Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

niedziela, 26 marca 2017

Obalanie mitu o szkodliwości tzw. mikrofalówek oraz słów kilka o J. Ziębie

Jakże łatwo ludzie poddają się procesowi manipulacji, zwłaszcza przez propagandę medycyny akademickiej oraz, w takim samym stopniu lub nawet większym, przez propagandę tzw. medycyny naturalnej. Zazwyczaj stoją za tym firmy dystrybucyjne supli lub innych paraleków oraz firmy produkujące różne urządzenia, działające niby prozdrowotnie. Nad wszystkim ma i tak kontrolę wszechpotężne lobby farmaceutyczne. A ludzie myślą, że jak zaczną omijać instytucje związane ze służbą "zdrowia" szerokim łukiem, a będą korzystać ze zdobyczy wiedzy tzw. medycyny naturalnej, to będą mogli żyć długo i szczęśliwie.

Jeszcze raz przypomnę uprzejmie, że medycyna "naturalna" czy alternatywna może być tylko "mniejszym złem" niż medycyna akademicka w leczeniu chorób przewlekłych. Co mi za różnica zmanipulować system immunologiczny np. antybiotykiem syntetycznym, lub chemioterapeutykiem z apteki - czy też antybiotykiem naturalnym pochodzącym z maliny, lub z czosnku.

Zaznaczam, że prawdziwą alternatywą dla wszelkiej maści medycyn,  w tym i tej najlepszej (ludowej czy chińskiej starożytnej) jest profilaktyka prawdziwa wg nurtu profilaktyki prozdrowotnej Hipokratesa. Ponieważ prowadzę blog pt. "Zdrowie a Polityka", muszę się odnieść do porównania...
Podobnie - jak w wiedzy o zdrowiu istnieje prawdziwa alternatywa dla chorób i medycyny (Hipokratejski nurt profilaktyki prozdrowotnej) - tak i w polityce istnieje prawdziwa alternatywa dla pookrągłostołowej lewackiej sitwy, czyli tzw. bandy czworga i jej, co rusz nowo tworzonych, odprysków - jest nią opcja antysystemowa, wolnorynkowa, prawacka (WOLNOŚĆ, KNP, UPR, inne).
Tzw. medycyna naturalna czy alternatywna - to tylko opcja alternatywna, ale fasadowa, będącą tylko na niby w opozycji do medycyny akademickiej; podobnie - jak fasadowa jest opozycja w stosunku do partii rządzących w Polsce, po roku 1989, za tzw. neokomuny lub komuny bis. Zarówno w lewackiej służbie (tfu!) zdrowia oraz jej fasadowej alternatywie (różne rodzaje medycyn), jak i lewackich partiach naprzemiennie rządzących oraz ich fikcyjnych opozycjach - to wszystko służy żywotnym interesom syjonistyczno-masońskim kreatorom NWO.

Nie omieszkam zaznaczyć, że Jerzy Zięba, reprezentujący właśnie odmianę medycyny "naturalnej", czyli tzw. nową medycynę komplementarną - jest "memu ciału najbliższą koszulą", czyli ta wersja medycyny alternatywnej, to w jakimś procencie zbliżona jest do Hipokratesowego nurtu profilaktyki zdrowia; "mniejsze" zło. Do obalenia bandyckiej medycyny pod panowaniem WHO i lobby farmaceutycznego - jak na te czasy - i jak na samoświadomość wynaturzonego, zlewaczonego świata - może być wystarczająco skuteczna. Ale dla dobra ogólnie pojętego dobrostanu zdrowia ludzi - to ona przyczynowo niczego nie leczy.
Gdyby medycyna "naturalna" czy alternatywna była taka skuteczna, to chorych i chorób by nie przybywało w tempie geometrycznym, lecz ubywałoby. Tym czasem Polska, kilka lat temu, zajmowała drugie miejsce w świecie pod względem wykupu supli, czy innych paraleków, a chorych np. na nowotwory i inne choroby było statystycznie w ilości wiodącej prym w świecie.
Zarówno Jerzy Zięba, jak i inni szperacze, naturoterapeuci, prócz profilaktyków zdrowia (edukatorzy wiedzy o zdrowiu wg Hipokratesowego nurtu prozdrowotnego) - nie znają podstaw podstawy wiedzy o zdrowiu.
Nie wiedzą, że niektóre infekcje (np. przeziębieniowe) są naturalnym procesem oczyszczania organizmu z toksyn, komórek rakowych, quasi-rakowych. Dla nich taka infekcja o charakterze prozdrowotnym - stanowi również patologię, którą z całej mocy zwalczają, jak nie alopatycznie farmaceutykiem, to homeopatykiem, ziołolekiem, lub innym patykiem. Nie wiedzą, że organizm jest zdolny do auto-uzdrawiania, ale nie poprzez wyręczanie go w pokonywaniu jego czasowo złej kondycji, tylko we wspomaganiu go poprzez systematyczną detoksykację za pomocą środka naturalnego, działającego optymalnie pasywnie na jego funkcje. Nie wiedzą o tym, że organizm się uzdrawia wielowariantowo, a nie, jak im się wydaje, dwuwariantowo czy zero-jedynkowo (jest reakcja organizmu, więc trzeba działać kontrreakcją; np. jest gorączka, to trzeba ją zwalczyć wściekle naturalnym specyfikiem, bo gorączka, katar, kaszel, to patologia). Wreszcie tez nie wiedzą, że żeby dojść do dobrostanu zdrowia, to nie należy organizmu sterować ręcznie (np. aplikując modną obecnie wit. D3, K2, wściekle lewoskrętną witaminę C, itd.); tylko żeby organizm sam się wysterował z "automatu". Czyli istotniejsza jest wiedza - jak i czym go odciążać detoksem, ujmować mu balastu, odpowiednio optymalnie go odżywiać, a nie - jak hamować jego zdrową reakcję, aczkolwiek wydająca się niekorzystną dla samopoczucia, i podawać mu środki alopatyczne (naturalne mocno, bardziej niż natura), tylko dlatego, ze nieprzyjemny jest tzw. efekt ozdrowieńczy. Jeśli poprzez detoks organizm jest poganiany do samouzdrawiania, to należy mu ujmować środków stymulujących do tego detoksu,  a nie hamować go alopatycznie, przez co go "ogłupiamy" i dostarczamy kojonego materiału na balast egzo i endo toksyn - maskując faktyczny stan zdrowia oraz budując atrapę zdrowia.

Gdyby Zięba edukował w wiedzy o zdrowiu, to z  całym szacunkiem mógłby się nazywać doktorem (czytaj: nauczycielem o zdrowiu), ale jeśli naucza, zaleca terapie polegające na suplementowaniu, to czym on się rożni od dystrybutora leków czy paraleków, czyli klasycznego lekarza?  Czy jemu zależy na wyleczeniu chorego, czy na jego dożywotnim leczeniu? Czy jemu i konowałom - zdrowi ludzie - to jest po ich myśli?
„Pamiętam, że Pan Zięba na samym początku dosyć mocno naciskał, że suplementy to tylko dodatek i można ich używać bardzo krótko przy jakimś niedoborze lub stwierdzonej chorobie. Sam zwracał uwagę, na wzajemne powiązanie witamin i niedobór kilku innych, przy suplementowaniu się tylko określoną grupą. Do tego mocno punktował, że najważniejsze jest zdrowe odżywianie, dieta nieskowęglowodanowa, jajka, mięsa, warzywa i to z nich powinno się dostarczać wszystkiego czego potrzeba. Mocno krytykował mit cholesterolu i parę innych takich, które znamy. Mimo kilku dziurawych teorii, tą całością zaskarbił sobie rzesze wielbicieli. Tym którzy z nim zostali, widocznie łatwo było przyjąć po dwóch latach, że suplementy jednak muszą być i bez nich skazani jesteśmy na choroby oraz śmierć w męczarniach. Widocznie zapomniał już, czemu stali się jego wielbicielami na początku”. (~ Shadow)
"Gdyby jakaś Zięba czy inna ptica odkryła, że oto najbardziej schorowani ludzie świata, jakimi są Hamerykanie, nagle zaczęli zdrowieć, bo nałykali się jakichś supli, czy innego badziewia, to bym zrozumiał zachwyt nad tym badziewiem. Ale gdzież tam! Przylatuje taka ptica i donosi, że odkryła ukryte terapie, więc muszą być dobre, bo ukryte, czyli dotychczas nikomu nie pomogły, prócz producentów, oczywiście hamerykańskich. A durny Polak, jak wiadomo, wszystko kupi.” (~ Mistrz)

Tutaj dowód na to, że duże dawki witaminy C są szkodliwe (Jerzy Zięba nie przewidział tzw. recyklingu?!)
Rola witaminy C w organizmie ludzkim
Spośród 4.000 gatunków ssaków tylko organizmy ludzi, większości naczelnych, świnek morskich oraz niektórych gatunków nietoperzy nie syntetyzują witaminy C. Okazuje się jednak, że w toku ewolucji nasze gatunki wypracowały niezwykle wydajny mechanizm znakomicie kompensujący tę rzekomą ułomność. Otóż w zamian za zdolność syntezy kwasu askorbinowego występuje u nas bardzo wydajny mechanizm wychwytywania utlenionej formy witaminy C, czyli kwasu dehydroaskorbinowego (DHA) – związku powstającego z witaminy C w wyniku reakcji z wolnymi rodnikami tlenowymi. W większości świata ożywionego używającego witaminę C jako narzędzie obrony przed niszczycielskim wpływem wolnych rodników tlenowych kwas DHA jest traktowany jak związek zużyty, a więc niepotrzebny. W organizmie człowieka zostaje on jednak pochłonięty przez czerwone krwinki (erytrocyty), a następnie powtórnie przetworzony do aktywnej formy witaminy C, używanej do zgoła innych celów niż wyłapywanie wolnych rodników tlenowych.
Mamy zatem koronny dowód, że organizm ludzki nie wykorzystuje łatwo utleniającej się witaminy C jako typowego utleniacza w obronie przed niszczycielskim wpływem wolnych rodników tlenowych, jak to ma miejsce wśród organizmów syntetyzujących tę witaminę, gdyż jest ona wykorzystywana do zgoła innych celów, a mianowicie:
  • jest podstawowym składnikiem kwasu hialuronowego niezbędnego do syntezy kolagenu oraz w procesach kostnienia,
  • jest nieodzowna w przyswajaniu żelaza i syntezie hemoglobiny,
  • uczestniczy w procesach odpornościowych utrudniając wirusom przenikanie przez ściany komórkowe zdrowych komórek,
  • pełni ważną rolę regulacyjną we wzroście i rozwoju wszystkich komórek organizmu.
Organizmy zdolne do syntezy witaminy C są niezdolne do wychwytywania z krwi DHA, więc są zmuszone produkować ogromne ilości kwasu askorbinowego zużywając na to mnóstwo energii. O ile człowiekowi wystarcza pobranie z pożywienia 1 mg witaminy C na kilogram masy ciała, to na przykład kozły są zmuszone wytwarzać we własnym ciele 200 razy większą ilość tego związku. [Moje pogrubienia]
O nadrabianiu niedoborów - KLIK! 
A tutaj na to dowód, że duże dawki witaminy D3 mogą szkodzić człowiekowi...
Dla przypomnienia: jeśli wystąpią duże niedobory witaminy D3 we krwi, pomimo iż ludzie jedzą w miarę tłusto i wysokocholesterolowo, czyli normalnie, w sposób zdroworozsądkowy, to może to być analogicznie, jak w przypadku z nieprawidłowościami z recyklingiem witaminy C - niedobór metylacji! Ale to nie powód zaraz, aby się faszerować Witaminą D3 i witaminą C (np. "wściekle lewoskrętną") 
"(...)Tymczasem naukowcy z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore, którzy także przyjrzeli się skutkom zwiększonego spożycia witaminy D, doszli do dwojakich wniosków. Po pierwsze, stwierdzili oni, że podniesiony poziom witaminy D we krwi może skutkować obniżeniem stężenia białek c-reaktywnych (c-reactive protein, w skrócie CRP), czyli popularnego wskaźnika zapaleń układu krążenia. Z drugiej strony jednak, poziom witaminy D wyższy niż 21 ng/ml wiązać się może ze wzrostem stężenia wspomnianych protein, co prowadzi do twardnienia naczyń krwionośnych i zwiększonego ryzyka chorób układu krążenia. (...)". [Moje pogrubienie]

No ale już widzę - komu te moje objaśnienia będzie się chciało czytać...  Dla potencjalnego leminga-pacjenta, Zięba i jemu podobni - są the best, a ja się czepiam czegoś nie wiadomo czego. Dopiero jak dojdą do ściany z chorobami, to stwierdzą, że ten dziwak miał rację. Nie można brać stanu ulgi w cierpieniu za oznakę wyleczenia się; może to być maskowanie faktycznego stanu zdrowia za pomocą tzw. naturalnych środków, czyli tzw. mumifikacji ciała za "życia", a właściwie wegetacji, budującej atrapę zdrowia.

Jakiś czas temu obalałem mity, dotyczące "zakwaszania" organizmu rzekomo od jedzenia protein (np. z mięsa i z innych produktów zwierzęcych). Za jedzeniem wściekle "alkalizującym" stały również (np. różne firmy dystrybucyjne supli oraz produkujące jonizatory do wody, inne).
Jakiemu lobby zależy na tym, aby straszyć ludzi chorobami i śmiercią w wyniku korzystania z kuchenek mikrofalowych...?! Może lobby produkujące kuchenki gazowe itp.?

Należy przyznać, że stare mikrofale, z minionej epoki - to urządzenia kiepskiej jakości, ale nie obecnie produkowane wg surowych wymogów. Aktualnie produkowane kuchenki mikrofalowe są bezpieczne.
Korzystanie z takiej mikrofalówki, to obecnie wiele korzyści: oszczędność czasu, bo jedzenie jest podgrzane błyskawicznie; oszczędność energii, bo ogrzewane jest tylko jedzenie, a nie otoczenie (mieszkanie, czy ulica); mniejsza strata substancji odżywczych niż podczas pieczenia, gotowania, smażenia).
Jedzenie z mikrofali nie jest napromieniowane! Mikrofale są zamieniane li tylko na ciepło! Nie ma żadnej innej energii, prócz termicznej.
Ciężko ludziom odróżnić promieniowanie niejonizujące z mikrofali - od jonizującego, które jest szkodliwe. Promieniowania mikrofalowego w jedzeniu wyjętym z takiej kuchenki - już nie ma; jest tylko pozostawiona po tym promieniowaniu niejonizującym - energia zamieniona na ciepło!

Dowodem na to, że energia aktywacji promieniowania mikrofalowego jest na tyle niska, że  w żaden sposób nie ma wpływu na uszkodzenie wiązań chemicznych czy na DNA produktów żywnościowych - jest fakt, iż w szpitalach ogrzewa się czasami płyny dożylne oraz krew ludzką w urządzeniach mikrofalowych.
A zatem z powyższego wynika, iż skoro promieniowanie mikrofalowe nie uszkadza tak bardzo delikatnych składników krwi - to bankowo - nie może uszkodzić struktur chemicznych związków organicznych żywności (mniej wrażliwe niż składniki krwi). Promieniowanie mikrofalowe z tego urządzenia może uszkodzić krew, ale  jedynie na skutek zbyt wysokiej temperatury podgrzewania.

"Ciepło to jedyny efekt, jaki energia mikrofalowa wywiera na żywność". [Źródło: D. S. Strayer, E. Rubin, Rubin`s Pathology. Clinicopathologick Foundacions of Medicine, wyd. 7 China 2015, s. 357]

"Kuchenki mikrofalowe są bezpieczne". [ źródło: J.M. Last, Housing and Health Wallace/Maxcy-Rosenau-Last Public Health Et Preventive Medicine, red. R.B. Wallace, wyd. 15, USA 2008, s. 920]                                                                                                                                                                                     
                                                                                                                                                   
Ps. Suplement do  artykułu...

Panie Jerzy Zięba! Dedykuję niżej wymieniony materiał z wiarą, że przyswoi sobie Pan tę wiedzę - dla dobra swojego i dla dobra schorowanych ludzi...
Łatanie dziur w zdrowiu
Przykład z witaminą C w maskowaniu objawów chorobowych, bez usunięcia ich przyczyny, można odnieść do wszystkich modnych obecnie tzw. naturalnych suplementów diety. [Moje podkreślenia] Ich działanie nie ma nic wspólnego ani z profilaktyką zdrowotną, ani ze zdrowiem w ogóle. Jest to działanie stricte medyczne, a więc nastawione na robienie biznesu na ludzkiej niewiedzy przy pomocy fałszywych informacji. Przede wszystkim fałszywe jest nazywanie leków, czyli substancji wywierających aktywny wpływ na funkcjonowanie organizmu... suplementami, czyli dodatkami diety. To doprawdy szczyt bezczelności, gdy do „suplementu diety” dołączona jest ulotka z długą listą chorób, które ten specyfik... leczy, ale lekiem on nie jest, tylko... takim sobie dodatkiem; przyprawą do posiłku.
By wcisnąć, dosłownie: wcisnąć swoje produkty, dystrybutorzy wmawiają nabywcom, że przyczyną chorób jest niedobór jakichś substancji. No, to już jest oczywista bzdura! Owszem, wśród substancji odżywczych niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania organizmu są takie, których niedobór wywołuje objawy niedoboru. Ale są to właśnie objawy niedoboru, a to nie to samo, co choroba będąca następstwem nieodwracalnego uszkodzenia tkanek jako efekt niszczycielskiego oddziaływania toksyn, których organizm nie zdołał się pozbyć, gdyż wszystkie próby ich wydalenia są blokowane. A jeśli likwidujemy wszelkie objawy świadczące o samooczyszczaniu się organizmu z groźnych toksyn, to co się z nimi dzieje? Otóż kumulują się w organizmie i uszkadzają tkanki ważnych organów, czyli że wiodą do jednego finału – choroby.
Wiele badań wskazuje, że osoby systematycznie zażywające jakieś substytuty; erzace zwane suplementami diety, a w rzeczywistości będące lekami bez recepty służącymi do maskowania objawów chorobowych (swoistych wentyli bezpieczeństwa), o wiele częściej od pozostałych zapadają na choroby cywilizacyjne – cukrzycę wieku dorosłego, nadciśnienie, choroby z autoagresji czyli agresji systemu odpornościowego skierowanej przeciwko komórkom własnego organizmu, wreszcie raka będącego totalną katastrofą organizmu jako całości. I nie może być inaczej!" (~Józef Słonecki)

"W gruncie rzeczy chodzi o to, że witamina C, jak zresztą wszystkie witaminy, w sytuacji niedoboru wywołuje specyficzne objawy niedoboru. Jeśli owe objawy nie występują, to stosowanie dużych dawek witaminy C w celu zamaskowania innych (niż niedobór witaminy C) objawów chorobowych jest typowym w medycynie działaniem alopatycznym, tj. nastawionym na zwalczanie prawidłowych reakcji systemu odpornościowego.” (~ Józef Słonecki)
„Zapewne nie chodzi tu o zapotrzebowanie komórek na witaminę C, tylko o tę nadwyżkę płynącą w żyłach do neutralizacji wolnych rodników. Jednak do tego celu natura wyposażyła nas w LDL, który doskonale sobie z tym radzi i nie powiększa przy tym portfeli firm farmaceutycznych.
Tylko zaraz potem gdzieś przeczytasz, że duży LDL to zło i należy spożywać następny specyfik na jego obniżenie." (~Tomurbanowicz)

Jeszcze raz powtórzę, o co chodzi z tą alopatią, na przykładzie działania homeopatyku, antybiotyku, witaminy C (duże dawki), innego alo(patyku)...

Przykładowo: leki homeopatyczne, zwalczają choroby infekcyjne, które są uważane przez medycynę jako patologia. Leki homeopatyczne o potencji równej D24 lub większej od D24 - gdzie prawdopodobieństwo znalezienia choćby jednej cząsteczki substancji wyjściowej leku, czyli tzw. pranalewki - jest równe zeru - nie mają działania zarazkobójczego.

No ale co z tego... skoro w ostatecznym rozrachunku efekt jest również alopatyczny, czyli zablokowanie objawów chorobowych jako wentyla bezpieczeństwa zdrowia. Inny jest tylko mechanizm działania, bowiem leki o wysokim rozcieńczeniu stymulują system odpornościowy, przekazując mu fałszywą informację, jakoby zarazki w chorobie infekcyjnej przebrnęły już okres inkubacji i rozmnożyły się na skalę, która uzasadnia ich zniszczenie. A co się stanie z toksynami, które wg zamysłu organizmu, miały być usunięte z organizmu (szczególnie te zmutowane, które stanowiły realną groźbę nowotworzenia oraz te niepełnosprawne, zdefektowane, etc.)? Czy to nie jest alopatia? Czy to nie jest manipulacja systemem odpornościowym na poziomie komórkowym, a następnie organizmami pacjentów - w celu nakręcenia koniunktury biznesowej wiadomego lobby?

A czego można się spodziewać po kartelu farmaceutycznym, który nadzoruje również przemysł homeopatyczny? Kuglarstwo/blagierstwo farmaceutyczno-medyczne polega właśnie na karmieniu pacjentów ściemą, że leki homeopatyczne nie mają działań ubocznych, że nie są toksyczne, że nie uzależniają, że można je używać jak cukiereczki czy przyprawy do zup, że w końcu - są zalecane przez tzw. naturopatów, jako niby alternatywnych dla medyków klasycznych „dobrodziei” (czytaj: albo tzw. nawróconych lekarzy-homeopatów, albo nielekarzy-homeopatów - czyli poprawiaczy natury). Homeopatia, która wchodzi w skład medycyny komplementarnej - to medycyna akademicka bis - dająca fałszywą nadzieję, jeszcze kołaczącym się po świecie zmumifikowanym quasi-zwłokom ludzkim.

Alo(patyki) - to jest termin (sarkazm) wzięty (np. z Hipokratejskiej profilaktyki prozdrowotnej), dla podkreślenia statusu tych leków, jako stojących w jednym rzędzie z antybiotykami i innymi hemioterapeutykami, czy niesterydowymi lekami przeciwzapalnymi, czy lekami przeciwbólowymi. Dodanie sylaby "tyki" ma właśnie oznaczać zagrożenie w ich niefrasobliwym stosowaniu (szafowaniu - jak antybiotykami). Dla rasowych homeopatów, takie nazywanie leków jest profanacją. Dlatego celowo je tak nazwałem, aby zwrócić uwagę, gdzie jest faktyczna profanacja Natury przez medycynę.

Z zakresu toksykologiczno-klinicznego takiego leku homeopatycznego*, jak np. Ignatia wynika, iż ma ona powinowactwo do tkanki nerwowej. Wg mnie, w tej sytuacji wyjątkowej, zalecałem czasami podopiecznemu ten lek, jako najmniejsze zło - aby pacjent chory na depresję w konsekwencji rozchwiania równowagi między układem sympatycznym a parasympatycznym - nie doprowadził na przykład do zrealizowania swoich myśli samobójczych. Jest to chwilowa manipulacja, ale wymuszona swoistym stanem wyższej konieczności (oddalenia widma śmierci). Przynajmniej, żeby zapobiec dostania się podopiecznego w macki medyczne, którego psychiatria bardzo szybko lubi zaprogramować w pacjenta, w tzw. królika doświadczalnego, faszerowanego psychotropami dożywotnio, tułającego się po psychiatrykach (mniej więcej co roku dopasowuję się mu nową chorobę psychiczną – pod wyprodukowane leki psychotropowe, którymi się karmi pacjenta, zmieniając mu co rusz na inny rodzaj leków z danej grupy – niby dla lepszego samopoczucia pacjenta; czyli klasyczne dopasowywanie konia do chomąta).

Istnieje manipulacja np. centralnym systemem nerwowym poprzez zapodanie tego leku. Można to porównać do naciągania krótkiej kołdry, zamiast poczekania na uszycie nowej, dłuższej. Skoro organizm zezwolił, albo zostało wymuszone na organizmie chwilowe rozchwianie równowagi pomiędzy układem współczulnym a przywspółczulnym w centralnym systemie nerwowym oraz podobne rozchwiania w systemie nerwowym obwodowym (autonomicznym) na rzecz, któregoś z tych podukładów - to w myśl Hipokratejskiej profilaktyki zdrowia należy odczekać aż organizm samoistnie dokona owej równowagi w systemie nerwowym.
Przykładowo: w Ruchu Optymalnych takie manipulacje stosuje się podając Prądy selektywne. Jeśli to jest np. neurastenia, to podaje się na CUN prądy typu "PS", czyli na kontrolowane "porażenie" podukładu parasympatycznego, czyli przywspółczulnego, gdyż podukład sympatyczny, czyli współczulny jest już chorobowo "porażony". Czyli dąży się, aby na siłę wyrównać te podukłady, a nie czeka się, aby organizm doszedł sam do homeostazy komórkowej, a w tym do równowagi w tych podukładach systemu nerwowego. Jeśli np. jest choroba wrzodowa żołądka, to podaje się prądy selektywne typu "S", czyli na układ sympatyczny. Podaje się miejscowo na układ nerwowy obwodowy autonomiczny, znów nie czekając na autonaprawę organizmu – poprzez wdrożenie metod Hipokratejskiej profilaktyki zdrowia.
*Zakresem toksykologiczno-klinicznym leku nazywamy same zmiany i objawy chorobowe, wywołane przez konkretną substancję toksyczną, z której powstaje lek homeopatyczny.


Inny przykład szkodliwej manipulacji organizmu poprzez podanie dużych dawek witaminy C, czy leku homeopatycznego (np. oscillococcinum) w chorobie przeziębieniowej, celem zwalczenia infekcji, ale zarazem - zablokowania naturalnego procesu oczyszczania (np. ze zdefektowanych i zmutowanych komórek nowotworowych).
Takie paraleki stymulują system odpornościowy, przekazując mu fałszywą informację, jakoby zarazki w chorobie infekcyjnej ("ekipy sprzątające", zaproszone przez system odpornościowy) przebrnęły już okres inkubacji i rozmnożyły się na skalę, która uzasadnia ich zniszczenie (czyli, że robole od czarnej roboty zrobiły swoje, robole mogą odejść). De facto - zarazki zostają zniszczone, pozostawiając cały bałagan w fazie albo rozpoczętego trwania już procesu sprzątania, albo tuż przed jego rozpoczęciem.

"(...) Organizm, chcąc się pozbyć komórek osłabionych, do jakich należą komórki nowotworowe, celowo dopuszcza do ich zainfekowania wirusem, by ów, w procesie replikacji, zniszczył te komórki. Odkrycie wirusów w komórkach nowotworowych i oskarżenie ich o spowodowanie zmian nowotworowych, to jak odkrycie, że tam, gdzie jest bałagan zawsze zjawiają się sprzątaczki, a więc wniosek jest oczywisty - sprzątaczki powodują bałagan, bo tam, gdzie ich niema... nie ma bałaganu. Wniosek: zwalczyć sprzątaczki!Nie jest prawdą, że po każdej infekcji wirusowej w organizmie pozostają wirusy. Organizm pozostawia je wówczas, gdy uzna, że proces oczyszczania nie został jeszcze przeprowadzony do końca. Dowodem może być wirus opryszczki, którego w miarę usuwania toksyn organizm zaczyna sukcesywnie się pozbywać, aż wreszcie pozbędzie się do końca. (...) 

(...) Pozostawienie toksyn w organizmie nieuchronnie prowadzi do uszkodzenia ważnych organów i układów czyli chorób, takich jak osteoporoza, niewydolność krążenia, zaburzenia hormonalne, cukrzyca, nowotwór, a także wszelkich chorób z autoagresji - Hashimoto, reumatyzm, SM, i tak dalej, i dalej. Aby przerwać ten proces chorobowy i wyzdrowieć, należy po prostu zachorować na chorobę infekcyjną i ją odchorować. Sama infekcja nie oznacza zachorowania na chorobę infekcyjną, bowiem jeśli organizm nie da czasu zarazkom na rozmnożenie się, zwane inkubacją, to bez najmniejszego trudu zniszczy je, gdy jeszcze są nieliczne i słabe. (...)" (~Józef Słonecki)

Biorąc powyższe pod uwagę, uzasadnienie podania ww. paraleków będzie wówczas, kiedy system odpornościowy nie będzie w stanie sam usunąć ww. "ekip sprzątających"; będzie się np. utrzymywać długo wysoka temperatura i choroba infekcyjna, przeziębieniowa będzie się rozwijać w najlepsze (np. wirusy po zabiciu komórek zdefektowanych zaczną atakować zdrowe komórki).

CHOROBY SĄ PROCESEM POZBYWANIA SIĘ TOKSYN Z ORGANIZMU. SYMPTOMY SĄ NATURALNĄ OCHRONĄ ORGANIZMU. NAZYWAMY JE CHOROBAMI, LECZ W RZECZYWISTOŚCI LECZĄ CHOROBY. WSZYSTKIE CHOROBY MAJĄ JEDNĄ PRZYCZYNĘ, CHOĆ OBJAWIAJĄ SIĘ W RÓŻNY SPOSÓB, W ZALEŻNOŚCI OD MIEJSCA, W KTÓRYM WYSTĘPUJĄ (~ Hipokrates)



                                                                                                                                                        Zibi        





środa, 1 marca 2017

Moja wyboista droga do zdrowia, czyli sztuka wyleczenia - bez leczenia (Część I)


Pierwszy raz poniższy wpis ukazał się w 2012-07-12 pt. "Moja wyboista droga do zdrowia... (Przypadek Zibiego)" na forum NIA dr. Ashkara 
W dniu 15.05.2016 o godzinie 14.00 dokonałem moderacji wpisu (praktycznie tylko pod kątem formalnym, m.in. zmiana tytułu na "Moja wyboista droga do zdrowia, czyli sztuka wyleczenia - bez leczenia (Część I)".



Krótka rozprawka nad BPP oraz innymi metodami stymulowania organizmu do autonaprawy... (Część I)



Bez zadry, gniewu i uprzedzeń – chcę się rozliczyć z przeszłością – dla dobra swojego i pro publico bono…



Zacznę od opisu mojego zaangażowania emocjonalnego w ruch Biosłone... (Hipokratejski niemedyczny, a profilaktyczny nurt prozdrowotny)

Skrót: "BPP" (Biosłonejska profilaktyka prozdrowotna) to mój „patent”, ale odnośnie samej nomenklatury, oczywiście. "Biosłonejczyk" – również.
Animator ruchu Biosłone (BE), Józef Słonecki, nie wiedzieć czemu, początkowo wzbraniał się przed używaniem owych nazw, choć Biosłonejczyk od samego początku przypadł mu do gustu. Otrzymywałem uwagi od niektórych ekspertów BE co do tego, abym pisał BPP w cudzysłowie, bo tylko rzekomo ja tego skrótu najczęściej używałem czy też nadużywałem. Utworzyłem go na zasadzie analogii do Hipokratejczyka i Hipokratejskiej profilaktyki prozdrowotnej (HPP).

Przypominam sobie też, w którym momencie podsunąłem myśl animatorowi ruchu Biosłone odnośnie ustalenia przez niego praprzyczyny chorób, jednocześnie zaznaczając z dumą, że Hipokrates odkrył tylko przyczynę naczelną - toksemię (ab ovo  - toksemia i z niej wynikający nieprawidłowo funkcjonujący system odpornościowy). Natomiast Józef Słonecki – jaką drogą wnika toksemia, czyli praprzyczynę (nadżerki w śluzówce przewodu pokarmowego, czyli tzw. wrota zakażeń).

Pamiętam również, kiedy walnie mogłem przyczynić się wraz z Biedroną (forowiczka Biosłone) do przyjęcia tezy, że MO (Mikstura oczyszczająca) ma działanie profilaktyczne, prozdrowotne, holistyczne, adekwatne, atawistyczne, niealopatyczne. MO miała działać na zasadzie wykresu sinusoidy okresu drgań wahadła matematycznego, jeśli idzie o pobudzanie organizmu do oczyszczania i regeneracji. Eskalacja objawów detoksykacji miała być zwiastunem cyklicznego dochodzenia do zdrowia/procesu regeneracji organizmu.

Miałem też swój skromny udział w tworzeniu DP (Dieta prozdrowotna).

Obecnie słyszę głosy: "(...) jak można było uwierzyć w to, że MO nie „wsiąka” w I odcinku przewodu pokarmowego, tylko że działa gojąco na wszystkie odcinki przewodu pokarmowego (...)".
Z logicznego punktu widzenia, od samego początku przygody z BE, czułem w tym miejscu pewien dysonans: jak taka mała ilość „środka gojącego” (sok z aloesu: 5 ml/niecała kropla citroseptu) może wygoić zdefektowaną powierzchnię przewodu pokarmowego, którego powierzchnia po rozprostowaniu jest większa niż boisko do tenisa ziemnego?
Owa teza była bardzo logicznie poparta aktualną wiedzą biologiczną o solidnym podłożu teoretycznym (Paweł Haser? – autor podręcznika dla studentów medycyny), na której oparł się twórca mikstury Józef Słonecki. Ponadto zaświadczał on o takim działaniu MO swoją bogatą autopsją zawodową i życiową.

Józef Słonecki, na forum Biosłone, stworzył (poprzez swoją 'pozytywną' manipulację) odpowiednią atmosferę, pozwalającą dawać owej tezie dużą wiarygodność. Z jego publikacji, wg mnie, wynikała pewna asekuracja - zabezpieczenie na przyszłość, iż MO jest ewentualnym środkiem placebo oraz raczej dla ludzi zdrowych - w razie draki, tj. przed ewentualnym brakiem działania prozdrowotnego lub działania niezgodnego z oczekiwaniami autora.

Na forum Biosłone, dzięki owej 'pozytywnej' w niektórych przypadkach manipulacji Józefa Słoneckiego, panowała atmosfera zbiorowego samonakręcania się do pozytywnego myślenia w dążeniu do zdrowia. A jeśli do tego dochodziły jeszcze zwycięskie batalie z tzw. natus*alnymi (nazwa utworzona w sposób sarkastyczny, kpiący z fanów medycyny tzw. naturalnej lub nadnaturalnej, czyli bardziej naturalnej lub nawet naturalniejszej niż sama Natura; no bo jak można poprawiać/leczyć Naturę - dysonans), czy medycyną klasyczną, i to w imię szczytnej idei BPP, tożsamej z HPP, jako prawdziwej alternatywy dla wszelkiej maści medycyn, to ja to porównywałem prawie do ekstaz, euforii (wiara czyniąca cuda w dojściu do zdrowia) w tzw. zbiorowym endroficznym ćpunowaniu na sucho (sugestia wielu ludzi twierdzących, że zdrowieją powoduje u mnie autosugestię, że ja też zdrowieję -  w atmosferze podniecenia, lecz bez zażywania specjalnych środków morfinogennych). 

Taka atmosfera udzielała się niejednemu z forowiczów, a nawet niektórym bywającym na forum ludzi z tzw. elity: psychologom, onkologom, dentystom, farmaceutom, socjologom, prawnikom, innym inteligentom, którzy wierzyli w cudowną moc nie tylko MO, ale całej BPP. Ponadto, jak można było będąc w gościnie, gospodarzowi fochy stroić, że np. zupa niesmaczna, przystawka zbyt chłodna, brak polotu w wystroju wnętrza salonu, itd. itp.; trzeba było, podtrzymywać atmosferę, że wszystko zmierza ku zdrowiu...

Jak pisałem powyżej, zaangażowałem się w „związek z BE” dosyć emocjonalnie, więc tym bardziej wierzyłem w pozytywne działania BPP, mając swój skromny wkład w tworzenie ruchu Biosłone.
Nasuwa mi się w tym miejscu porównanie do stworzenia pewnej fikcji przez środowisko sekciarskie lub dewotek. Onegdaj, rzekomo miała się ukazać Matka Boska, nie pamiętam na czym, ale chyba na murze/elewacji jakiegoś budynku w Piotrkowie Kujawskim. Matka Boska ukazała się najpierw pewnej dewotce, ale chyba tylko w jej zwidach/tworach wyobraźni, bo bardzo tego chciała, może żeby zaistnieć jako celebrytka, żeby zaistnieć przez „swoje 5 minut” publicznie, albo żeby dzięki cudownemu ukazaniu się jej Maryi mogła wyprosić od niej jakieś łaski… Żeby być wiarygodną, to np. wykonała telefon do swojej przyjaciółki dewotki, która zamieszkiwała na drugim krańcu Polski, oddalonym od Piotrkowa o około 500 km. W rozmowie telefonicznej przekazała jej, że spotkał ją zaszczyt zobaczenia Matki Boskiej. Tak więc, wiadomo jaka mogła być reakcja drugiej dewotki - pewnie reakcja zazdrości... Nie patrząc na nic, wsiadła w pociąg i przyjechała na miejsce cudownego zdarzenia. Oczywiście, nic nie zauważyła odnośnie cudu, ale jak sobie pomyślała, że przejechała pół Polski głodna, chłodna, zmęczona, a być może jeszcze coś zobaczy w przyszłości, bo koleżanka zaproponowała jej gościnę u siebie, to dla dobra atmosfery trzeba było chociaż przytaknąć, iż coś jest na rzeczy. Po dłuższym pobycie w gościnie, chciała, nie chciała, przyznała koleżance rację, że faktycznie widziała cudowne ukazanie się. Ile to potrzeba zachodu, żeby ściągnąć na podobnej zasadzie kolejne dewoty, żeby wybudować ołtarz i celebrować tam jakieś nabożeństwa oraz brylować w mediach w związku z tym.
Czy baśń Andersena pt. „Nowe szaty cesarza” – nie jest wiecznie żywa? Tyle że w naszym przypadku – dzieci nie powiedzą, że „król jest nagi!".
Czy sami nie kreujemy mentora zabezpieczającego nasze zdrowie, skoro medycyna jest blagierstwem?
Czy nie jest to zjawisko pewnego rodzaju dyzmizmu?
Nie znam się aż tak na psychologii, socjologii - książkowej/specjalistycznej, ale na tzw. psychologii tłumu, więc może przedmiotowe zjawisko wyjaśni lepiej ode mnie jakiś profesjonalista...

W związku z moimi schorzeniami, w świetle takiej atmosfery pozytywnego myślenia oraz niektórymi badaniami, będącymi dziwnym zbiegiem okoliczności (np. brak kamieni na nerkach, które nie wyszły na RTG, czy USG, a de facto były) - subiektywnie odczytywałem, że jest poprawa, że to jest zasługa pozytywna BPP. Taka tzw. aura placebowa działała na mnie i na innych dość długo, dopóki np. coraz większy ból jakiegoś narządu spowodował wykonanie sobie badań medycznych (co czasami nie należało do dobrego tonu w środowisku BE, bo przecież należało poczekać na cud MO).
Dopiero po badaniach i analizie stanu zdrowia można było zastanowić się, czy czasem MO działa/nie działa alopatycznie - jak lek z jakimiś skutkami ubocznymi...

Moje bóle nadżerkowe w żołądku i w przełyku, czasem też kłucia w jelitach, interpretowałem jako objawy "sinusoidy" procesu detoksykacyjnego i regeneracyjnego. Czekałem również na poprawę zdrowia cierpliwie, zgodnie z zapewnieniami Józefa Słoneckiego. Takiej samej cierpliwości uczyłem swoich podopiecznych. Wierząc, że zgodnie z "sinusoidą" działania (analogia do wykresu okresu drgań wahadła matematycznego) następuje eskalacja objawów oczyszczania, to pojawiało się przypuszczenie, że powinna przyjść sukcesywna poprawa, czyli regeneracja i upragniona homeostaza komórkowa. Tu de facto było raczej gorzej... a po tym pogorszeniu/kryzysie jako niby zwiastunie rzekomej poprawy – nie było widać namacalnej, choćby częściowej poprawy zdrowia.
Ponadto na moją autosugestię o dochodzeniu do zdrowia podziałało względnie dobre samopoczucie, w momencie odejścia z ruchu Optymalnych, a przejścia na odżywianie zbliżone do ZZO (Zasady zdrowego odżywiania), promowane na BE, aczkolwiek z uwzględnieniem diety przeciwglutenowej. Na początku, w ruchu BE, stosowałem MO (po pewnym czasie - bez soku z cytryny), KB (bez siemienia lnianego, a po pewnym czasie - bez ostropestu, oba nasiona zawierały lub mogły zawierać choćby śladowe ilości glutenu, lub podobnie działających lektyn pokarmowych). Tłumaczyłem to sobie dobrą zmianą ruchu prozdrowotnego i jednocześnie zmianą modelu odżywiania, a właściwie zmianą diety (zawsze jest jakaś subiektywnie odczuwalna poprawa na początku, kiedy to zmieniamy rodzaj diety w terapii).

Kiedy zobaczyłem, że „król jest nagi”?
Kiedy działania „króla” przestały mi się podobać jako działania dotychczasowego dobrodzieja, widząc inklinacje sekciarskie (to jest hermetyczne zamknięcie się na "jednej słusznej" wiedzy); kiedy inni narzekali na brak poprawy; kiedy sam „obudziłem się z ręką w nocniku”, kiedy subiektywnie czułem się coraz gorzej i straciłem cierpliwość w oczekiwaniu na cud MO; kiedy obiektywnie potwierdziłem badaniami, że cudu ozdrowienia nie było i raczej nie będzie, lecz wręcz przeciwnie, kiedy było pogorszenie.

I żeby było jasne, to nie przypisuje winy za ten stan rzeczy Józefowi Słoneckiemu, ani nikomu innemu z BE, lecz sobie, że stosowałem zasadę: ufaj, ale sprawdzaj… i niekoniecznie na sobie. A powinienem stosować: ufaj, ale sprawdzaj… koniecznie zaczynając sprawdzanie na sobie!
Częściowo też do mojej demolki organizmu przyczyniła się DO (Dieta optymalna) autorstwa dr. Kwaśniewskiego, gdzie mocno "zakwasiłem" sobie organizm oraz zjadane tłuszcze w ilościach nienormalnych, dużych – przyczyniły się w dużym stopniu do pośredniej przyczyny refleksu i jego tragicznych później skutków. Owa przyczyna pośrednia to m.in. zwiotczenie mięśnia zastawki/dolnego zwieracza przełyku („sfinktera”), jako przedłużenie patologiczne czasu relaksacji, czyli rozkurczu owego dolnego zwieracza przełyku/wpustu górnego żołądka.

Powtarzam: poprawa pozorna występuje zawsze na początku, kiedy to zmieniamy model odżywiania, nawet jeśli się zmieni na model najbardziej dziwny i głupi (opiszę ten mechanizm przy innej okazji). Informacyjnie podam tylko, że czujemy się lepiej, gdyż "odbagniamy" sobie stare szlaki metaboliczne.

Ale wtenczas taki mądry nie byłem, więc uwierzyłem, że najpierw dieta dr. Janusa, a potem ZZO Słoneckiego – pozytywnie zaskutkują na zdrowiu. Zresztą de facto, częściowo skutkowały pozytywnie, bo były dosyć dobrze, jak dla mnie, na ów czas - "odkwaszające". [(W owym czasie nie miałem dostatecznej wiedzy odnośnie mitów o "zakwaszaniu" organizmu) - (mój dopisek w dniu 15.05.2016, podczas aktualizacji postu)]

Odchodząc z BE napisałem na swojej stronie „orędzie” dla podopiecznych i forowiczów z BE:


Z dniem 26.12.2011 Gabinet Nr 1 - Biosłone - Zdrowie na własne życzenie – został zamknięty. Ewentualne wznowienie działalności gabinetu będzie za kilka m-cy, ale wyłącznie pod moim szyldem. Jeśli zostanie mi odebrany certyfikat (bezpodstawnie), to zawsze mi pozostanie - omnia mea mecum porto...Działalność tego gabinetu będzie się opierać nadal na nurcie profilaktyki prozdrowotnej Hipokratesa.

Leczenie przyczynowe ludzi chorych oparte li tylko na metodach Biosłonejskiej profilaktyki prozdrowotnej jest niemożliwe (kilkuletnia praktyka pozwala mi na wysunięcie takiej tezy).

Jakiekolwiek zarzucanie mi przez Biosłonejczyków, że ja leczyłem ludzi (czytaj: niezgodnie z linią Biosłone) jest najdelikatniej nazywając - oszczerstwem. Ci, którzy tak to nazywają - nie żyją w zgodzie z własnym sumieniem (o ile je posiadają...); prawdopodobnie z powodów jakichś swoich osobistych animozji do mojej osoby.
 Nie ma już idei Biosłone - jaka panowała kiedyś... Pod płaszczykiem szczytnej idei Hipokratesa robi się ludziom wodę z mózgu i kopie miękkie serca! A ideał sięgnął poziomu bruku!
Ze mnie niepoprawnego idealisty - zrobiono zdrajcę idei Biosłone. Co to za porównywania mnie i kilku innych, którzy odeszli z Biosłone do złych ptaków kalających własne gniazdo?!A może ojciec (opiekun) tych ptaków narobił wcześniej w gniazdo – żeby sobie odleciały... A ptaki te, mimo wszystko, starały się wierzyć w ideały swojego opiekuna/mentora, choć doznawały od niego zawodów. Właśnie ci, co tak bronią z uporem maniaka tego skalanego gniazda, mogą się śmiało porównać do owsików, które nie chcą opuścić swojej "małej ojczyzny", choć jest im tam źle (jest im tam ciemno i śmierdzi) - to liczą na jakieś przyjemniejsze dla siebie perspektywy...
Przypuszczam, że już niedługo tzw. młodzi Biosłonejczycy, kiedy zaczną się gwałtowne dla nich objawy oczyszczania a przy tym pewne wątpliwości co do słuszności obranej drogi dojścia do zdrowia - zaczną szukać namiarów między innymi na: moją skromną osobę, Lackyego (eks Eksperta Biosłone), Grażynę (eks Eksperta Biosłone), którzy im matkowali i ojcowali; byli pewnym oparciem w ich gehennie chorobowej.

Ja miałem w prowadzonym gabinecie do czynienia prawie ze zwłokami ludzkimi, a nie ze zdrowymi. Inaczej się postępuje w zdrowiu i inaczej w chorobie (komunał... tak samo twierdził Józef Słonecki). Sama Biosłonejska profilaktyka prozdrowotna jest tylko przydatna dla ludzi zdrowych lub lekko chorych. 
"Po owocach poznacie" - kto miał rację...


W owym czasie, w 2012 r., jeszcze nie miałem zrobionych u siebie konkretnych badań, więc nie mogłem oznajmić publicznie, że MO nie działa, lub, że działa nieprawidłowo, tym bardziej - nie mogłem powiedzieć i nie powiem obecnie, że cała BPP działała do luftu. Ponadto jeszcze moja wiedza pozwalała mi na stwierdzenie, że MO jest dobra dla zdrowych lub lekko chorych. 

Po pewnym czasie moja wiedza ewoluować zaczęła w kierunku wyciągnięcia wniosków, że MO zdrowemu jest nie potrzebna, a lekko chorego może zrobić bardziej chorym, choćby opierając się na moim przykładzie.
Odczucia subiektywne, dotyczące pogorszenia stanu zdrowia – potwierdziły badania obiektywne, kiedy wylądowałem w szpitalu (niżej załączam kartę informacyjną dotyczącą mojego pobytu w szpitalu -(Karta informacyjna ze szpitala - klik!)

Biorąc pod uwagę powyższy opis, wyciągnąłem wniosek taki, że pijąc MO około 5,5 roku na bazie OLIWY z OLIWEK – MO nawet nie zdołała zagoić zdefektowanej tkanki żołądka, nadżerek żołądka i dwunastnicy, przełyku, ale wręcz przeciwnie: obserwowałem kątem oka obraz na monitorze w trakcie zabiegu gastroskopii, na którym było widać całe smugi nadżerek (jakby proso rozsypał w przewodzie pokarmowym, na I odcinku).

Porównując odcinki przewodu pokarmowego do taśmociągu bio-technologicznego, to za Józefem Słoneckim powiem, że to stosowanie olivy było zgodne z ideą MO, a także z prawami fizyki i technologii. Jeśli przewód pokarmowy jest technologiczną taśmą, na której następuje obróbka czy produkcja jakiegoś materiału, to musi ten taśmociąg być sprawny od początku do końca (wszystkie ogniwa). Kiedy pominiemy jakieś stanowisko, to nie dziwmy się później , gdy na końcu tej taśmy wychodzić będzie jakiś wybrakowany produkt finalny, jakiś bubel biologiczny.
Więc dlatego - konsekwentnie, rzetelnie stosowałem się do owej zasady, czekając na naprawę tego odcinka przewodu pokarmowego - pijąc cały czas MO na bazie OLIVY! Oczekiwanej poprawy na zdrowiu w tym aspekcie jednak nie osiągnąłem.

W świetle powyższego corpus delicti - zabrałem się wraz z innymi, którzy doznali zawodu na działaniu MO i częściowo BPP - za reformację ruchu Biosłone. Nie chcieliśmy zwijać wiedzy na Biosłone, ale rozwijać w sposób pokojowy (bez kontrrewolucji), bo uważaliśmy, że idea Biosłone jest dobrą alternatywą (profilaktyką) dla idei promedycznych.
No, ale nie dało się, jak wiecie, więc trzeba było rozłamu ruchu prozdrowotnego Biosłone.
Sytuacja - jako żywo przypominała rozłam w ruchu Optymalnych w podzieleniu się na klasycznych Optymalnych i zreformowanych, czyli NeoOptymalnych (m. in. Tych z forum Dobra dieta). Podział się rozpoczął wówczas, kiedy biochemik śp. dr Ponomarenko napisał książkę, w której skrytykował rzeczowo/merytorycznie idee ruchu dra Kwaśniewskiego. Mniej więcej po tym czasie potwierdzenie krytyki idei DO przez Ponomarenkę odzwierciedliły czarne serie wydarzeń, czyli zgonów niektórych członków Optymalnych, czy ich „wysokich funkcjonariuszy”. Dr Ponomarence, z którym byłem w dość bliskich kontaktach zawdzięczam zachowanie resztek zdrowia, za jego przykładem i ostrzeżeniem (co do szkodliwości DO w wydaniu klasycznym i trwającym dłużej niż 1,5 roku) - wyszedłem z 'sekty' ortodoksyjnych Optymalnych. Ortodoksi nie zezwalali swoim fanom na poszerzanie i na otwieranie się na inne wiedzę, tylko musieli zamknąć się na wiedzę zawartą w publikacjach guru, dr. Kwaśniewskiego.



                                                                                                                      Zbigniew Zibi Osiewała