Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

niedziela, 30 sierpnia 2015

Kontynuacja tematu szczepień w kontekście ostatnich wypowiedzi przedstawicieli partii KORWiN...



W ramach kontynuacji dydaktycznej tego jakże ważkiego tematu szczepień (KLIK!) ustaliłem, że panowie Korwin i Wipler zgłębili temat profilaktyki zdrowia oraz blagierstwa farmaceutyczno-medycznego w aspekcie przymusowych szczepień.

W ten sposób osiągnąłem wreszcie po części swój cel: moja praca u podstaw (pro publico bono) nie poszła na marne. Wiedziałem, że tutaj nie zostanę zignorowany. Jedni z najlepszych polityków, a może nawet najlepsi, których prawe idee prawicowe są zgodne z moimi, dokonali bardzo dobrego uczynku, uświadamiając publicznie o blagierskiej polityce kartelu farmaceutyczno-medycznego i ich poplecznikach.

Od kilkunastu lat, w toku swojej 'misji' obnażania zakamuflowanej przez ww. lobby prawdy o zdrowiu (wg Hipokratesa - nurt profilaktyki prozdrowotnej, nie mylić z oszukańczą profilaktyką nurtu medycyny akademickiej), udało mi się dotrzeć do świadomości większości osób z tzw. mądrzejszej mniejszości (prawaków).

Wg moich ustaleń, pan prezes Korwin-Mikke, w którymś ze swoich artykułów wypowiadał się, że wcześniej w ww. temacie był niezbyt doinformowany, i że dopiero z pomocą przyszedł mu kolega z partii. W zgłębieniu wiedzy na ten temat pomocne dla niego okazały się moje publikacje oraz prywatna korespondencja ze mną, co tym bardziej daje mi ogromną satysfakcję z dostąpienia zaszczytu oddolnego wpływania na losy narodu i państwa.

Panowie JKM i Wipler  bardzo dobrze odrobili zadaną przeze mnie kiedyś pracę domową w temacie szczepień oraz tzw. ochrony zdrowia, czego efekty niniejszym załączam:




Zbigniew Zibi Osiewała

piątek, 28 sierpnia 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu - [część V]

Cd. dowodzenia...

Tzw. alkalizatorzy mocno brzmią i grzmią, że białko zwierzęce szkodzi nerkom. Kolejny mit!
To nadmiar węglowodanów i wynikający z nich nadmiar glukozy we krwi - oto, co naprawdę szkodzi nerkom. Wyjaśnienie zagadnienia: Biochemia, Krótki kurs w rozdziale 30 (od strony 557), glutamina (aminokwas powstały z białek) usuwa amoniak z krwiobiegu, który jest normalnym produktem ubocznym metabolizmu białek. To jedna z normalnych funkcji organizmu, którą organizm wykonuje z wielką łatwością.

Ale przecież wege wiedzą lepiej... i straszą amoniakiem - jak to uszkadza nerki. Muszą bronić ze wszystkich mocy swojego poglądu (jedna z religijnych diet) o weganizmie. Jeśli nie przesadzimy z węglami w jadłospisie, to białka nie mogą uszkodzić nerek. Wege też straszą: mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego przyczyniają się do zwiększenia ryzyka wystąpienia raka. Manipulacja! Mit!
Skoro założyliśmy wcześniej, że drogocenne białka zwierzęce są tak bardzo potrzebne organizmowi, nie mogą jednocześnie wywoływać raka. Stwórca/Natura nie wymyśliliby czegoś tak głupiego - najpierw, żeby dbać i budować zdrowie, a później przy pomocy tego samego dokonywać destrukcji i samozniszczenia. To, co może zwiększyć ryzyko raka, to zawarte w mięsie hormony, pestycydy i inne dodatki oraz to, co z mięsem łączymy (rafinady np.) plus stres (promotor).

Kolejny mit/straszak: żywność białkowa obciąża organizm.
Uzasadniają to tym, że organizm długo trawi żywność białkową w porównaniu do żywności bogatej w węglowodany. Ale to normalne. Węglowodany trawione są szybciej od białek, bo mają mniej wartości odżywczych. Białka dobrej jakości biologicznej to kopalnia niezbędnych substancji odżywczych. Ponieważ jest ich dużo, oczywiste jest, że wymagają dłuższego trawienia niż węglowodany. Dlaczego wege nie martwią się tym, że płuca non stop pracują, wątroba, serce - bez odpoczynku? Te organy tak zostały zaprogramowane. Białka muszą być dłużej trawione, żeby rozłożyć je na pojedyncze substancje: białkowe (proteiny) o wysokiej jakości i białka niskiej jakości.

„(...)Wszystkie 20 aminokwasów, które wchodzą w skład białek, jest ważnych dla zdrowia. Stany niedoboru aminokwasów (względnie rzadkie w świecie zachodnim), są endemiczne (właściwe danemu terenowi) w pewnych regionach Afryki Wschodniej. Tam dieta opiera się głównie na zbożach, które są ubogimi źródłami aminokwasów. Choroby wynikające z takiej diety to m.in. kwashiorkor, który powstaje, gdy dziecko przechodzi na dietę skrobiową ubogą w białko i wyniszczenie, które jest następstwem niedoborów energetycznych i specyficznych aminokwasów w pożywieniu". (R.K. Murray, D.K. Granner, V.W. Rodwell, Biochemia Harpera, wyd. 6, s. 295 (...)". (Łukasz D. King - Biuletyn Zdrowia nr X luty 2015)

Oto kolejny przykład tego, że białko roślinne jest dla człowieka prawie w ogóle nieużyteczne, I tutaj znów prawda objawiona jest dla niektórych wredna, niewygodna.

„(...) Stosunek różnych aminokwasów w pożywieniu białkowym musi być taki sam, jaki jest obecny w organizmie człowieka, aby białkowy pokarm był przydatny (…). Jeśli [w posiłku białkowym] brakuje choć jednego aminokwasu z grupy niezbędnych lub jest on obecny w obniżonym stężeniu, wówczas pozostałe są nieprzydatne dla organizmu, ponieważ komórki człowieka wytwarzają albo pełne białka ustrojowe [z białek pokarmowych], albo nie wytwarzają ich wcale. (…) Białka pokarmowe, w których brakuje któregokolwiek aminokwasu, to białka częściowe, zwane także niepełnymi. Takie białka są znacznie mniej wartościowe w kontekście żywienia od białek kompletnych”. [A.C. Guyton, J.E. Hall, Textbook of Medical Physiology, wyd. 12, s. 835] Zwróć uwagę na pierwsze zdanie tego przytoczenia. „Stosunek różnych aminokwasów w pożywieniu białkowym musi być taki sam, jaki jest obecny w organizmie człowieka, aby białkowy pokarm był przydatny (...)". (Łukasz D. King - Biuletyn Zdrowia nr X luty 2015)

Z powyższego wynika, że weganie mają niedobór przynajmniej jednego z niezbędnych aminokwasów.
Na przykład: pszenica (ważne źródło białek dla Indian, nie zawiera lizyny). Jej niedobór często prowadzi do anemii, przekrwienia oczu, zaburzeń enzymatycznych, wypadania włosów, trudności ze skupieniem myśli, drażliwości, spadku energii, utraty apetytu, zaburzeń w działaniu układu rozrodczego, upośledzenia tempa wzrostu, utraty mięśniowej masy ciała. Zaznaczam, że żadne zboża nie zapewniają potrzebnej ilości lizyny.

Ryż - nie zawiera zawiera lizyny i ma niewiele treoniny. Niedobory tych dwóch aminokwasów - prowadzą do zmęczenia, braku apetytu, utraty wagi, wzmożenia się stanów depresyjnych, ale głównie do zahamowania procesu odbudowy kości. Ponadto układ odpornościowy cierpi z powodu jej niedoboru, bo treonina to element budulcowy przeciwciał.

 Kukurydza - brak tryptofanu. Jeśli brakuje tryptofanu w organizmie, to brakuje też serotoniny. Z kolei - jeśli brakuje serotoniny, człowiek ma problemy ze snem i nie jest zrelaksowany. Następuje eskalacja zaburzeń depresyjnych, stanów lękowych, drażliwość, płaczliwość, melancholia itp.

Rośliny strączkowe - brakuje w nich metioniny i tryptofanu.

Warzywa bulwiaste (np. ziemniaki) i korzeniowe (np. marchew, pietruszka, seler, burak, rzodkiew) - brakuje metioniny.

„Znaczenie spożywania 9 niezbędnych aminokwasów z pokarmem można zilustrować na przykładzie kwashiorkor, szczególnej formy niedożywienia.
Jest to forma niedożywienia związana ze spożywaniem niewystarczającej ilości białka. Wczesnymi objawami tej choroby są ogólna apatia, drażliwość i spowolnienie wzrostu. Kiedy leczenie jest podjęte wystarczająco wcześnie, wówczas skutki choroby są odwracalne. Jednakże brak leczenia powoduje nieprawidłowy rozwój wielu układów, włączając mózg.
Na przykład dzieci [z powodu niedoboru białka] zapadają częściej na różne choroby zakaźne, ze względu na to, że układ odpornościowy, w którym uczestniczy wiele różnych białek, nie działa prawidłowo. Ponadto niedobór białek hamuje rozwój ośrodkowego układu nerwowego, co prowadzi do zaburzeń neurologicznych.
Niewystarczająca ilość białka we krwi dzieci zaburza prawidłową dystrybucję wody między osoczem a naczyniami włosowatymi.
 Przykład dzieci cierpiących na kwashiorkor pokazuje, jak ważną rolę w naszym życiu odgrywają białka (...)" (Łukasz D. King Biuletyn Zdrowia Nr X luty 2015)


Zbigniew Zibi Osiewała


(Cdn. - pisze się...)

wtorek, 25 sierpnia 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [cz. IV]



Dla przypomnienia o białku mój post z dnia 08.07.2009 na Biosłone. Już wtedy temat "zakwaszenia" wydawał mi się być trochę podejrzany...
Białko to życie (mowa oczywiście o białku zwierzęcym).

Białka w organizmie to makrocząsteczki o złożonej strukturze chemicznej, których elementarne części składowe stanowią aminokwasy, zbudowane z atomów węgla, tlenu, azotu, wodoru, siarki. Każda komórka i każdy płyn ustrojowy musi je zawierać. Białko składa się z ponad 20 aminokwasów (20 cegiełek), z których każda jest inna. Z tych 20. cegiełek może sobie organizm wyprodukować wszystko. Z tych 20. aminokwasów, jak z klocków Lego organizm może sobie wyprodukować przykładowo łańcuch białek o długości 100 aminokwasów. Czyli może uzyskać 20 do potęgi 100 różnych łańcuchów i każdy będzie się różnił od pozostałych przynajmniej w jednym miejscu.

Aminokwasy decydują o różnorodności organizmów. Nie można spotkać na świecie dwóch identycznych osobników, a zjawisko niepowtarzalności linii papilarnych palców u człowieka wykorzystuje się w kryminalistyce. W ustroju człowieka występuje też odmienna od pozostałych, co do swoich właściwości biologicznych grupa aminokwasów (izoleucyna, leucyna, walina), która katabolizuje się (czytaj: rozpada) nie w wątrobie, lecz w tkance mięśni szkieletowych.

Nasze organizmy nie są w stanie przerobić na białko ani tłuszczu, ani tym bardziej glukozy. Natomiast tłuszcz organizm wyprodukuje z węglowodanów i częściowo z białka. Węglowodany, czyli glukozę, może doprodukować sobie z białka i częściowo z tłuszczu.

 Dr Kwaśniewski, podobnie chyba jak Srombak twierdzi, że dorosłemu człowiekowi nie potrzeba jest więcej białka jak ok. 50 g/dobę. Ani dr Kwaśniewski, ani prof. Srombak - nie są dla mnie w dziedzinie zdrowia żadnymi autorytetami. Ich niektóre teorie, albo nawet większość nie potwierdzają się w życiu, a ich założenia są wzięte żywcem z kosmosu lub/oraz z tzw. medycyny alternatywnej.

Organizm w okresie wzrostu potrzebuje białka do budowy ciała. Jeśli zaś organizm już nie rośnie, to potrzebuje tego białka mniej, ale nie ok. 50 g/dobę, bowiem prawie taka ilość naszego białka dziennie się rozpada, podobnie jak pierwiastek promieniotwórczy. Powstałe z tego rozpadu aminokwasy są ponownie przemieniane w białko, ale nie wszystkie. Część z nich degraduje się w sposób nieodwracalny do najprostszych związków: azotu, amoniaku, mocznika, kwasu moczowego, kreatyniny. Jednym z błędnych paradygmatów tzw. medycyny niekonwencjonalnej jest teoria, że dorosłemu człowiekowi wystarczy zjeść ok. 30 g białka/dobę - jak zaleca dr Kwaśniewski w jednej ze swoich wersji Diety optymalnej. Teoretycznie - mężczyzna o wadze 70 kg i wzroście 170 cm traci ok. 30 g białka/dobę. Należałoby zjeść przynajmniej 30 g białka, ale o identycznym składzie aminokwasowym, a takiego wzorcowego białka jeszcze nie wykryto, tj. o idealnym składzie, zwanego białkiem doskonałym. Jest takie białko, ale u człowieka (możemy mieć tylko w tym miejscu wątpliwą przyjemność pozazdroszczenia kulinariów niektórym plemionom żyjącym w buszu…). Dla cywilizowanych będzie białko z całego jaja kurzego, które jest wykorzystywane prawie w 100% i jest ono najwartościowsze biologicznie.

W zdrowym organizmie istnieje równowaga między rozpadem (katabolizmem), a budową (anabolizmem). Białko w ustroju posiada określony czas trwania, po którym jest rozkładane, czyli następuje obrót białkowy lub wymiana białka. U zdrowego człowieka obrót ten jest dobrze zbilansowany, co zapobiega nadmiernej akumulacji białka w ustroju. Przyjmowanie posiłków białkowych zwiększa obrót białka, który zmniejsza się w okresie między posiłkowym, lub w okresie głodzenia. Stany patologiczne, takie jak (np. urazy, złamania kości, stany pooperacyjne, oparzenia, infekcje) - zwiększają rozpad białek ustrojowych. Zaś niedożywienie - wszelkie stany unieruchomienia (długotrwałe leżenie w łóżku), procesy starzenia się zmniejszają syntezę białek.

Są trzy źródła aminokwasów: białka ustrojowe, które w wyniku procesu rozpadu dostarczają część aminokwasów potrzebnych do syntezy białek w komórkach (białka – powstałe w procesie trawienia i wchłaniania białek pokarmowych oraz białka powstałe w procesie biosyntezy niektórych aminokwasów z kwasów organicznych powstałych w procesie transaminacji. Wiemy już, że organizm człowieka potrafi sobie sam wytworzyć większość z tych 20. aminokwasów, ale 8 z nich nie daje rady wyprodukować i musi je otrzymać w dowozie z pożywienia. Są to aminokwasy egzogenne lub niezbędne (izoleucyna, leucyna, lizyna, metionina, fenyloalanina, treonina, tryptofan, walina). Białko - aby było pełnowartościowe, nie wystarczy, żeby zawierało w sobie te osiem aminokwasów. Musi jeszcze mieć odpowiedni stosunek ilościowy tych aminokwasów względem siebie. Jeśli tylko jednego z nich jest zbyt mało, to okazuje się, że jego ilość jest nie tylko niewystarczająca, ale dodatkowo ogranicza wykorzystanie wszystkich pozostałych.

Niektóre aminokwasy są wytwarzane w ustroju, ale w szczególnych warunkach (np. szybkiego wzrostu lub choroby) a ich synteza jest niewystarczająca – to są aminokwasy względnie egzogenne lub warunkowo niezbędne. Jest to histydyna, seryna, arginina. Pozostałe aminokwasy są produkowane w wystarczających ilościach w ustroju i w związku z tym nazywa się je – aminokwasami endogennymi lub nie niezbędnymi.

Białka pokarmowe mają różna wartość odżywczą, której wykładnikiem jest stopień wykorzystania ich do syntezy białek ustrojowych. Białka, których wykorzystanie na ten cel jest zbyt małe, np. białka zbóż, uznawane są za białka o niskiej wartości odżywczej. Białka jaj, czy mięsa są wykorzystana przez ustrój prawie całkowicie, więc są białkami o wysokiej wartości odżywczej lub wartości biologicznej. Ta wartość biologiczna zależna jest od kilku czynników:

  • zawartości aminokwasów egzogennych i endogennych; 
  • wzajemnych proporcji poszczególnych aminokwasów egzogennych, które powinny być zbliżone do proporcji występujących w białkach ustrojowych;
  • wystarczającego dowozu energii niezbędnej do procesów syntezy białka ustrojowego ze źródeł poza białkowych; 
  • trawności produktów białkowych. 
Jeszcze raz powtórzę: skład aminokwasowy białka jaja kurzego i białka mleka kobiety jest najbardziej zbliżony do składu aminokwasów ustrojowych i dlatego też białka te są najlepiej wykorzystywane przez organizm człowieka. Dlatego proporcje między poszczególnymi aminokwasami, wchodzącymi w skład tych dwóch białek, uznano za optymalne, czyli wzorcowe, których wartość odżywcza wynosi 100%. Białka pochodzenia zwierzęcego (np. jajka, produkty mleczne, mięso zwierzęce, ryb, drobiu) – to białka o wysokiej wartości odżywczej. Do wyjątków należy żelatyna, która jest pozyskiwana z tkanki łącznej i jest uboga w tryptofan.




Ps. W kolejnych odcinkach dokonam masakracji mitu o "zakwaszeniu" organizmu: m.in. o wynikach badań zwykłych tzw. zjadaczy chleba, których wyniki krwi po badaniach pH powinny wskazywać w granicach - dolnej normy, tym czasem jest odwrotnie - są przesunięci w stronę zasadową (jedzą typowo "zakwaszające" posiłki). Czyli jedzenie nie ma wpływu na homestazę kwasowo-zasadową, ale trening redukcji oddechu wg Buteyki - już tak! (kompensacja oddechowa) W tej blagierskiej teorii jest tyle prawdy, co w tym, że politycy chcą dobrze dla ludzi (prócz JKM i kilku innych antysystemowców). Albo taka prawda, jak w tym, że się łysy iskoł... Ale dopóki barany będę przy urnach - to świnie będą przy korycie. Ps1. Odnośnie straszenia białkiem ludzi, że jest obciążeniem dla nerek (w innym czasie wyjaśnię...).
Zbigniew Zibi Osiewała

czwartek, 20 sierpnia 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [cz. III]

Dowodzenie - cd... 

Odnośnie błędnej teorii, ale często pasującej wegom: Węglowodany - przyspieszają metabolizm, czyli poprawiają procesy trawienne i przyswajalne, a resztki wydalane z kałem. To, oczywiście, kolejne kuglarstwo. Nauka biologii stwierdza, że jest akurat odwrotnie!

Textbook of Medical... w sekcji o metabolizmie i termoregulacji mówi jasno: "Węglowodany spowalniają metabolizm w przeciwieństwie do tego, co się dzieje poprzez konsumpcję naturalnych źródeł tłuszczów i białek".

Najważniejszy argument na obalenie mitu/straszaka o "zakwaszeniu" organizmu przez mięso, i właściwie na tym mógłbym poprzestać, ale niedowiarkom będzie mało, jak znam życie...

"Białka (...) działają jako substancje buforowe, utrzymują właściwy odczyn (równowaga kwasowo-zasadowa) płynów ustrojowych, a także treści przewodu pokarmowego". (H. Kuchanowicz, E. Czarnowska-MIsztal, H. Turlejska, Zasady żywienia człowieka, Warszawa 2000 s. 25)
"We krwi wydajnymi buforami są białka". (W. F. Ganong, Fizjologia, wyd. 1, s. 714)

Głównie podkreśla się tutaj o białkach osocza, np. albuminach czy globulinach. Ale do ich produkcji niezbędny jest kompletny garnitur aminokwasów, a taki tylko dostarczają zjadane jaja lub mięso, które niezasadnie posądza się o "zakwaszanie" i tego tragiczne skutki.
Jest dokładnie na odwrót! To właśnie mięso pomaga utrzymać właściwe pH, i nie tylko we krwi, ale i w układzie pokarmowym, płynach międzykomórkowych.

"Nie istnieje mechanizm pozwalający na magazynowanie białek w organizmie. Wszystkie aminokwasy spożyte w nadmiarze względem natychmiastowych potrzeb zostają utlenione". (R. J. Maughan, M. Gleeson, The Biochemical Basis of Sports Perfomance, wyd. 2, s. 48)

To w odpowiedzi na zarzuty wegetarian wobec "mięsożernych zabójców", że takie białka są deponowane w organizmie i że one właśnie - "zakwaszają"...
Ponadto zaznaczam, że spalanie tych szlachetnych protein - podczas niedoboru węglowodanów - to trochę jakby palić antykami w piecu, gdy się nie ma innego opału; to jest świętokradztwo (znaczne obciążenie dla organizmu). Tak więc należy zjadać minimum węgli, tj. ok. 50-70 g dziennie, najlepiej z warzyw i owoców (w mniejszym stopniu - w przypadku gdy u kogoś są problemy z metabolizmem fruktozy, czy innych cukrów , które w nadmiarze mają np. działanie prozapalne).

Jest jeden sposób, żeby zapewnić organizmowi dostateczną ilość aminokwasu: karnityny, potrzebnej do mechanizmu spalania tłuszczu w optymalnej sprawności:
"Karnityna jest wytwarzana z lizyny i metioniny (dwa z dziewięciu niezbędnych aminokwasów) przede wszystkim w wątrobie, lecz również w nerkach." (M. Chatterjea, R. Shinde, Texbook of Medical Biochemistry, wyd. 8, str. 408).

"Zaburzenia utleniania kwasów tłuszczowych prowadzi do hipoglikemii. Zdarza się to w różnych stanach niedobory karnityny". (Biochemia Harpera, wyd. 6, s. 229) 

"Niedobór karnityny w mięśniach szkieletowych powoduje osłabienie mięśni i ich skurcze podczas wysiłku fizycznego. Ponadto wiele pacjentów w stanie niedoboru karnityny wykazuje niebywałą obfitość kropelek tłuszczu w mięśniach i wątrobie, w wyniku czego rozwija się u niektórych stłuszczenie wątroby".  (G. Meisenberg, inni, Principles of Medical Biochemistry, wyd. 3, s. 401)

Wniosek: A z jakich protein można uzyskać syntezę karnityny? Z mięsa lub jaj! Czyli produkty roślinne tego nie uczynią! Np. Baranina, dziczyzna, wołowina - najwięcej!
Tak więc unikanie produktów zwierzęcych prowadzi do rozwoju wszystkich chorób.

Czy nie jest tutaj odpowiedz, na fakt, że u forowicza Trubadura i innych wystąpiły ww. zjazdy energetyczne? Czy nie panował na forum NIA trend do zajadania się roślinkami zamiast białek zwierzęcych lub znaczne ich ograniczenie? Czy u Trubadura nie mógł wystąpić niedobór karnitynowy?

Zaznaczam, że nie chodzi o to, żeby na siłę odżywiać się mięsem i innymi białkami zwierzęcymi, jeśli w danej chwili, przy danym schorzeniu nie ma na nie apetytu czy jest wręcz odruch wymiotny (zasada: "4xs"), tylko o jakieś chore trzymanie się kurczowe blagierskich teorii medycznych, a właściwie farmaceutyczno-medycznych, że białka zwierzęce (tfu!) "zakwaszają" oraganizm...

Twierdzenie, że nie ma dla ludzi uniwersalnego modelu odżywiania - jest dużą nadinterpretacją.
Wg mnie, nie ma, ale uniwersalnego żarcia dla człowieka (o ile w ogóle, żarcie jest dla człowieka, dla bydła jest, ale i to jest zdrowsze niż to co żre ludzkie było robocze). Ale jedzenie jest (podstawa - to białka zwierzęce i tłuszcze zwierzęce, "dodatek do rancza" - węglowodany z warzyw i owoców, orzechy; i dopiero białka roślinne i tłuszcze w niewielkiej ilości jako też "dodatek do rancza").

Ale nie - żeby się wystrzegać białek zwierzęcych, bo znów jakieś medyczne teorie mówią, że trzeba ustalać sobie na całe życie typowania metaboliczne. To taka sama prawda jak z teorią odżywiania (typowanie modelu odżywiania) wg grup krwi. Prócz schorzeń z enteropatii glutenowej i to częściowo(?) - teoria nie sprawdziła się w ogóle.

Ustalenie modelu odżywiania pod typowanie metaboliczne - jest  maskowaniem faktycznego stanu zdrowia. Pamiętamy lekarza "dobrodzieja", wychwalanego pod niebiosa, jak choremu na kamicę żółciową - zalecił bycie na diecie beztłuszczowej... Leming-pacjent się ucieszył, że wreszcie znalazł mądrego lekarza, który sprawił, że ma teraz ulgę w cierpieniu. Ale pacjent nie brał pod uwagę, że na tej diecie musi być dożywotnio i dożywotnio musi operacyjnie usuwać, najlepiej przez tego "dobrodzieja" kamyki z dróg żółciowych. Ulga jest, ale od zabiegu do zabiegu, a deficyty różnych substancji odżywczych z braku tłuszczów i białek zwierzęcych - rosną i produkują kolejne choroby. "Dobrodziej" zaciera ręce, że ma tez dożywotnie źródło utrzymania. I ów "dobrodziej" nie wyjaśnił pacjentowi, że organizm produkuje non stop żółć i trzeba w pokarmach przyjmować choćby niewielkie ilości tłuszczu, żeby żółć mógł organizm zagospodarować, skoro ją Stwórca stworzył, właśnie do trawienia pożywienia ludzkiego, w którym będzie tłuszcz. Ale jeśli będziemy unikać takiego ludzkiego pożywienia, to drogi żółciowe siłą rzeczy muszą się pozaklejać żółcią i złogami (jest młyn, a nie ma wody, czyli nieużytkowany też w pewnym stopniu niszczeje...).

Przecież można albo nawet trzeba metabolizm korygować i doprowadzić do stanu normalnego, choćby poprzez odpowiednie dotlenienie komórkowe organizmu (o tym w dalszej części artykułu), ale przede wszystkim (stosując zasadę: "4xs") oraz poprzez spożywanie produktów stworzonych dla człowieka. Typowanie metaboliczne, to tylko doraźna terapia/kuracja, a nie sposób na życie, kolejna religia, kolejne kuglarstwo łajdaków farmaceutyczno-medycznych i ich popleczników, zazwyczaj mających korzenie lewackie, bo wszystko, co złe, siłą rzeczy musi być lewackie.

 Chociaż jest jedna dobra rzecz lewacka, ale nie na tym świecie, chodzi o piekło socjalistyczne: poprzez panujący tam chroniczny burdel - odwlekany w czasie jest wyrok śmierci poprzez spalenie w kotle ze smołą. A odwlekanie tego jest normą, a nawet uniknięcie spalenia w smole jest możliwe, gdyż prócz braku organizacji i rzetelności w pracy, i ciągłej absencji chorobowej: księgowej od wydania asygnaty na węgiel, drewno i inne środki opalowe, diabła-magazyniera, diabłów-szoferów od transportu, diabłów-katów nietrzeźwiejących - są diabły-strażnicy - oni są skorumpowani. Można za niewielką łapówkę - otrzymać pomoc w ucieczce do pobliskiego czyśćca a nawet do Nieba. Upartym samobójcom polecałbym piekło kapitalistyczne, które funkcjonuje normalnie, sprawnie, po prawacku. Tam wyrok śmierci wykonywany jest rzetelnie, na czas i skutecznie... Taki żenujący żart prowadzącego.

Dalej idąc tym tokiem rozumowania, stwierdzam u siebie, że jedząc warzywa i owoce w mniejszych ilościach niż zalecają nawet niektórzy spece od profilaktyki prozdrowotnej (wg zasady, że ciężar białek i tłuszczów dowożonych - należy zrównoważyć surówkami, aby, znów(!) - "odkwasić się") - nie potwierdza się teoria o "zakwaszeniu". Zjadanie roślinek nie służy do wyimaginowanego "odkwaszania się". Raczej do "banalnego" uformowania się stolca, prawidłowej perystaltyki jelit, ale i innych poważniejszych procesów biochemicznych w organizmie niż jakieś wahnięcia się pH krwi w kierunku kwaśnym, ale wszystko w normie niepatologicznej.

Dalej, od kiedy jem dwa razy dziennie jajka (ok. 10 dziennie i mięso, bez węglowodanów, powszechnie, umownie uznanych za węglowodany "główne" (np. ziemniaki, kasze, ryże, chleby, makarony itp. produkty mączne), a tylko dostarczam węgle 70-100 g z warzyw i to niskoskrobiowych i niskobiałkowych) - nie mam żadnego problemu z zakwasami po dosyć ciężkich treningach fizycznych, ani też skurczów... Ale to nie znaczy, że nie należy jeść ziemniaków i innych węglowodanów "głównych". U mnie wymusza to niejedzenie - pozostawanie doraźne na diecie GAPS (choćby ze względu np. na przemijające i już wyleczone atopowe zapalenia skóry, enteropatię glutenową i inne schorzenia z tzw. autoagrasji (na zasadzie sztuki leczenia bez leczenia lub leczenia przyczynowego lub samouzdrawiania się organizmu - przy odpowiednio pasywnej funkcji wpływania na organizm - użytych do detoksykacji i regeneracji organizmu - odpowiednich stymulatorów, i nie są to środki farmakologiczne, czy parafarmakologiczne o działaniu stricte alopatycznym).

Proszę bardzo, ostatnio doradzałem jednej wege, która miała stłuszczoną wątrobę i trzustkę oraz RZS - aby zaczęła jeść - jak człowiek, tłumacząc jej na ww. "klockach" lego-zdrowia. Po rozmowie, oświadczyła, iż zdążyła z poradą dla niej nie za pięć dwunasta, ale chyba za minutę dwunasta... i zapaliło jej się światełko w tunelu...

Człowiek jest wszystkożercą!!! (To taki komunał)
Jeśli ktoś wykluczy z pożywienia mięso lub inne produkty białka zwierzęcego, nie jest w stanie spełnić dziennego zapotrzebowania na wysokiej jakości biologicznej białko!!!
 A jeśli ktoś uprawia jakieś sporty, choćby niezbyt forsującej to utrata, scukrzanie się białek wątrobowych i mięśniowych organizmu jest tragiczna czasami (wiele postów pisałem na ten temat na BS, potwierdzonych źródłem wiedzy: Biochemią Harpera i danymi biochemicznymi z wykładów nieodżałowanego śp. dr. Ponomarenki)

"Kiedy osoba w ogóle nie przyjmuje pokarmów białkowych, pewna proporcja białek, z których tworzone jest ciało, zostaje zdegradowana do postaci aminokwasów, a następnie zdeaminowana i utleniona. Obejmuje od 20-30 g białka dziennie. Dlatego aby zapobiec stracie netto białka organizmu, z pokarmem należy dostarczać co najmniej 20-30 g białka każdego dnia. najbezpieczniej jednak spożywać go więcej, dlatego rekomendowana dobowa ilość dla dorosłego człowieka wynosi przynajmniej 60-75 g".  (A. C. Guyoton, inni Texbook of Medical Physiology, wyd. 12, s. 835)

I tutaj niżej: jedne z najważniejszych  argumentów w procesie dowodzenia - dlaczego teoria o "zakwaszeniu" jest wysoce fałszywa.

"Dieta bogata w białko (zwierzęce) sprzyja wchłanianiu wapnia. Z kolei jeśli w posiłku jest mało białka, znacznie mniej wapnia zostaje wchłonięte". (M. N. Chaterjea, inni Textbook of Medical Biochemistry, wyd. 8, s. 613)
Wchłanianie wapnia jest ułatwione dzięki obecności białka (zwierzęcego), ponieważ białko zwierzęce nie zawiera czynników hamujących wchłanianie wapnia." (W. F. Ganong, Fizjologia, wyd. 1, s. 462)

"Aminokwasy z białek, szczególnie lizyna (jajka kurze) i arginina (produkty zwierzęce), sprzyjają wchłanianiu wapnia z pożywieniem" (D. M. Vasudevan i inni, Textbook of Biochemistry for Medical Students, wyd. 7, s. 485)

Jeśli w pożywieniu znajduje się niedobór produktów zwierzęcych w postaci protein, a nadmiar produktów pochodzenia roślinnego, to wówczas jest hamowanie wchłaniania wapnia.
Taki stan rzeczy wywołują wspomniane przeze mnie wyżej szczawiany, fityniany - najobficiej obecne w roślinach.

W umiarkowanej ilości nie sprawiają problemów ze zdrowiem, które trzeba spożywać, bo są np. źródłem potasu. Ale proszę sobie wyobrazić jak ktoś zajada dużo kanapek z chlebem i serem, przy czym chleb nie jest na naturalnym zakwasie, lecz na drożdżach, różnych wynalazkach, z glutenem i domieszką różnych ziaren... Później się ustala przyczyny kamieni np. w nerkach, ale się ich jednak nie ustala. Jeśli się przesadza z dietami np. witarianizmem, weganizmem - organizm nie może nadążyć z usuwaniem szczawianów wapnia czy samych szczawianów. Ale to nie tylko z nerek, ale z tkanki łącznej (np. RZS, osteoporoza - tutaj się znów ludzi straszy, żeby nie jeść białka zwierzęcego itd.).
Mechanizm powstawania osteoporozy i próchnicy - nie jest taki, jak się powszechnie uważa, również przez speców alternatywnych. (To w innym czasie...)

Ale na tym wapniu się nie kończy nieszczęście od nadmiernego spożywania produktów roślinnych bogatych w fityniany i szczawiany.

"Czynniki, które hamują wchłanianie żelaza, obejmują spożycie pokarmów, które zawierają substancje wiążące (fityniany) i szczawiany. Sprawiają one, że żelazo w pokarmach pochodzenia roślinnego nie daje się oddzielić (skutkiem czego nie jest osiągalne dla przewodu pokarmowego)". (M. Grodner Natritional Foundations and Clinical Applications, wyd. 5, s. 171)

PONADTO: "POKARMY BOGATE W FITYNIANY I SZCZAWIANY ZMNIEJSZAJĄ BIODOSTĘPNOŚĆ NIEKTÓRYCH WITAMIN I MINERAŁÓW, TO JEST WAPNIA, MIEDZI, SELENU, CYNKU, ŻELAZA, MAGNEZU. JEDNAK NIEDOBORY SĄ MAŁO PRAWDOPODOBNE, JEŚLI UROZMAICIMY JADŁOSPIS W ROŻNE POKARMY".  (STRONA 386 WW. PODRĘCZNIKA)

Wiem, dlaczego nie chciały mi się wchłaniać związki magnezu, nawet te formy najlepiej przyswajalne niby, czyli jabłczan magnezu. Bo zażywałem je, zgodnie z wiedzą sugerowaną przez zielarzy, producenta, czy kiedyś przez jednego lekarza medycyny (tfu!) naturalnej, aby związki mineralne, suple - zażywać wraz z warzywami albo na pusty żołądek (podrażnienie śluzówki przewodu pokarmowego co najmniej i słabe wchłanianie).

Nawet jeśli niektóre rośliny zawierają wszystkie aminokwasy, to zawsze w skrajnie niekorzystnych proporcjach! Czyli źródła pokarmów roślinnych są niepełnowartościowe. Takie skatabolizowane proteiny - ulegną tylko deaminacji i spaleniu - nie będą w pełni wykorzystane do syntezy białek ustrojowych.

(Głowne  źródło to: Biuletyny Zdrowia - Lukasza D. Kinga - Nr IX, X, XI)

(Cdn. - pisze się...)


                                                                                                                             
                                                                                                                    Zbigniew Zibi Osiewała

środa, 19 sierpnia 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... - [część II]

       
Weryfikacja/dowodzenie tezy: Mit/straszak o "zakwaszeniu" organizmu...


Wracając do szkodliwości jednej z teoryjek o " zakwaszaniu", postaram się udowodnić, iż jest to kolejne blagierstwo przemysłu chorobowego - blagierstwo kartelu farmaceutyczno-medycznego. I nie na podstawie własnego widzimisię (czy mrzonek samozwańczych guru rożnych sekt, innych niż meNdycyna klasyczna i natusr*alna), lecz na podstawie własnej praktyki i prawdziwej wiedzy nauk biologicznych, biochemicznych, nauki o człowieku, fizjologii.

Żeby coś lub kogoś reformować, należy zacząć od prostowania nomenklatury. Nauka nie zna bowiem terminu "zakwaszenia", lecz: kwasicę metaboliczną. I taki stan - jest patologią. Manipulacja co do jednoznaczności terminu "zakwaszenia" z terminem "kwasica metaboliczna" - też jest patologią.

Kwasica metaboliczna to drastyczne obniżenie pH krwi. Do takiej kwasicy dochodzi tylko: "w wyniku nagromadzenia nadmiernej ilości kwasów lub utracie nadmiernej ilości zasad". (Rodney A. Rhoades, David R. Bell, Medical Physiology: Pronciples for Clinical Medicine, wyd.4, s. 466).

Ale to, co jemy i pijemy, nie może doprowadzić do drastycznego obniżenia pH krwi, czyli do patologicznego "zakwaszenia". W organizmie człowieka znajdują się niezawodne regulacyjne mechanizmy buforowe: bufor wodorowęglanowy, kompensacja oddechowa, kompensacja nerkowa. Norma pH krwi wynosi 7, 40 i waha się w zakresie +- 0,05 pH, czyli pomiędzy: 7,35 a 7,45.

Czasem może zdarzyć się przy skrajnych warunkach, że dochodzi do kwasicy metabolicznej.
Są to następujące warunki: kwasica ketonowa cukrzycowa, kwasica ketonowa alkoholowa, kwasica mleczanowa wynikająca z niedotlenienia, niewydolność nerek, ostra biegunka (Rhoades, Bell, s. 466).

Z tego jasno wynika, że na liście warunków sprzyjających kwasicy nie ma "zakwaszającej" żywności. Ale nie jest to jakieś niedopatrzenie ze strony naukowców, ale fakt bezsporny, że żywność nie obniża pH krwi.

Reasumując, aby doprowadzić do kwasicy metabolicznej, trzeba chorować na cukrzycę, lub wieloletnią chorobę alkoholową (postać czynna), lub urządzać długie głodówki (kilka tygodni), lub mieć przewlekłe biegunki - lub - wszystko naraz.

Jeśli nie cierpimy na ww. dolegliwości, to organizm nie dopuści do obniżenia pH krwi, i to bez względu na to, co jemy.
Mechanizmy buforowe, regulacyjne funkcjonują bez ww. warunków (zagłuszania) prawidłowo! Organizm jest wyposażony w potrójną linię obrony przed drastyczną zmianą pH krwi. Najpierw reaguje pierwsza linia obrony (układy buforowe krwi, głównie bufor wodorowęglanowy), a następnie druga linia obrony (kompensacja oddechowa), na koniec trzecia linia obrony (kompensacja nerkowa).

Reakcja pierwszej linii obrony jest super szybka: "Kiedy następuje zmiana w stężeniu jonów H+ (im wyższe stężenie, tym niższe pH krwi), układy buforowe reagują w ciągu ułamka sekundy, aby wyrównać tę zmianę". (Arthur C. Guyoton, John E. Hall, Texbook of Medical Physiology, wyd. 11, s. 384) (To najbardziej prestiżowy podręcznik fizjologii, jaki powstał).
       
Ale żeby było korzystniej dla kuglarzy-alkalizatorów, to wymyślili oni sobie, że obniżenie pH moczu jest miarodajnym symptomem obniżenia pH krwi. I dawaj naciągać naiwniaków na zakup pasków ketonowych i sikać na nie, żeby ujawnić "zakwaszenie".
Obniżenie pH moczu - nie skutkuje żadnymi konsekwencjami, wręcz przeciwnie świadczy o funkcjonowaniu bez zarzutów buforów regulacyjnych. A kreatorzy chorób z "zakwaszenia" twierdzą, że w takim przypadku: super kwaśnego moczu - kwasica metaboliczna - zbliża się do chorego wielkimi krokami...

To są teorie owych kreatur, a nauka mówi tak:
"Normalnie każdego dnia organizm wytwarza ok. 50 do 80 milimoli więcej metabolicznych kwasów niż zasad". (Arthur C. Guoton, John E. Hall, Textbook of Medical... wyd. 11, s. 412).
       
Skoro jest to normalne, że jest więcej kwasów - to znaczy, że organizm został zaprogramowany przez Stwórcę w ten sposób, że sobie doskonale radzi z kwasami.
W dalszej części podręcznika fizjologii, na tej samej stronie jest napisane, że normalnie układy buforowe krwi organizmu potrafią zbuforować 500 do 1000 milimoli kwasu bez doprowadzenia "wzrostu zewnątrzkomórkowej koncentracji jonów wodorowych", czyli bez doprowadzenia do obniżenia pH.

Czyli nie dość, że organizm radzi sobie z kwasami, to jeszcze z dużą ilością kwasów! Zagospodarowanie owych kwasów-nadwyżek to nic innego, jak wykorzystanie jako źródła energii lub (jeśli nagromadzi się nadmiar) na usuwaniu przez nerki z moczem.
Żywność, która obniży pH moczu, jest powodem do zadowolenia, a nie do zmartwień (białka i naturalne tłuszcze, przy redukcji węgli) - jest to znak, że prawidłowo i optymalnie organizm wykorzystuje tłuszcze jako właściwe źródło energii.

Ciała ketonowe we krwi są doskonałym źródłem energii:
"Ciała ketonowe są normalnym paliwem oddychania i są ilościowo ważnym źródłem energii. Na przykład mięsień serca i nerki wykorzystują je preferencyjnie w stosunku do glukozy" (Michael R. Eades, Mary Dan Eades, Protein Power, 1997, s. 195-196).

To samo mówi Biochemia Harpera:
"Ciała ketonowe są ważnym paliwem energetycznym w tkankach pozapoborowych" (wyd. 6 s. 240)
"Tkanki pobierają te substancje z krwi i wykorzystują je jako źródło energii. Kiedy poziom glukozy we krwi jest niski, lipidy (ciała ketonowe) staja się głównym źródłem energii dla większości tkanek" (Anatomy & Physiology, wyd. 10, s. 625).
Ten sam podręcznik na stronie 931: "Obecność ciał ketonowych we krwi jest normalna i korzystna".

Słowa wyżej cytowane: "wykorzystują je preferencyjnie w stosunku do glukozy" oznaczają, że dla serca i nerek (a także mięśni szkieletowych i innych) ciała ketonowe to lepsze źródło energii niż glukoza (czyli ze spożywania jedzenia wysokowęglowego). Jeśli ktoś ma problemy z nadwagą i pragnie schudnąć, wzrost ketonów we krwi (spadek pH moczu) - to konieczność. Ciała ketonowe są produktem spalania naszego tłuszczu i to bez konieczności głodowania.

W moim przypadku (obżeram się tłusto i wysokobiałkowo): węgli jem do 70-100 g (w okresie zimowym ok. 40 -50 jadłem, bo nie było z czego uskładać...) dziennie z warzyw i owoców (proporcje jakby z diety dr. Lutza) i waga stoi w miejscu, tj. ok. 86 kg a masa mięśniowa identyczna jak kiedyś przy wadze 96 kg - tyle że bez tłuszczu i zmagazynowanych tam złogów. Czyli ok. 10 kg balastu - na aut!
          
Textbook of Medical Physiology - podręcznik od fizjologii stwierdza: „Jeśli osoba wolno (chodzi o ok. dwa tygodnie) przechodzi z diety, gdzie przeważają węglowodany na dietę, gdzie przeważają niemal tylko tłuszcze, organizm adaptuje się do używania większej ilości kwasu acetylooctowego (jedno z ciał ketonowych) niż zwykle. Normalnie w sytuacji takiej nie dochodzi do ketozy. Na przykład u Inuitów (Eskimosów), którzy czasem żyją prawie tylko na diecie wysokotłuszczowej, nie rozwija się ketoza”. (A.C. Guyton, J.E. Hall, Textbook of Medical Physiology, wyd. 11, s. 844).
To by potwierdzało jakby przypadek ww. Pancho Yosa.
  
Wniosek:
"(...) Nawet na żywieniu bez owoców i warzyw, a niemal tylko mięsie i tłuszczu zwierzęcym, nie następuje zbytnie nagromadzenie kwasów. A kwasy powstałe ze spalania tłuszczu organizm zużywa na paliwo komórkowe, i jest to dobre paliwo! (...)" (Łukasz D. King).

Mogę potwierdzić, że mój brat tak się żywi; dr Ellis kulturysta (zdaje się ok. 58 lat, diabetolog) - wywiad czytałem na forum "Dobra dieta" kilka lat temu; inne przypadki ludzi na diecie ketogenicznej.

Organizm dopasowuje się do warunków, jakie mu się narzuca. I jeśli nie chorujemy na cukrzycę oraz niewydolność nerek, to obniżenie pH moczu, nawet skrajne, przy jedzeniu produktów zakwaszających - nie wprowadzi nas w kwasicę.

(Główny materiał źródłowy: "Biuletyn zdrowia" pod redakcją Łukasza D. Kinga - Nr 8 grudzień 2014)


[Cdn. - pisze się...]




Zbigniew Zibi Osiewała

wtorek, 18 sierpnia 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... [część I]





Zgodnie z moją 'misją' obnażania prawdy o zdrowiu, zakamuflowanej przez łajdackie lobby farmaceutyczno-medyczne, postanowiłem obalić kolejne kuglarstwo medycyny akademickiej i jej popleczników w aspekcie tzw. zakwaszenia organizmu i szkodliwych teorii na temat tzw. alkalizacji organizmu, a przy tym często przy pomocy (tfu!) suplementów diety.
"Jedną z największych tragedii życia jest morderstwo dokonane na pięknej teorii przez brutalną bandę faktów" ~ La Rochefoucauld
(Z tego morderstwa - wypłyną korzyści dla chorych, oszukiwanych przez mafię farmaceutyczno-medyczną i ich popleczników, zaś samym łajdakom z mafii - ból czterech liter z powodu spadku korzyści materialnych na żerowaniu na krzywdzie ludzkiej.)



"Wszystkie teorie naukowe są fałszywe. Różnią się tylko stopniem fałszywości"

 

Ogólna analiza:


Macki sekty/mafii farmaceutyczno-medycznej poprzez jej odnogi np. wegetarianizmu (medycyna naturalna lub nawet "nadnaturalna"), a w zasadzie np. wegefrutanizmu sięgają bardzo daleko i (o, zgrozo!) dosyć skutecznie... Co i rusz - odgrzewa się modny temat alkalizacji ("odkwaszanie") rzekomo zakwaszonego organizmu współczesnego człowieka. Ten zaś funkcjonując jako mit/starszak - ryje beret, nie tylko przeciętnemu zjadaczowi chleba (leming-pacjent), ale i niektórym niby znającym przyczyny istoty rzeczy, czyli mądrym, który wiedzą, jak leczyć przyczynowo swoje choroby.



Tzw. zakwaszenie organizmu (mit/starszak na leminga-pacjenta) - to taki sam wałek farmaceutyczno-medyczny i ich popleczników w XXI w. i wcześniej jak i dotyczący mitu/straszaka cholesterolowego, mitu/starszaka, przy pomocy którego zwalczano pasożyty i wszelkie robactwo (parazytologia - dział medycyny, który walczy z mikrobami, bez racjonalnego i priorytetowego usuwania przyczyny) - uważając je za przyczynę całego zła na Ziemi, a głównie za terrorystę chorobowego XX i XXI w.

W świecie prawackim, normalnym, nie-wynaturzonym produkuje się produkty żywnościowe, aby żyło się ludziom zdrowo i normalnie. W świecie lewackim, wynaturzonym, łajdackim - tworzy się teoryjki i manipuluje ludźmi, produkując problemy i patologie, aby móc robić biznes na sprzedawanych produktach (leki, suple, produkty żywnościowe niby zdrowe, często tzw. ekologiczne" - żeby leczyć wykreowane przez łajdaków choroby).

Coś jak dr Kwaśniewski: wyprodukował "złotą proporcję" dla diety optymalnej, która szkodziła na tyle w miarę zdrowym, żeby później ich wyciągać spektakularnie np. za pomocą prądów selektywnych i innych metod wchodzących w skład terapii DO. I w ten sposób chory odnosił złudne wrażenie, że DO faktycznie działa. Bardzo chorzy kończyli przygodę z dietą tragicznie. Kwaśniewski ubzdurał sobie, że ludzie się nie tylko "zakwaszają", ale i "przebiałczają", podczas gdy prawdziwa nauka mówi, że jest akurat odwrotnie. Nie ma takiego terminu naukowego jak "zakwaszenie", a tym bardziej "przebiałczenie". Dieta optymalna byłaby dobra gdyby zwiększyć w niej ilość dzienną białka zwierzęcego (ale tego samego dnia, żeby nie było takiej różnorodności w białkach, jak u Kwaśniewskiego: kilka rodzajów mięs, serów, jaja, śmietana, tylko najwyżej dwa rodzaje białka)  i nieco węglowodanów, jak to jest w diecie u dr. Lutza (ok. 72 - 100 g). Kwaśniewski miał pogląd, że można się łatwo "przebiałczyć", przecukrzyć, ale nigdy "przetłuścić". Dokładnie jak w tym sucharze studenckim: "Jaka jest różnica między słoniem a fortepianem? - Fortepian można zasłonić, a słonia nie można zafortepianić"...

Tymczasem białko zwierzęce było i jest najlepszym/najbezpieczniejszym buforem cukrowym. W wyniku jego niedoboru - Optymalni najpierw chudli, ulegając procesowi lipokinezy, ale po jakimś czasie na powrót wchodzili w tzw. neolipogenezę. Powracała cukrzyca, stłuszczenie trzustki, wątroby, itd. a nawet fundowali sobie raka. I to wszystko przez niedobór białka - jako buforu bezpieczeństwa nasycenia głodu komórkowego, najogólniej mówiąc. Jeśli występował u nich niedobór cukrów, a byłaby odpowiednio wysoka podaż białka - większych problemów ze zdrowiem by nie mieli. Ale do tego trzeba się kierować wiedzą naukową, a nie poglądami. (Temat na inny czas...)

Tak więc, uleganie szkodliwym trendom rodem z meNdycyny natusr*lnej, nie pozwoliło mi dłużej czekać i popełniać grzechu zaniechania. Tym bardziej, gdy widzę całkiem rozsądnych ludzi, którzy pewnie z desperacji dali się podejść łajdakom-"dobrodziejom", autorom publikacji o dietach alkalizujących, tudzież naiwnym, omamionym wcześniej przez proces indoktrynacji medycyny klasycznej.

Gdyby medycyna naturalna byłaby taka skuteczna, to lobby farmaceutyczno-medyczne  już dawno by ją zlikwidowało lub przynajmniej opatentowało leki leczące niby przyczynowo - wprowadziło na nie recepty i narzuciło ceny astronomiczne lub np. wykupiłoby całe dorzecze Amazonii z całym dobrodziejstwem właściwości leczniczych tamtejszego biosystemu, np. zioła (np. Vilcacora i inne), na bazie których produkuje się bez recepty: paraprotex, detox+ i inne. Ale gdyby nawet znaleźliby takie cudowne leki, to pomimo drożyzny nie cofnięto by się przed wymyśleniem jakiegoś chwytu oszukańczego, żeby lek nie był do końca skuteczny, gdyż w przeciwnym wypadku oznaczałoby to i tak pewną plajtę tego interesu, który musi być przecież dożywotni dla pacjentów i dla lobby.


No, ale do brzegu...

Około 5 lat temu na forum Biosłone (Hipokretejski nurt prawdziwej profilaktyki prozdrowotnej) był forumowicz, niejaki Pancho Yos. Twierdził on, że ma rozregulowaną równowagę kwasowo-zsadową organizmu, nie wiedział tylko, w którą stronę przesuwa mu się pH. Jak opowiadał - mimo jedzenia surówek warzywnych oraz zażywania/picia witaminy C – czuł się bardzo niedobrze. A konkretnie: po wypiciu witaminy C miał lepsze samopoczucie niż po zjedzeniu zestawu warzyw niby alkalizujących. Zastanowił mnie (byłem eksperterm/profilaktykiem zdrowia na forum, wówczas antymedycznym, obecnie niemedycznym, czyli profilaktyki zdrowia - Biosłone ) ten przypadek, gdyż wówczas nie był to przypadek jako wyjątek od reguły. Spotkałem więcej takich osób i sam też tak miałem – po zakończeniu DO dr. Kwaśniewskiego Jana. Te przypadki mocno mnie nurtowały.
Jeśli chodzi o tę ówczesną i obecną teorię równowagi zasadowo-kwasowej, to była jeszcze w pełni niezbadana, a tym bardziej w aspekcie takim jak niemożność jednoznacznego przyporządkowania produktów kwaso/zasadotwórczych. Większość naukowców (i tym bardziej naŁukowców) do tej pory nie zdołała wypracować konsensusu co do zasady równowagi kwasowo-zasadowej u człowieka (wielorakość szkół i teorii). Wiele mówiono wówczas na różnych spotkaniach naturoterapeutów na temat APW (analiza pierwiastkowa włosa), która miała pomagać w indywidualnym typowaniu rodzaju metabolizmu.

Przykładowo: jeśli dominował typ współczulny (symaptyczny) – to organizm był przesunięty bardziej w kierunku kwaśnym. Jeśli zaś dominował przywspółczulny (parasympatyczny), to tzw. szybki lub wolny "utleniacz" (czytaj: spowolniony lub przyśpieszony metabolizm), był przesunięty bardziej w kierunku zasadowym. W tych przypadkach zastosowana była regulacja układu endokrynnego, który może powodować napływ minerałów tych alkalizujących np.: wapń, sód, potas. Produkty zasadowe to m.in.: pomidory, sałata, ogórki, kapusta, buraki. Bawiąc się w precyzyjność księgowego, to co do pomidora bym się zastanawiał, czy nie postawić go na półce neutralnych, a w niektórych przypadkach nawet "zakwaszających" organizm, (ale to również temat na inny czas...).  Głównie chodzi o kwas benzoesowy, który również występuje w borówkach oraz w żurawinie i teoretycznie te owoce można zaliczyć do "zakwaszających". Nie tylko lokalnie, ale i ogólnie organizm przesuwa minimalnie pH krwi w kierunku kwaśnym, a co najważniejsze dla leczących się na infekcje dróg moczowych - zakwaszają mocz. Oczywiście, nie znaczy to, że doprowadza do kwasicy metabolicznej, czyli patologii. I tak należy interpretować to chwilowe, niepatologiczne "zakwaszenie", które, jak się później okaże, jest zbawienne dla odzyskania lub utrzymania zdrowia.

Stawiam taki wniosek: żeby zdrowieć - należy się "zakwaszać", a nie "odkwaszać". Uzasadnienie tego będę sukcesywnie rozwijał...

Po uzyskaniu wywiadu chorobowego od Pancha ustaliłem, że może to być typ „utleniacza” szybkiego i jest on tzw. kwaśny. I jeśli jadł on warzywa, które są sklasyfikowane jako alkalizujące, to się jeszcze bardziej "zakwaszał", czyli przesuwał pH krwi w kierunku kwaśnym.
Chodziło o to, że wcześniej był na diecie „korytkowej” (wysokowęglowodanowej) przez długie lata i nagle przeszedł na odżywianie niskowęglowodanowe, ale ubogobiałkowe i ubogotłuszczowe. Jadł duże ilości warzyw: buraków i pomidorów, i pomimo że są to tzw. alkalizatory, to jednak dalej wtłaczał w siebie węglowodany.
A propos "gorszych" i "lepszych" węglowodanów... Zawartość cukrów przyswajalnych (bez błonnika) w 100 g buraka = ok. 8 gramów (oraz tyle samo cukru lub trochę mniej w 100 g pomidora) oraz IG (indeks glikemiczny) buraka surowego i pomidora ok. 30 (czyli niski, natomiast buraka gotowanego - wysoki). Dietetycy klasyczni i niereformowalni medycy klasyczni twierdzą, że indeks glikemiczny pomidora bardziej przyzwoity niż w buraku gotowanym, bo niski, a w buraku gotowanym wysoki - ale obecnie, jak twierdzą prawdziwi naukowcy z dziedziny nauki o człowieku, IG, ŁG (Ładunek glikemiczny) -  nie mają istotniejszego wpływu na funkcję trzustki i na ilość wyrzuconej insuliny, istotniejsza jest faktyczna zawartość cukru bez wliczania błonnika na 100 g warzywa lub owocu. Jeden wzór na wyliczenie ładunku glikemicznego durniejszy od drugiego, czyli na wyliczenie indeksu glikemicznego. I to wszystko po to, by namieszać ludziom w głowach; by żerować na ich niewiedzy.
Dr Montignack w swojej diecie rozpoczął od wymyślania ww. niedorzeczności, twierdząc, że najlepiej jeść produkty o niskim IG, bowiem im niższy indeks, tym mniejszy wpływ na poziom glukozy we krwi. Oczywiście, że dobrze jest, jeśli pokarm ma mniejszy wpływ na poziom glukozy we krwi, ale nieprawdziwe jest twierdzenie, że pokarm węglowodanowy o niskim IG i ŁG - odgrywa jakąś znaczącą rolę w zdrowiu. A zatem, żeby osiągnąć dobre zdrowie - nie wystarczy jeść pokarmów węglowych o niskim indeksie, czyli np. złożonych (np. ryż brązowy "dziki"), a nie prostych (np. wyrobów cukierniczych) o stosunkowo wysokim indeksie - lecz należy ograniczyć w ciągu dnia całkowite spożycie wszystkich węglowodanów do około 70-100 g (wg dr. Lutza).
Prawdziwi badacze udowadniają, że nie ma związku między ustalonym IG pożywienia a indeksem insulinowym, czyli ilością wyprodukowanej insuliny, jako odpowiedzią na węglowodany zawarte w posiłku.
Istotne jest, aby suma całkowita wszystkich węglowodanów: złożonych i prostych była do około 70-100 g (najlepiej do 70)!
Jedyną róznicą pomiędzy zjadaniem złożonych węgli a prostych - jest niewielka różnica w czasie wchłaniania jednych i drugich. Te pierwsze wchłaniają się nieco wolniej od tych drugich; tj. jedynie o kilka minut.
Reasumując: czy zjemy węgle proste czy złożone, czy o wysokim IG czy niskim, wszystkie węgle podnoszą glukozę we krwi - już po 10-15 minutach. I tak - ostatecznie trzustka, na wszystkie węgle będzie musiała wyrzucić tyle samo insuliny!

Wracając do tematu... Przykładowo mogłoby być tak: podanie glukozy w dużych dawkach szybkiemu utleniaczowi spowodowało dosyć szybki spadek pH krwi, czyli przesunie go jeszcze bardziej w kierunku kwaśnym. W tym przypadku nadmierna ilość szczawiooctanu, czyli zwiększenie w jedzeniu ilości węglowodanów, prowadzi do nadmiernego zakwaszenia. W jego pożywieniu należało zwiększyć ilość białka i tłuszczu, natomiast ograniczyć węglowodany.

Szybcy "utleniacze" mają zapotrzebowanie na: jod, cynk, cholinę, inozytol, bioflawonoidy, witaminę B5, B12, D. Taki szybki „utleniacz” charakteryzuje się niskim stosunkiem wapnia do fosforu w APW. Zwiększenie białek i tłuszczy jest po to, żeby zmniejszyć aktywność glikolizy. W przypadku dużej ilości węgli spożywanych przez "szybkich", dochodzi do deficytu energetycznego w komórkach oraz powstania nadmiernej ilości kwasów, głównie w drodze glikolizy beztlenowej (wykład dr. Rosendale`a). To zaś mogłoby tłumaczyć samopoczucie u osób, które mają po posiłkach tzw. zjazdy energetyczne i są śpiący (np. przypadek forowicza Trubadura z forum Biosłone i z forum "Lekarstwo na raka dr. Ashkara - NIA").

 Idąc tokiem rozumowania dr. Rosendale`a mogą też mieć początki objawów cukrzycy typu II lub początek tzw. nietolerancji glukozowej. Badanie glukozy czy hemoglobiny glikolizowanej nic w takim przypadku może nie wykazać. A wykaże miarodajne badanie oznaczenia poziomu insuliny w krwi, z tym, że w Polsce kilka lat temu takie badania robiły może tylko dwa laboratoria, wiem, że Łodzi i w Krakowie. Nie wiem, jak jest obecnie - ale nawet gdyby, to lekarze jadą klasycznie z badaniami cukru we krwi, bo tak ich nauczono (czytaj: wytresowano przez rzeczone lobby, bo po co przyczynowo wyleczać, skoro naprodukowano igiełek, strzykawek, pasków ketonowych, glukometrów i konowałów i innych tzw. dietetyków od przemysłu cukrowego w organizmie człowieka; widziałem na oddziale diabetologicznym, jaka jest dieta dla cukrzyka i jaka jest zalecana do domu - przeważnie procukrzycowa).
       
Obecnie moja wiedza jest nieco inna na temat tych tzw. zjazdów energetycznych, opisywanych wyżej. Obecnie uważam, że  prócz nieprawidłowości glikemicznych - po prostu mogło wystąpić zwykłe "przejedzenie" się lub hipokartyninemia (czytaj: niedobór karnityny, ale to w swoim czasie wyjaśnię...). Zbyt duży dowóz substancji odżywczych w stosunku do zapotrzebowania organizmu na tę chwilę. (To tez temat na inny czas...)

Czyli ww. przypadek pokazuje, że forowicz pomimo jedzenia teoretycznych "alkalizatorów" dalej się "zakwaszał", bo pomimo iż były to warzywa i owoce, to jednak dalej spora ilość węglowodanów w jego diecie (czyli dominująca rola pewnych hormonów nad hormonami trzymającymi w ryzach równowagę).


 Podaję wyżej przykłady na to, jak mocno teoretyczna jest owa zasada o równowadze kwasowo-zasadowej. Dlatego też zwracam uwagę, aby nie ulegać pochopnemu pędowi ku alkalizacji (ostatni krzyk mody w medycynie natusr*lnej).
Sam stosowałem proszek dra Auera, to wiem jakie miałem komplikacje ze zdrowiem. Dostarczałem pustych substancji teoretycznie alkalizujących i uszczęśliwiałem nimi na siłę organizm. Analogia do zażywania np. Slow Magu z witaminą witaminą B6: farmaceuci wciskają na siłę, żeby "uszczęśliwiać" na siłę pacjentów, tj. mocnogwłacenia ich organizmów, gdzie organizm chciał, nie chciał - był zmuszony przez witaminę B6 do wchłonięcia/niewchłonięcia, przyswojenie/nieprzyswojenia chlorku magnezu. Odnośnie zażywania bezmyślnego owych proszków (m.in. też Alkala S, T, N) - jak pamiętam, po zażyciu takiego proszku, prócz Herxów – bóle żołądka - i (uwaga!) wrzody z przejściem z nadkwaśności do niedokwaśności. Ta ostatnia forma kończy się rakiem najczęściej. Później nastąpiła cała kaskada chorób, czyli skutków refluksu przełykowego i ponadprzełykowego do stanu przedrakowego np. górnych dróg oddechowych ( na skutek przesączania się treści żołądkowej do drzewa oskrzelowego), czy nabycia POChP (Przewlekła obturacyjna choroba płuc), inne patologie.

Należy zwrócić uwagę, że zwiększając pH żołądka, czyli obniżając mu odpowiednią kwasowość (norma 2,5, a zwiększenie do ok. 7, czyli pH wody), jak jest słabe zabezpieczenie organizmu przed wpływem intruzów do organizmu przy takiej lichej, żadnej barierze, pomimo stojącego w gotowości bojowej systemu odpornościowego... Ponadto - jak ogromne skutki patologii (dyspepsja) powstaną w całym organizmie, począwszy od chorób przewodu pokarmowego po alergie, choroby z autoagresji, kończąc na chorobach psychicznych. Oczywiście, przy dodatkowej pomocy w procesie medykalizacyjnym, bo ww. choroby najpierw powodują zwykłe zaburzenia neurotyczne, a psychiatria, zwana dalej tzw. ludobójstwem miękkim - produkuje pacjentów dożywotnich na swój użytek i lobby farmaceutyczno-medycznego, programując ich przy pomocy różnych kolorowych kapsułek na chorych psychicznie w swoim przemyśle psychiatrycznym. Wespół z ww. "alkalizatorami naturalnymi" medycyna klasyczna dokłada jeszcze swoje tzw. leki osłonowe, czyli dalej obniżające kwasowość środowiska żołądka, naturalizujące kwasy, które się przedostają ku gorze z żołądka (refluks), one są na bazie bardzo toksycznego glinu oraz 3. grupa leków, które działają na zastawkę mięśniową (zwieracz przełyku/"sfinkter"), żeby ją usztywnić, żeby się zamykała i nie pozwalała na cofanie się treści żołądkowej czy też żołądkowo-jelitowej (żółć z dwunastnicy - refluks mieszany). W tym przypadku - ta grupa leków, po około m-cu brania doprowadza do co najmniej arytmii serca, ponieważ leki te nie działają wybiórczo akurat na usztywnienie zastawki mięśniowej/zwieracza/zwieraczy.

Przy okazji zaznaczę, że punkt zwrotny w moim powrocie prawie do pełnego zdrowia spowodowała kompleksowa kuracja odpowiednią dietą. Właśnie typowo "zakwaszającą" - obfitującą w mięcho, jaja, tłuste wywary kostno-mięsne. Jest to DW GAPS (Dieta wprowadzająca do pełnej diety w Zespole psychologiczno-jelitowym, czyli w GAPS), zmodernizowana przeze mnie, tj. podobna do DP (Dieta prozdrowotna), która wprowadza z kolei w ZZO (Zasady zdrowego odżywiania) z Biosłone. Ale zmodernizowaną w tej pierwszej fazie (analogicznej do I etapu DP) - doprowadzania jelit do biostazy, czyli na etapie tzw. antygrzybiczym, gdzie chwilowo odrzucam jedzenie nawet tych warzyw, które są dopuszczane w DP, ale są wysokowłókniste i wysokoskrobiowe (np. ziemniaki), chociaż mające stosunkowo niską zawartość cukru w 100 g i możliwy IG. (Kto przyswoił treść książki pt. "GAPS" dr Cambell będzie wiedział, jakie są subtelne różnice między DW GAPS a DP, ale na ww. etapie tylko; zaś po korekcie i po jego realizacji,  można pokusić się o przejście na DP i docelowo w ZZO - zmodernizowaną o niektóre wyżej wspomniane aspekty z DW GAPS oraz z samej GAPS)
A więc twierdzenie, że ZZO z BS jest dietą szkodliwą, bo "zakwaszającą" jest nieuzasadnione ani praktycznie, ani teoretycznie (wg prawdziwych naukowców niezależnych, niesiedzących w kieszeni lobby farmaceutyczno-medycznego, ani w kieszeni lobby rolnictwa "ekologicznego", lub lobby przemysłu spożywczo-przetwórczego, czyli naukowców tworzących prawdziwe podstawy z biochemii, biologii, nauki o człowieku, fizjologii, itd.).
Prócz ww. diety w punkcie zwrotnym do odzyskiwania mojego przyczyniła się  mikstura detoksykacyjna wg Łukasza D. Kinga, czyli tzw. Super mikstura (m.in. w składzie - Błonnik witalny, oczyszczany CO2) ; i przede wszystkim - trening redukcji oddechu wg dr. Buteyko (prekursor, wg mnie ustalenia drugiej naczelnej przyczyny wszystkich chorób po toksemii - niedotlenienia komórkowego, a jeśli niebezpośredniej przyczyny, to jakby pierwszej pośredniej przyczyny po toksemii, jako jedynej naczelnej).

Wracając do mitu/straszaka tzw. zakwaszania organizmu...

Ktoś powie, że chemiczne alkalizatory może i szkodzą, ale przecież ja jem w naturze produkty alkalizujące, to przecież postępuje zdrowo. I tak, i nie... Jeśli jem znów na siłę, bo tak mówi książka jakiegoś kolejnego kuglarza, który poszedł na układ z lobby farmaceutycznym, to to jest, mówiąc językiem prawaka, łajdak, który najczęściej dla kasy oszukuje chorych ludzi. Gdyby było to skuteczne - lobby nigdy by nie dopuściło takiej wiedzy do użytku publicznego.
 I tutaj analogia do polityki. Gdyby wybory powszechne istotnie wpływały na poprawę stopy życiowej ludzi w Polsce, to dawno byłyby zakazane, jak mówi klasyk-prawak-numer jeden RP - Janusz Korwin-Mikke. Wszystko co złe - musi pochodzić od lewactwa, musi być wynaturzone i odwrócone do góry nogami...

Jeśli organizm podpowiada, że smakuje mi takie żywienie alkaliczne (np. doraźnie), stosując się do zasady (4 x s, czyli: smak, samopoczucie, swoja waga, samoedukacja) naturoterapeuty Pana Witolda Jarmołowicza, wiedząc ze np. preferuje takie jedzenie, gdyż prawdopodobnie jest wolnym "utleniaczem" (spowolniona przemiana materii), to owszem, ale przecież taki stan przemiany materii nie jest dany człowiekowi dożywotnio. Przecież uzyskanie dobrego samopoczucia, przy dobrym smaku, a odpuszczeniu sobie innych dwóch "s", zwłaszcza wiedzy podstawowej o zdrowiu i prawdziwej wiedzy biochemicznej czy fizjologicznej, czy nauki o człowieku - jest tylko doraźnym maskowaniem faktycznego stanu zdrowia. Ci, którzy zjadają "alkalizatory" i twierdzą, że się dobrze czują, to nie musi oznaczać, że zdrowieją.

Właśnie to jest wredne na wegetarianizmie, że człowiek nie odczuwa symptomów pogorszenia zdrowia, tylko złudzenie poprawy, bo faktycznie czuje się dobrze. Ale w ostatecznym rozrachunku, często budzi się z ręką w nocniku... Znów prawdziwa nauka mówi, że bez białka zwierzęcego - jedzenie roślinek, gdzie dominują np. szczawiany, fityniany i gluten  (te trzy wymienione) - hamują wchłanianie np. związków magnezu, wapnia, żelaza, innych.
Pamiętamy, jak związki magnezu w suplach nie chciały się wchłaniać z przewodu pokarmowego, gdzie jeszcze farmacja lub medycyna przestrzegała, aby nie zażywać razem z produktami wapniowymi, bo magnez się nie wchłonie, a spotkają się razem na południu w najlepszym wypadku, jeśli nie powstaną złogi na nerkach. Przy czym to ostrzeżenie było znów błędne: - jedz magnez albo na pusty żołądek, albo z roślinkami; nie jedz z mięsem przykładowo, bo w nim wapń. No nic bardziej błędnego! Jeśli magnez z roślinkami (ww. 3 grupy hamulców wchłaniania pierwiastków), to zero wchłaniania; na pusty brzuch - kiepskie wchłanianie, bo bez udziału buforu białka odzwierzęcego, oraz ewentualne podrażnienia śluzówki przewodu pokarmowego; itd. Od kiedy zacząłem zażywać jabłczan magnezu,  stosować z mięchem lub z wywarami, to magnez wchłaniał się i przyswajał jak złoto... A jaki wapń jest w mięsie, pytam się? Co innego jakby to były produkty mleczne, to zgoda, ale ja takowych nie jadam, bo nie lubię od dziecka. Przy okazji zaznaczę tylko, że najlepsza forma wchłaniania chlorku magnezu jest u mnie przez skórę (postać "oliwy magnezowej"); poprzednia (moczenie nóg w wodzie z chlorkiem magnezu) dawała skutki jakby mocno niekorzystne, ale na to miało wpływ wiele innych czynników (np. złogi różnych soli i zbyt duży niedobór potasu, co opisywałem w wątku dotyczącym trudności/nieprzyswajania się chlorku magnezu).

[Cdn. - pisze się...]

                                                                                                                           Zbigniew Zibi Osiewała