Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

wtorek, 18 sierpnia 2015

Obalanie mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu... [część I]





Zgodnie z moją 'misją' obnażania prawdy o zdrowiu, zakamuflowanej przez łajdackie lobby farmaceutyczno-medyczne, postanowiłem obalić kolejne kuglarstwo medycyny akademickiej i jej popleczników w aspekcie tzw. zakwaszenia organizmu i szkodliwych teorii na temat tzw. alkalizacji organizmu, a przy tym często przy pomocy (tfu!) suplementów diety.
"Jedną z największych tragedii życia jest morderstwo dokonane na pięknej teorii przez brutalną bandę faktów" ~ La Rochefoucauld
(Z tego morderstwa - wypłyną korzyści dla chorych, oszukiwanych przez mafię farmaceutyczno-medyczną i ich popleczników, zaś samym łajdakom z mafii - ból czterech liter z powodu spadku korzyści materialnych na żerowaniu na krzywdzie ludzkiej.)



"Wszystkie teorie naukowe są fałszywe. Różnią się tylko stopniem fałszywości"

 

Ogólna analiza:


Macki sekty/mafii farmaceutyczno-medycznej poprzez jej odnogi np. wegetarianizmu (medycyna naturalna lub nawet "nadnaturalna"), a w zasadzie np. wegefrutanizmu sięgają bardzo daleko i (o, zgrozo!) dosyć skutecznie... Co i rusz - odgrzewa się modny temat alkalizacji ("odkwaszanie") rzekomo zakwaszonego organizmu współczesnego człowieka. Ten zaś funkcjonując jako mit/starszak - ryje beret, nie tylko przeciętnemu zjadaczowi chleba (leming-pacjent), ale i niektórym niby znającym przyczyny istoty rzeczy, czyli mądrym, który wiedzą, jak leczyć przyczynowo swoje choroby.



Tzw. zakwaszenie organizmu (mit/starszak na leminga-pacjenta) - to taki sam wałek farmaceutyczno-medyczny i ich popleczników w XXI w. i wcześniej jak i dotyczący mitu/straszaka cholesterolowego, mitu/starszaka, przy pomocy którego zwalczano pasożyty i wszelkie robactwo (parazytologia - dział medycyny, który walczy z mikrobami, bez racjonalnego i priorytetowego usuwania przyczyny) - uważając je za przyczynę całego zła na Ziemi, a głównie za terrorystę chorobowego XX i XXI w.

W świecie prawackim, normalnym, nie-wynaturzonym produkuje się produkty żywnościowe, aby żyło się ludziom zdrowo i normalnie. W świecie lewackim, wynaturzonym, łajdackim - tworzy się teoryjki i manipuluje ludźmi, produkując problemy i patologie, aby móc robić biznes na sprzedawanych produktach (leki, suple, produkty żywnościowe niby zdrowe, często tzw. ekologiczne" - żeby leczyć wykreowane przez łajdaków choroby).

Coś jak dr Kwaśniewski: wyprodukował "złotą proporcję" dla diety optymalnej, która szkodziła na tyle w miarę zdrowym, żeby później ich wyciągać spektakularnie np. za pomocą prądów selektywnych i innych metod wchodzących w skład terapii DO. I w ten sposób chory odnosił złudne wrażenie, że DO faktycznie działa. Bardzo chorzy kończyli przygodę z dietą tragicznie. Kwaśniewski ubzdurał sobie, że ludzie się nie tylko "zakwaszają", ale i "przebiałczają", podczas gdy prawdziwa nauka mówi, że jest akurat odwrotnie. Nie ma takiego terminu naukowego jak "zakwaszenie", a tym bardziej "przebiałczenie". Dieta optymalna byłaby dobra gdyby zwiększyć w niej ilość dzienną białka zwierzęcego (ale tego samego dnia, żeby nie było takiej różnorodności w białkach, jak u Kwaśniewskiego: kilka rodzajów mięs, serów, jaja, śmietana, tylko najwyżej dwa rodzaje białka)  i nieco węglowodanów, jak to jest w diecie u dr. Lutza (ok. 72 - 100 g). Kwaśniewski miał pogląd, że można się łatwo "przebiałczyć", przecukrzyć, ale nigdy "przetłuścić". Dokładnie jak w tym sucharze studenckim: "Jaka jest różnica między słoniem a fortepianem? - Fortepian można zasłonić, a słonia nie można zafortepianić"...

Tymczasem białko zwierzęce było i jest najlepszym/najbezpieczniejszym buforem cukrowym. W wyniku jego niedoboru - Optymalni najpierw chudli, ulegając procesowi lipokinezy, ale po jakimś czasie na powrót wchodzili w tzw. neolipogenezę. Powracała cukrzyca, stłuszczenie trzustki, wątroby, itd. a nawet fundowali sobie raka. I to wszystko przez niedobór białka - jako buforu bezpieczeństwa nasycenia głodu komórkowego, najogólniej mówiąc. Jeśli występował u nich niedobór cukrów, a byłaby odpowiednio wysoka podaż białka - większych problemów ze zdrowiem by nie mieli. Ale do tego trzeba się kierować wiedzą naukową, a nie poglądami. (Temat na inny czas...)

Tak więc, uleganie szkodliwym trendom rodem z meNdycyny natusr*lnej, nie pozwoliło mi dłużej czekać i popełniać grzechu zaniechania. Tym bardziej, gdy widzę całkiem rozsądnych ludzi, którzy pewnie z desperacji dali się podejść łajdakom-"dobrodziejom", autorom publikacji o dietach alkalizujących, tudzież naiwnym, omamionym wcześniej przez proces indoktrynacji medycyny klasycznej.

Gdyby medycyna naturalna byłaby taka skuteczna, to lobby farmaceutyczno-medyczne  już dawno by ją zlikwidowało lub przynajmniej opatentowało leki leczące niby przyczynowo - wprowadziło na nie recepty i narzuciło ceny astronomiczne lub np. wykupiłoby całe dorzecze Amazonii z całym dobrodziejstwem właściwości leczniczych tamtejszego biosystemu, np. zioła (np. Vilcacora i inne), na bazie których produkuje się bez recepty: paraprotex, detox+ i inne. Ale gdyby nawet znaleźliby takie cudowne leki, to pomimo drożyzny nie cofnięto by się przed wymyśleniem jakiegoś chwytu oszukańczego, żeby lek nie był do końca skuteczny, gdyż w przeciwnym wypadku oznaczałoby to i tak pewną plajtę tego interesu, który musi być przecież dożywotni dla pacjentów i dla lobby.


No, ale do brzegu...

Około 5 lat temu na forum Biosłone (Hipokretejski nurt prawdziwej profilaktyki prozdrowotnej) był forumowicz, niejaki Pancho Yos. Twierdził on, że ma rozregulowaną równowagę kwasowo-zsadową organizmu, nie wiedział tylko, w którą stronę przesuwa mu się pH. Jak opowiadał - mimo jedzenia surówek warzywnych oraz zażywania/picia witaminy C – czuł się bardzo niedobrze. A konkretnie: po wypiciu witaminy C miał lepsze samopoczucie niż po zjedzeniu zestawu warzyw niby alkalizujących. Zastanowił mnie (byłem eksperterm/profilaktykiem zdrowia na forum, wówczas antymedycznym, obecnie niemedycznym, czyli profilaktyki zdrowia - Biosłone ) ten przypadek, gdyż wówczas nie był to przypadek jako wyjątek od reguły. Spotkałem więcej takich osób i sam też tak miałem – po zakończeniu DO dr. Kwaśniewskiego Jana. Te przypadki mocno mnie nurtowały.
Jeśli chodzi o tę ówczesną i obecną teorię równowagi zasadowo-kwasowej, to była jeszcze w pełni niezbadana, a tym bardziej w aspekcie takim jak niemożność jednoznacznego przyporządkowania produktów kwaso/zasadotwórczych. Większość naukowców (i tym bardziej naŁukowców) do tej pory nie zdołała wypracować konsensusu co do zasady równowagi kwasowo-zasadowej u człowieka (wielorakość szkół i teorii). Wiele mówiono wówczas na różnych spotkaniach naturoterapeutów na temat APW (analiza pierwiastkowa włosa), która miała pomagać w indywidualnym typowaniu rodzaju metabolizmu.

Przykładowo: jeśli dominował typ współczulny (symaptyczny) – to organizm był przesunięty bardziej w kierunku kwaśnym. Jeśli zaś dominował przywspółczulny (parasympatyczny), to tzw. szybki lub wolny "utleniacz" (czytaj: spowolniony lub przyśpieszony metabolizm), był przesunięty bardziej w kierunku zasadowym. W tych przypadkach zastosowana była regulacja układu endokrynnego, który może powodować napływ minerałów tych alkalizujących np.: wapń, sód, potas. Produkty zasadowe to m.in.: pomidory, sałata, ogórki, kapusta, buraki. Bawiąc się w precyzyjność księgowego, to co do pomidora bym się zastanawiał, czy nie postawić go na półce neutralnych, a w niektórych przypadkach nawet "zakwaszających" organizm, (ale to również temat na inny czas...).  Głównie chodzi o kwas benzoesowy, który również występuje w borówkach oraz w żurawinie i teoretycznie te owoce można zaliczyć do "zakwaszających". Nie tylko lokalnie, ale i ogólnie organizm przesuwa minimalnie pH krwi w kierunku kwaśnym, a co najważniejsze dla leczących się na infekcje dróg moczowych - zakwaszają mocz. Oczywiście, nie znaczy to, że doprowadza do kwasicy metabolicznej, czyli patologii. I tak należy interpretować to chwilowe, niepatologiczne "zakwaszenie", które, jak się później okaże, jest zbawienne dla odzyskania lub utrzymania zdrowia.

Stawiam taki wniosek: żeby zdrowieć - należy się "zakwaszać", a nie "odkwaszać". Uzasadnienie tego będę sukcesywnie rozwijał...

Po uzyskaniu wywiadu chorobowego od Pancha ustaliłem, że może to być typ „utleniacza” szybkiego i jest on tzw. kwaśny. I jeśli jadł on warzywa, które są sklasyfikowane jako alkalizujące, to się jeszcze bardziej "zakwaszał", czyli przesuwał pH krwi w kierunku kwaśnym.
Chodziło o to, że wcześniej był na diecie „korytkowej” (wysokowęglowodanowej) przez długie lata i nagle przeszedł na odżywianie niskowęglowodanowe, ale ubogobiałkowe i ubogotłuszczowe. Jadł duże ilości warzyw: buraków i pomidorów, i pomimo że są to tzw. alkalizatory, to jednak dalej wtłaczał w siebie węglowodany.
A propos "gorszych" i "lepszych" węglowodanów... Zawartość cukrów przyswajalnych (bez błonnika) w 100 g buraka = ok. 8 gramów (oraz tyle samo cukru lub trochę mniej w 100 g pomidora) oraz IG (indeks glikemiczny) buraka surowego i pomidora ok. 30 (czyli niski, natomiast buraka gotowanego - wysoki). Dietetycy klasyczni i niereformowalni medycy klasyczni twierdzą, że indeks glikemiczny pomidora bardziej przyzwoity niż w buraku gotowanym, bo niski, a w buraku gotowanym wysoki - ale obecnie, jak twierdzą prawdziwi naukowcy z dziedziny nauki o człowieku, IG, ŁG (Ładunek glikemiczny) -  nie mają istotniejszego wpływu na funkcję trzustki i na ilość wyrzuconej insuliny, istotniejsza jest faktyczna zawartość cukru bez wliczania błonnika na 100 g warzywa lub owocu. Jeden wzór na wyliczenie ładunku glikemicznego durniejszy od drugiego, czyli na wyliczenie indeksu glikemicznego. I to wszystko po to, by namieszać ludziom w głowach; by żerować na ich niewiedzy.
Dr Montignack w swojej diecie rozpoczął od wymyślania ww. niedorzeczności, twierdząc, że najlepiej jeść produkty o niskim IG, bowiem im niższy indeks, tym mniejszy wpływ na poziom glukozy we krwi. Oczywiście, że dobrze jest, jeśli pokarm ma mniejszy wpływ na poziom glukozy we krwi, ale nieprawdziwe jest twierdzenie, że pokarm węglowodanowy o niskim IG i ŁG - odgrywa jakąś znaczącą rolę w zdrowiu. A zatem, żeby osiągnąć dobre zdrowie - nie wystarczy jeść pokarmów węglowych o niskim indeksie, czyli np. złożonych (np. ryż brązowy "dziki"), a nie prostych (np. wyrobów cukierniczych) o stosunkowo wysokim indeksie - lecz należy ograniczyć w ciągu dnia całkowite spożycie wszystkich węglowodanów do około 70-100 g (wg dr. Lutza).
Prawdziwi badacze udowadniają, że nie ma związku między ustalonym IG pożywienia a indeksem insulinowym, czyli ilością wyprodukowanej insuliny, jako odpowiedzią na węglowodany zawarte w posiłku.
Istotne jest, aby suma całkowita wszystkich węglowodanów: złożonych i prostych była do około 70-100 g (najlepiej do 70)!
Jedyną róznicą pomiędzy zjadaniem złożonych węgli a prostych - jest niewielka różnica w czasie wchłaniania jednych i drugich. Te pierwsze wchłaniają się nieco wolniej od tych drugich; tj. jedynie o kilka minut.
Reasumując: czy zjemy węgle proste czy złożone, czy o wysokim IG czy niskim, wszystkie węgle podnoszą glukozę we krwi - już po 10-15 minutach. I tak - ostatecznie trzustka, na wszystkie węgle będzie musiała wyrzucić tyle samo insuliny!

Wracając do tematu... Przykładowo mogłoby być tak: podanie glukozy w dużych dawkach szybkiemu utleniaczowi spowodowało dosyć szybki spadek pH krwi, czyli przesunie go jeszcze bardziej w kierunku kwaśnym. W tym przypadku nadmierna ilość szczawiooctanu, czyli zwiększenie w jedzeniu ilości węglowodanów, prowadzi do nadmiernego zakwaszenia. W jego pożywieniu należało zwiększyć ilość białka i tłuszczu, natomiast ograniczyć węglowodany.

Szybcy "utleniacze" mają zapotrzebowanie na: jod, cynk, cholinę, inozytol, bioflawonoidy, witaminę B5, B12, D. Taki szybki „utleniacz” charakteryzuje się niskim stosunkiem wapnia do fosforu w APW. Zwiększenie białek i tłuszczy jest po to, żeby zmniejszyć aktywność glikolizy. W przypadku dużej ilości węgli spożywanych przez "szybkich", dochodzi do deficytu energetycznego w komórkach oraz powstania nadmiernej ilości kwasów, głównie w drodze glikolizy beztlenowej (wykład dr. Rosendale`a). To zaś mogłoby tłumaczyć samopoczucie u osób, które mają po posiłkach tzw. zjazdy energetyczne i są śpiący (np. przypadek forowicza Trubadura z forum Biosłone i z forum "Lekarstwo na raka dr. Ashkara - NIA").

 Idąc tokiem rozumowania dr. Rosendale`a mogą też mieć początki objawów cukrzycy typu II lub początek tzw. nietolerancji glukozowej. Badanie glukozy czy hemoglobiny glikolizowanej nic w takim przypadku może nie wykazać. A wykaże miarodajne badanie oznaczenia poziomu insuliny w krwi, z tym, że w Polsce kilka lat temu takie badania robiły może tylko dwa laboratoria, wiem, że Łodzi i w Krakowie. Nie wiem, jak jest obecnie - ale nawet gdyby, to lekarze jadą klasycznie z badaniami cukru we krwi, bo tak ich nauczono (czytaj: wytresowano przez rzeczone lobby, bo po co przyczynowo wyleczać, skoro naprodukowano igiełek, strzykawek, pasków ketonowych, glukometrów i konowałów i innych tzw. dietetyków od przemysłu cukrowego w organizmie człowieka; widziałem na oddziale diabetologicznym, jaka jest dieta dla cukrzyka i jaka jest zalecana do domu - przeważnie procukrzycowa).
       
Obecnie moja wiedza jest nieco inna na temat tych tzw. zjazdów energetycznych, opisywanych wyżej. Obecnie uważam, że  prócz nieprawidłowości glikemicznych - po prostu mogło wystąpić zwykłe "przejedzenie" się lub hipokartyninemia (czytaj: niedobór karnityny, ale to w swoim czasie wyjaśnię...). Zbyt duży dowóz substancji odżywczych w stosunku do zapotrzebowania organizmu na tę chwilę. (To tez temat na inny czas...)

Czyli ww. przypadek pokazuje, że forowicz pomimo jedzenia teoretycznych "alkalizatorów" dalej się "zakwaszał", bo pomimo iż były to warzywa i owoce, to jednak dalej spora ilość węglowodanów w jego diecie (czyli dominująca rola pewnych hormonów nad hormonami trzymającymi w ryzach równowagę).


 Podaję wyżej przykłady na to, jak mocno teoretyczna jest owa zasada o równowadze kwasowo-zasadowej. Dlatego też zwracam uwagę, aby nie ulegać pochopnemu pędowi ku alkalizacji (ostatni krzyk mody w medycynie natusr*lnej).
Sam stosowałem proszek dra Auera, to wiem jakie miałem komplikacje ze zdrowiem. Dostarczałem pustych substancji teoretycznie alkalizujących i uszczęśliwiałem nimi na siłę organizm. Analogia do zażywania np. Slow Magu z witaminą witaminą B6: farmaceuci wciskają na siłę, żeby "uszczęśliwiać" na siłę pacjentów, tj. mocnogwłacenia ich organizmów, gdzie organizm chciał, nie chciał - był zmuszony przez witaminę B6 do wchłonięcia/niewchłonięcia, przyswojenie/nieprzyswojenia chlorku magnezu. Odnośnie zażywania bezmyślnego owych proszków (m.in. też Alkala S, T, N) - jak pamiętam, po zażyciu takiego proszku, prócz Herxów – bóle żołądka - i (uwaga!) wrzody z przejściem z nadkwaśności do niedokwaśności. Ta ostatnia forma kończy się rakiem najczęściej. Później nastąpiła cała kaskada chorób, czyli skutków refluksu przełykowego i ponadprzełykowego do stanu przedrakowego np. górnych dróg oddechowych ( na skutek przesączania się treści żołądkowej do drzewa oskrzelowego), czy nabycia POChP (Przewlekła obturacyjna choroba płuc), inne patologie.

Należy zwrócić uwagę, że zwiększając pH żołądka, czyli obniżając mu odpowiednią kwasowość (norma 2,5, a zwiększenie do ok. 7, czyli pH wody), jak jest słabe zabezpieczenie organizmu przed wpływem intruzów do organizmu przy takiej lichej, żadnej barierze, pomimo stojącego w gotowości bojowej systemu odpornościowego... Ponadto - jak ogromne skutki patologii (dyspepsja) powstaną w całym organizmie, począwszy od chorób przewodu pokarmowego po alergie, choroby z autoagresji, kończąc na chorobach psychicznych. Oczywiście, przy dodatkowej pomocy w procesie medykalizacyjnym, bo ww. choroby najpierw powodują zwykłe zaburzenia neurotyczne, a psychiatria, zwana dalej tzw. ludobójstwem miękkim - produkuje pacjentów dożywotnich na swój użytek i lobby farmaceutyczno-medycznego, programując ich przy pomocy różnych kolorowych kapsułek na chorych psychicznie w swoim przemyśle psychiatrycznym. Wespół z ww. "alkalizatorami naturalnymi" medycyna klasyczna dokłada jeszcze swoje tzw. leki osłonowe, czyli dalej obniżające kwasowość środowiska żołądka, naturalizujące kwasy, które się przedostają ku gorze z żołądka (refluks), one są na bazie bardzo toksycznego glinu oraz 3. grupa leków, które działają na zastawkę mięśniową (zwieracz przełyku/"sfinkter"), żeby ją usztywnić, żeby się zamykała i nie pozwalała na cofanie się treści żołądkowej czy też żołądkowo-jelitowej (żółć z dwunastnicy - refluks mieszany). W tym przypadku - ta grupa leków, po około m-cu brania doprowadza do co najmniej arytmii serca, ponieważ leki te nie działają wybiórczo akurat na usztywnienie zastawki mięśniowej/zwieracza/zwieraczy.

Przy okazji zaznaczę, że punkt zwrotny w moim powrocie prawie do pełnego zdrowia spowodowała kompleksowa kuracja odpowiednią dietą. Właśnie typowo "zakwaszającą" - obfitującą w mięcho, jaja, tłuste wywary kostno-mięsne. Jest to DW GAPS (Dieta wprowadzająca do pełnej diety w Zespole psychologiczno-jelitowym, czyli w GAPS), zmodernizowana przeze mnie, tj. podobna do DP (Dieta prozdrowotna), która wprowadza z kolei w ZZO (Zasady zdrowego odżywiania) z Biosłone. Ale zmodernizowaną w tej pierwszej fazie (analogicznej do I etapu DP) - doprowadzania jelit do biostazy, czyli na etapie tzw. antygrzybiczym, gdzie chwilowo odrzucam jedzenie nawet tych warzyw, które są dopuszczane w DP, ale są wysokowłókniste i wysokoskrobiowe (np. ziemniaki), chociaż mające stosunkowo niską zawartość cukru w 100 g i możliwy IG. (Kto przyswoił treść książki pt. "GAPS" dr Cambell będzie wiedział, jakie są subtelne różnice między DW GAPS a DP, ale na ww. etapie tylko; zaś po korekcie i po jego realizacji,  można pokusić się o przejście na DP i docelowo w ZZO - zmodernizowaną o niektóre wyżej wspomniane aspekty z DW GAPS oraz z samej GAPS)
A więc twierdzenie, że ZZO z BS jest dietą szkodliwą, bo "zakwaszającą" jest nieuzasadnione ani praktycznie, ani teoretycznie (wg prawdziwych naukowców niezależnych, niesiedzących w kieszeni lobby farmaceutyczno-medycznego, ani w kieszeni lobby rolnictwa "ekologicznego", lub lobby przemysłu spożywczo-przetwórczego, czyli naukowców tworzących prawdziwe podstawy z biochemii, biologii, nauki o człowieku, fizjologii, itd.).
Prócz ww. diety w punkcie zwrotnym do odzyskiwania mojego przyczyniła się  mikstura detoksykacyjna wg Łukasza D. Kinga, czyli tzw. Super mikstura (m.in. w składzie - Błonnik witalny, oczyszczany CO2) ; i przede wszystkim - trening redukcji oddechu wg dr. Buteyko (prekursor, wg mnie ustalenia drugiej naczelnej przyczyny wszystkich chorób po toksemii - niedotlenienia komórkowego, a jeśli niebezpośredniej przyczyny, to jakby pierwszej pośredniej przyczyny po toksemii, jako jedynej naczelnej).

Wracając do mitu/straszaka tzw. zakwaszania organizmu...

Ktoś powie, że chemiczne alkalizatory może i szkodzą, ale przecież ja jem w naturze produkty alkalizujące, to przecież postępuje zdrowo. I tak, i nie... Jeśli jem znów na siłę, bo tak mówi książka jakiegoś kolejnego kuglarza, który poszedł na układ z lobby farmaceutycznym, to to jest, mówiąc językiem prawaka, łajdak, który najczęściej dla kasy oszukuje chorych ludzi. Gdyby było to skuteczne - lobby nigdy by nie dopuściło takiej wiedzy do użytku publicznego.
 I tutaj analogia do polityki. Gdyby wybory powszechne istotnie wpływały na poprawę stopy życiowej ludzi w Polsce, to dawno byłyby zakazane, jak mówi klasyk-prawak-numer jeden RP - Janusz Korwin-Mikke. Wszystko co złe - musi pochodzić od lewactwa, musi być wynaturzone i odwrócone do góry nogami...

Jeśli organizm podpowiada, że smakuje mi takie żywienie alkaliczne (np. doraźnie), stosując się do zasady (4 x s, czyli: smak, samopoczucie, swoja waga, samoedukacja) naturoterapeuty Pana Witolda Jarmołowicza, wiedząc ze np. preferuje takie jedzenie, gdyż prawdopodobnie jest wolnym "utleniaczem" (spowolniona przemiana materii), to owszem, ale przecież taki stan przemiany materii nie jest dany człowiekowi dożywotnio. Przecież uzyskanie dobrego samopoczucia, przy dobrym smaku, a odpuszczeniu sobie innych dwóch "s", zwłaszcza wiedzy podstawowej o zdrowiu i prawdziwej wiedzy biochemicznej czy fizjologicznej, czy nauki o człowieku - jest tylko doraźnym maskowaniem faktycznego stanu zdrowia. Ci, którzy zjadają "alkalizatory" i twierdzą, że się dobrze czują, to nie musi oznaczać, że zdrowieją.

Właśnie to jest wredne na wegetarianizmie, że człowiek nie odczuwa symptomów pogorszenia zdrowia, tylko złudzenie poprawy, bo faktycznie czuje się dobrze. Ale w ostatecznym rozrachunku, często budzi się z ręką w nocniku... Znów prawdziwa nauka mówi, że bez białka zwierzęcego - jedzenie roślinek, gdzie dominują np. szczawiany, fityniany i gluten  (te trzy wymienione) - hamują wchłanianie np. związków magnezu, wapnia, żelaza, innych.
Pamiętamy, jak związki magnezu w suplach nie chciały się wchłaniać z przewodu pokarmowego, gdzie jeszcze farmacja lub medycyna przestrzegała, aby nie zażywać razem z produktami wapniowymi, bo magnez się nie wchłonie, a spotkają się razem na południu w najlepszym wypadku, jeśli nie powstaną złogi na nerkach. Przy czym to ostrzeżenie było znów błędne: - jedz magnez albo na pusty żołądek, albo z roślinkami; nie jedz z mięsem przykładowo, bo w nim wapń. No nic bardziej błędnego! Jeśli magnez z roślinkami (ww. 3 grupy hamulców wchłaniania pierwiastków), to zero wchłaniania; na pusty brzuch - kiepskie wchłanianie, bo bez udziału buforu białka odzwierzęcego, oraz ewentualne podrażnienia śluzówki przewodu pokarmowego; itd. Od kiedy zacząłem zażywać jabłczan magnezu,  stosować z mięchem lub z wywarami, to magnez wchłaniał się i przyswajał jak złoto... A jaki wapń jest w mięsie, pytam się? Co innego jakby to były produkty mleczne, to zgoda, ale ja takowych nie jadam, bo nie lubię od dziecka. Przy okazji zaznaczę tylko, że najlepsza forma wchłaniania chlorku magnezu jest u mnie przez skórę (postać "oliwy magnezowej"); poprzednia (moczenie nóg w wodzie z chlorkiem magnezu) dawała skutki jakby mocno niekorzystne, ale na to miało wpływ wiele innych czynników (np. złogi różnych soli i zbyt duży niedobór potasu, co opisywałem w wątku dotyczącym trudności/nieprzyswajania się chlorku magnezu).

[Cdn. - pisze się...]

                                                                                                                           Zbigniew Zibi Osiewała

3 komentarze:

  1. witam,

    a jak według Pana pozbyć sie grzybów z organizmu? np. bakterii Candida.
    znaną metodą jest właśnie odkwaszenie organizmu.

    wiem że to działa bo przetestowałam na sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze na anonimy nie odpowiadam. Po drugie nawet gdybym chciał, to czuję prowokację lub ignorowanie wiedzy o zdrowiu, a nawet wiedzy o terapiach natus*alnych. Sam jestem ciekaw - co to takiego te "bakterie Candida"?

      Usuń
    2. POnawiam pytanie, co to takiego: (BAKTERIE?!) Candida?

      Usuń