić się - jeśli bezkrytycznie łyka się takie informacje tzw. medycyny suplementarnej.


Poniżej dowody na hodowlę pacjentów  z tzw. alkalizacji organizmu i innych obecnych modnych metod:

http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2016/07/suplement-do-obalania-mitustraszaka.html.
Plus: - http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalenie-mitustraszaka-dotyczacego_18.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalenie-mitustraszaka-dotyczacego.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalenie-mitustraszaka-dotyczacego_20.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalenie-mitustraszaka-dotyczacego_25.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/08/obalanie-mitustraszaka-dotyczacego.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/09/obalanie-mitustraszaka-dotyczacego.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/09/obalanie-mitustarszaka-o-zakwaszeniu.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/09/obalanie-mitustraszaka-dotyczacego_4.html;
- http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2015/09/obalanie-mitustraszaka-dotyczacego_83.html.

Oraz: - http://zdrowieapolityka.blogspot.com/2017/03/obalanie-mitu-o-szkodliwosci-tzw.html.

W ostatniej dekadzie XX w. wzrost spożycia wody butelkowanej był spowodowany pogarszającym się stanem środowiska naturalnego. Ale również w tym samym czasie oraz w I dekadzie XXI w. jakość wody kranowej niesamowicie mocno uległa poprawie. Głównie za sprawą bardziej restrykcyjnym wymaganiom niż woda butelkowana, wg narzuconych przez UE wysokich standardów, jakie obowiązują dla jakości wody pitnej. Jest to, wg mnie, jedyny plus tej lewackiej, durnej organizacji. 

Pozostało jednak pewne uprzedzenie do spożywania wody z kranu, gdyż rzekomo ma ta woda zawierać bakterie chorobotwórcze i inne zanieczyszczenia toksyczne dla zdrowia. 
De facto, jak wspomniałem wyżej, woda kranowa ciągnięta dla konsumentów za pomocą wodociągów jest bardzo zdatna do spożycia i nie posiada w sobie bakterii chorobotwórczych oraz innych zanieczyszczeń - jak to było kiedyś. 
Po drugie, z badań wynika, iż woda kranowa zawiera o wiele więcej pierwiastków korzystnych dla zdrowia niż woda butelkowana. 
Ponadto wody butelkowane w ok. 50% - to wody źródlane, które nie różnią się od wód kranowych. Firmy produkujące wody butelkowane oraz urządzenia filtrujące i jonizujące wodę napędzają spirale strachu wśród konsumentów, tworząc mity o szkodliwości wody kranowej, przez co nakręcają sobie koniunkturę biznesową. 

Przedstawiciele tych firm twierdzą, że (np. woda z kranu jest zdatna do picia dopiero jak się ją przefiltruje, gdyż zawiera: szkodliwy chlor i jego związki oraz inne substancje toksyczne, które są często przyczyną raka; przedstawiciele firm handlujących filtrami o odwróconej osmozie, jako straszaka używają przedstawienia w stylu iście iluzjonistycznym, tj. wykorzystując zjawisko normalnej elektrolizy wody, pokazują jak rzekomo zanieczyszczona jest woda z kranu: - Uwaga oszustwo, czyli "Rewelacyjne filtry" - KLIK!) 
W ten sposób manipulując klientem - namawiają do kupna filtrów bardzo drogich (np. za około 5000 zł). 

Zamiast straszyć ludzi fałszywą wiedzą, że woda z kranu jest niezdrowa, to przedsiębiorstwa wodociągowe powinny informować ludzi o faktach, z których jasno wynika, że woda kranowa jest najczęściej i najdokładniej badana jako produkt spożywczy w rozwiniętych krajach UE. Już nawet najmniejsze przekroczenie rygorystycznych norm jest przekazywane do wiadomości społeczeństwa zamieszkującego w obrębie działania danego wodociągu, aby ci ewentualnie mogli się zaopatrzyć doraźnie (chwilowo) w wodą butelkowaną, aż do czasu usunięcia tego stanu ewentualnej niezdatności w pewnym stopniu wody do spożycia.

Również jako straszaka dystrybutorzy tych firm używają zafałszowanej informacji jakoby woda kranowa była szkodliwa dla zdrowia z uwagi na zawartość leków. Oczywiście, naukowcy badający to zjawisko na sprzęcie najwyższej jakości jednoznacznie twierdzą, że faktycznie, w wodzie mogą znajdować się śladowe ilości leków, ale substancje te nie wpływają na funkcjonowanie organizmu w żaden sposób, nawet gdyby wypić hektolitry tej wody.

Odnośnie "szkodliwości" chloru w wodzie kranowej. Mit kolejny! I znów - śladowe ilości powstałego w wodzie chloroformu - nie mają istotnego wpływu na funkcje fizjologiczne organizmu. 
Ponadto chloroform zawarty w wodzie w pojemniku nieprzykrytym dosyć szybko się ulatnia. To tak gwoli doinformowania - gdyby jakiemuś pedantowi, hipochondrykowi przeszkadzały te minimalne ilości tego związku chloru. Wiadomo, że chlorowanie wody jest potrzebne do niszczenia patogenów. 

Woda przefiltrowana ma rację bytu, kiedy jest bardzo twarda (zawiera dużo minerałów) i opóźnia powstawanie kamienia kotłowego (np. w czajniku). Do tego wystarczy zwykły filtr węglowy typu Brita za około 20 zł. Ale na pozbycie się kamienia można użyć np. octu jabłkowego lub octu ze sklepu lub kwasku cytrynowego (odstawienie czajnika na kilka h z nalaną wodą z odpowiednią ilością octu lub zagotowanie wody z kwaskiem cytrynowym). 

Poważnym błędem zdrowotnym jest picie w dużych ilościach i przewlekle wody "martwej" (destylowanej) lub "fałszywej" (najpierw destylowanej, a potem zjonizowanej czy nad-zjonizowanej, czyli w ilościach zjonizowania ponad-naturalnych) - po zastosowaniu filtra z odwróconą osmozą oraz jonizatora. Dochodzi do wysycenia minerałów z organizmu, po uprzedniej zmianie w składzie płynu międzykomórkowego - co skutkuje poważnymi schorzeniami wynikającymi z niedoboru substancji mineralnych. I, uwaga! Jeśli się nieprawidłowo użytkuje taki filtr, to woda taka może być mocno oczyszczona, ale pozornie, a w konsekwencji jest bardzo zanieczyszczona patogenami. Czyli wniosek znów prosty: jest bardziej szkodliwa dla zdrowia niż "kranówka". 

I powtórzę się. Woda kranowa jest twarda, bo dość wysoko zmineralizowana, jest zdrowa, czyli prawie taka jak dla wód butelkowych średnio-zmineralizowanych. Ponadto woda butelkowana może być źródłem częściowo niebezpiecznej dla zdrowia radioaktywności. 

Woda z plastikowych butelek, z uwagi na brak płukania poprodukcyjnego tych butelek, które trafiają bezpośrednio na rozlewnię - zawiera toksyczny bisfenol i inne popłuczyny plastikowe. 
Wody butelkowane (prócz tych gazowanych naturalnym CO2) muszą mieć dodatek jakiegoś konserwantu. Tak więc u chorych, których trapią dolegliwości ze strony układu pokarmowego - niekoniecznie wpłyną korzystnie na ich stan zdrowia.

Odnośnie manipulowania pacjentami przez kuglarzy z tzw. medycyny naturalnej...
A propos korzystania z mocy wodnej, to niektórzy zwolennicy medycyny tzw. natus*alnej (żeby nie używać tego słowa nieparlamentarnego, to powiem eufemistycznie: tzw. medycyny analnej) masochistycznie osiągali doznania erotyczne poprzez poddawanie się zabiegom hydrokolonoterapii (to taka turbo-max-lewatywa), czyli "picie" odbytnicą. 
Czego to medycyna "naturalna" nie wymyśli, żeby zadowolić wielotorowo swojego Natural patiens... (Czy teraz wiadomo już skąd nazwa medycyna "analna"?) 
W naturze nie widziałem takiego zwierzęcia, które by jedno drugiemu wpompowywało wodę w odbyt w jakimś ściśle uzasadnionym żywotnym celu. Podobno, jedynie czaple wpsikują sobie wodę do/lub w okolicę odbytu, ale to chyba jakiś rytuał gry wstępnej do kopulacji (samiec i samica). Chyba że pies, może być "ogrodnika", który przypadkiem usiądzie na szlaufie ogrodowym, ale to tylko - przypadkiem...





Ps. Skoro jest lewatywa, to - czy jest prawatywa...?!


Pps. Temat mający punkty styczne z powyższym: Kiedyś się doczekam prawdziwego doktora alternatywnego... KLIK!
         


                                                                                                      Zibi