Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

wtorek, 26 lipca 2016

Suplement do obalania mitu/straszaka dotyczącego "zakwaszenia" organizmu (Część X))

Powtórzę z poprzednich części tezę: Białka zwierzęce nie przyczyniają się do zwiększenia ryzyka wystąpienia raka...


Nie może być, żeby Natura/Stwórca tak fatalnie zaprogramował organizm człowieka, że drogocenne proteiny od-zwierzęce, niezbędne dla życia organizmu - jednocześnie były zaczynem do tworzenia się raka. Byłaby to fatalna pomyłka przyrody; istna samozagłada...
Oczywiście, jak wiemy, przyczyną raka mogą być toksyny (antybiotyki, hormony, pestycydy, konserwanty, etc.) zawarte w mięsie z tzw. niepewnego źródła oraz stres, jako promotor. To oznacza, że koniecznie należy zjadać mięso z wiadomego pochodzenia, lub rozsądne ilości mięsa uzdatnionego odpowiednio do spożycia.

Najbardziej ohydną manipulacją kreatur przemysłu chorób z tzw. zakwaszenia jest twierdzenie, że rak powstaje w konsekwencji "zakwaszania" organizmu, i do tego poprzez jedzenie mięsa i innych produktów "zakwaszających" organizm. W zasadzie to ten straszak nakręca najbardziej spiralę strachu u snobów, hipohondryków, pacjentów "naturalnych", upatrujących sobie za kredo życia - "alkalizowanie" się. Owe kreatury i ich poplecznicy fałszywie twierdzą, że rak rośnie w środowisku kwaśnym, a ginie w zasadowym. Głównie są to: dystrybutorzy filtrów do wody, jonizatorów wody lub tabletek do alkalizacji wody, tzw. przechrzty medyczne, produkujące różne proszki do "alkalizacji" organizmu, etc.

W toku manipulacji, kreatury powołują się na prace Otto Warburga, twierdząc, że to właśnie on odkrył, że rak wyrasta w środowisku kwaśnym, a ginie w zasadowym. To twierdzenie jest z gruntu fałszywe. Warburg nigdy tego nie ogłosił. Dostał Nobla, ale za odkrycie działania enzymów oddechowych. Chodzi o to, że kiedy komórka ma dostateczną ilość tlenu, to uzuskuje energię na drodze fosforylacji oksydacyjnej. Gdy zaś dowóz tlenu do komórki spada o 30-35%, wtedy przechodzi ona na metabolizm beztlenowy, czyli na fermentację. Produktem fernentacji jest kwas mlekowy o niskim pH. Komórka rakowa oddaje go na zewnątrz. Dlatego mikrośrodowisko raka jest trochę kwaśne...

Amatorzy "alkalizowania" się (np. poprzez picie wody alkalicznej) wyciągają śmiały wniosek, że żeby uchronić się przed rakiem - należy z całych sił i za wszelką cenę "alkalizować" swój organizm. Tym czasem, jak wiemy, naczelną przyczyną wszystkich chorób, w tym i raka jest toksemia oraz niedotlenienie komórkowe, powstałe na skutek małego dowozu cząsteczek tlenu do komórek.
Stosunkowo niskie pH komórek rakowych - nie jest przyczyną, lecz skutkiem!

Reasumując: Jeśli brakuje tlenu w komórce, to komórka przystosowuje się do takich warunków, by mogła żyć bez tlenu. I to jest oddychanie beztlenowe. I takie oddychanie może skutkować niższym pH, ale nigdy odwrotnie. 
A zatem należy się martwić o niedostateczne dotlenienie komórkowe, a nie o szukanie diet alkalicznych.
Zwiększając dowóz tlenu do tkanek organizmu i prowadząc detoks systematyczny, obniżamy ryzyko zachorowania na raka.

Są tkanki/organy u człowieka, które mają bardzo kwaśne środowisko (np. żołądek), ale czy rak żołądka trafia się częściej niż rak dwunastnicy czy trzustki, czy jelita grubego, gdzie środowisko jest typowe zasadowe lub w najlepszym wypadku neutralne (jelito cienkie i grube)?
I tak oto statystyki mówią zupełnie co innego. Najczęściej spotykanym rakiem jest rak jelita grubego, natomiast rak żołądka, od ponad 100 lat jest najrzadszą przycyną śmierci z powodu wszystkich raków.

Medycy, przechrzty medyczne i ich poplecznicy mylą skutek z przyczyną (jedni świadomie, inni nieświadomie)
Czy wrodzona waleczność giermka w Średniowieczu spowodowała, że został on mianowany na rycerza i dostał się do grona tzw. radżasowego (jedzącego mięso) - czy też dlatego, że ów giermek, na skutek jedzenia mięsa - stał się bardzo walecznym rycerzem?        
Czy kogut z bajki japońskiej wysnuł prawidłowy wniosek? Czy w wyniku jego trzykrotnego piania - następował wschód słońca? Czy poranny zegar biologiczny kura determinował jego zachowanie?
W wyżej podanych przykładach zachodzi korelacja, ale w którą stronę jest ona prawidłowa? Medycyna (decydenci) świadomie i z rozwagą mylą przyczynę ze skutkiem. Świadomie i z rozwagą wysnuwają fałszywe wnioski co do związków przyczynowo-skutkowych. 

Podobnie jest w przypadku walki za wszelką cenę z pasożytami, które medycyna uważa za wielkie zło na ziemi, także pod kątem "zakwaszania" organizmu. 
A de facto, to najczęściej spełniają one stosunkowo pożyteczną rolę w organizmie.
Medycyna wyciąga np. takie wnioski, że oto tam, gdzie pojawiają się patogeny/pasożyty, to tam jest brudno i jest bałagan. Czyli że sprzątaczki są winne bałaganowi, więc trzeba pozbyć się sprzątaczek. Zachodzi związek przyczynowo-skutkowy, tylko nie w tę stronę, co chce medycyna, a nawet celowo i z premedytacją myli skuek z przyczyną. 

 "(...Rola pasożytów w utrzymaniu homeostazy organizmu jest podobna do roli zarazków, z tą różnicą, że zarazki wywołują gwałtowną reakcję systemu odpornościowego w postaci objawów chorobowych, natomiast z przebiegu choroby pasożytniczej, zwanej parazytozą, zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawy. Jeśliby zarazki przyrównać do ekip wykonujących okresowe remonty, to pasożyty są sprzątaczami utrzymującymi porządki na co dzień.
Często słyszy się o konieczności niszczenia pasożytów za wszelką cenę. Jednak w swojej długoletniej praktyce nie spotkałem nawet jednego przypadku, by niszczenie pasożytów przyniosło pozytywny efekt. Przecież logiki w tym żadnej nie ma. Dopóki między ilością toksyn a ilością pasożytów istnieje równowagą, dopóty organizmowi nie grozi toksemia. Oczywiście, że wraz ze wzrostem ilości pasożytów wzrasta także ilość produkowanych przez nie toksyn, ale czynnikiem stymulującym jest tutaj ilość pożywki, a nie zdolność pasożytów do rozmnażania się. Nie ma w tym nic dziwnego, że u osób z organizmem wyniszczonym toksynami wykrywa się pasożyty, ale żeby oskarżać je o spowodowanie wyniszczenia organizmu, to typowe w medycynie wzięcie skutku za przyczynę. (...)".  
Choroby pasożytnicze - Klik!     

Pasożyty wewnętrzne - to stan zaniedbania organizmu; rak - to totalny stan zaniedbania organizmu. I to tak należy generalnie to postrzegać, czyli usuwać toksemię, a nie walczyć z "terorystami" chorobowymi XXI w. (parazytami) i "odkwaszaniem"...       
                             
                                                                                                                        Zbigniew Zibi Osiewała



sobota, 2 lipca 2016

Medycyna akademicka - wielka blaga (Część I)

Medycyna "naturalna" - to nieco mniejsze blagierstwo niż akademicka... 

 


Medycyna naturalna to medycyna akademicka bis (np. dla nowobogackich snobów i innych naiwnych, leniwych intelektualnie, bezwolnych usługobiorców medycznych), tylko nieco droższa od akademickiej , ale prawie takie samo blagierstwo. Używając sarkazmu: medycyna naturalna usiłuje być bardziej naturalna niż sama Natura. Już w samej nazwie jest duży dysonans poznawczy; paradoks: nie można poprawiać, leczyć, czyli w efekcie - wynaturzać Natury.  



Medycyna naturalna (Klik!)

"Nie ma w naturze czegoś takiego, jak medycyna. Imperatywem natury jest dziedziczenie zdrowych genów, a takie mogą przekazać jedynie zdrowe osobniki, w związku z tym w interesie gatunku jest eliminacja osobników słabych, by nie spowodować degeneracji gatunkowych. Nie chodzi o to, czy to jest dobrze, czy źle, lecz o to, że to fałsz mający na celu przyciągniecie tych klientów, zwanych pacjentami, którzy zawiedli się na innym wariancie tego samego - medycyny. Ale istotą medycyny nie jest zdrowie, a jeśli ma coś wspólnego z naturą, to jej ogłupianie, poprawianie, maskowanie.
Często do jednego worka z medycyną wrzuca się domowe sposoby minimalizowania objawów chorobowych, bez ich blokowania, czyli dające organizmowi czas na dokonanie samoregeneracji. Chodzi tutaj o medycynę ludową. Jest to istotnie odmiana medycyny i jako taka naturalna też nie jest, niemniej jednak jest częstokroć skuteczna i - co istotne - nie ma skutków ubocznych. No i nie wzięli się za nią (jeszcze) lekarze; bo co to za biznes - parzenie ziółek, czy picie gorącej herbaty z miodem. I miejmy nadzieję, że tak pozostanie!" (Józef Słonecki)

Zdrowiea medycyna - dwie skrajności (Klik!)


"Mądry człowiek powinien wiedzieć, że zdrowie jest jego najcenniejszą własnością i powinien uczyć się, jak sam może leczyć swoje choroby. Hipokrates
Zasady profilaktyki zdrowotnej sformułował Hipokrates (460 - 377 p.n.e.), zwany ojcem medycyny, i ujął je następująco: Profilaktyka zdrowotna to zapobieganie chorobom poprzez utrwalanie prawidłowych wzorców zdrowego stylu życia.
I tej definicji profilaktyki zdrowotnej będziemy się trzymać, nie zaś współczesnej, wprowadzonej na użytek medycyny:
Profilaktyka zdrowotna – działania mające na celu zapobieganie chorobom, poprzez ich wczesne wykrycie i leczenie.

Właśnie wybór pomiędzy dwiema definicjami profilaktyki jest wyborem między zdrowiem, jako alternatywą dla chorób, a medycyną zainteresowaną stworzeniem pacjentów - swoistego gatunku ludzi; nabywców leków i usług medycznych. Nie jest zadaniem tego forum nakłanianie do wyboru któregoś z tych dwóch wariantów, lecz zasygnalizowanie, że taki wybór jest (choć żaden lekarz Wam tego nie powie). Skrzętnie zakamuflowany, niemalże zapomniany, ale jest. Teraz narzuca się pytanie fundamentalne: Skoro profilaktyka zdrowotna może uchronić nas przed zachorowaniem na poważne choroby, i jest to wiadome już od czasów Hipokratesa (bez mała dwa i pół tysiąca lat), to czemu nie jest ona stosowana powszechnie, a zamiast tego zdrowiem zajmuje się medycyna - dziedzina zajmująca się leczeniem chorób? Przyczynę takiego stanu rzeczy dobrze opisuje wypowiedź dra Krzysztofa Romanowskiego, specjalisty medycyny chińskiej:

"W historii niemal każdego systemu medycznego występowały dwa nurty. Jeden nurt, określmy go jako hipokratejski, był nurtem medycyny profilaktycznej. Taka medycyna dążyła do doskonałego odkrycia praw natury i fizjologii po to, by skutecznie unikać chorób. Ten nurt rozwijał medycynę edukacyjną, zapobiegawczą. Uczono ludzi jak żyć, żeby nie chorować. Podstawą takiego postępowania było założenie, że świat jest stworzony jako doskonały i nie trzeba nic poprawiać, wystarczy przestrzegać jego praw. Niestety, medycyna, która uczy ludzi jak nie chorować, działa jak brzytwa Ockhama, tzn. obcina zawód lekarza. Teoretycznie patrząc, lekarz może stać się niepotrzebny. Gdyby taka medycyna była zawsze kultywowana, to być może liczba lekarzy zmniejszałaby się sukcesywnie. Lekarz funkcjonowałby jako nauczyciel, albo jako osoba interweniująca w naprawdę trudnych sytuacjach. Wtedy mała ilość lekarzy zaspokajałaby potrzeby dużej grupy ludzi. Ale wtedy nie byłoby biznesu.
Drugi nurt, który zawsze współistniał w systemach medycznych, a szczególnie jest rozwinięty we współczesnej cywilizacji zachodniej, dążył do maksymalnego uzależnienia człowieka od usługi lekarskiej i od leków. Tego samego rodzaju podział możemy zaobserwować w medycynie chińskiej. Pierwszy nurt edukacyjny - to medycyna taoistyczna, która obecnie nie jest popularna w Chinach. Można powiedzieć, że jest to medycyna dla wybranych. Również w Chinach sztuka medyczna skomercjalizowała się tworząc drugi nurt, który aprobuje określony sposób życia i żywienia. Jest on wprawdzie zdrowszy niż ten proponowany u nas, jednak na pewno niezgodny z ideałem proponowanym przez medycynę taoistyczną. To daje określony poziom chorób w społeczeństwie i utrzymuje określony poziom usług lekarskich. Stwarza także rynek dla produkcji szerokiego asortymentu leków naturalnych, ziołolecznictwa i akupunktury.
Obecnie akupunktura została dostrzeżona przez kraje zachodnie i szybko tam się przyjęła, głównie dlatego, że pasuje do komercyjnej medycyny zachodniej. Akupunktura może być wykonywana w różny sposób: albo na poziomie objawowym i taką uprawia się niestety powszechnie w Polsce; albo na bardzo głębokim, przyczynowym poziomie. To jest dostępne dla wybitnych specjalistów, głównie w Chinach.".                        (Źródło)               
Nie ma wątpliwości co do tego, że drugi nurt medycyny - komercyjny opanował już cały świat. Alternatywna (do hipokratesowej) definicja profilaktyki jest tego najlepszym dowodem. No bo o co innego chodzi w: "działaniach mających na celu zapobieganie chorobom, poprzez ich wczesne wykrycie i leczenie" jak nie o to, by przy pomocy propagandy i strachu jak najprędzej wykryć u każdego jakąś chorobę - rzeczywistą bądź wyimaginowaną (dziedziczną) - by tym sposobem produkować pacjentów, tj. nabywców leków i usług medycznych? Co to ma wspólnego ze zdrowiem i profilaktyką, czyli zapobieganiem? Chyba tylko to, że jest jego zaprzeczeniem. Innymi słowy: medycyna komercyjna stała się obecnie niczym innym, jak fabryką chorób, które sama wytwarza, a następnie stosuje sztuczkę zwaną leczeniem, która polega na walce z objawami. Na zdrowie nie ma tu miejsca." (Józef Słonecki)
                                                                                                           

Zdrowie a medycyna - bez skrajności (Klik!) 

"W gruncie rzeczy chodzi o to, by pogodzić profilaktykę zdrowotną, czyli postawienie na własny organizm jako trwałą opokę zdrowia, z działaniem doraźnym, jakim jest leczenie. Trudno jest jednoznacznie określić, kiedy i na ile ingerencja medyczna w naturalne procesy przebiegające w organizmie jest uzasadniona, a kiedy jest zbędna, czy wręcz szkodliwa. Jednej reguły po prostu nie ma. Tutaj trzeba kierować się zdrowym rozsądkiem wsłuchując się w sygnały płynące z organizmu. I tak na przykład w przypadku niewielkiego bólu nie należy od razu sięgać po lek przeciwbólowy, ale już przy silnym bólu należy taki lek zastosować. Jest to uzasadnione tym, że ból jest częstokroć bardziej toksyczny od leku przeciwbólowego. Nie powinno się też stosować leków zwalczających gorączkę, gdy tylko się ona pojawi, natomiast przy wysokiej gorączce zastosowanie leków obniżających ją jest jak najbardziej uzasadnione. To samo dotyczy antybiotyków czy innych leków nowoczesnej medycyny – ich zastosowanie jest uzasadnione wówczas, gdy spodziewane korzyści przewyższają ewentualne niepożądane działania uboczne wynikłe z ingerencji w naturalne procesy zachodzące w organizmie. Oczywiście, o ile to tylko możliwe, najlepiej jest stosować leki naturalne lub pochodzenia naturalnego, czy też homeopatyczne, z tego głównie względu, że ich efekty uboczne są nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku leków chemicznych, których negatywne działania uboczne są częstokroć o wiele groźniejsze od chorób, przeciwko którym mają być stosowane.
Toteż najlepiej jest przyjąć następującą zasadę: każdy lek jest złem koniecznym. Z grubsza rzecz ujmując, zastosowanie zdobyczy medycyny ma uzasadnienie wówczas, gdy w grę wchodzi ratowanie życia lub złagodzenie objawów chorobowych, gdy są bardzo uciążliwe. Zawsze należy mieć na uwadze, że objawy chorobowe świadczą o prawidłowej reakcji systemu odpornościowego, a więc mają charakter prozdrowotny, i z tego względu blokowanie ich bez usunięcia przyczyny jest po prostu blokowaniem wentyla bezpieczeństwa, którym organizm stara się uwolnić od krepujących go toksyn, które, jak wiadomo, są przyczyną wszystkich chorób. Tak więc generalna zasada, którą powinniśmy się kierować, jest ta, że chorobę po prostu należy odchorować, jeśli chcemy, by wyszła nam na zdrowie, natomiast leki są po to, by objawy tego naturalnego procesu zdrowienia były mniej gwałtowne; znośne." (Józef Słonecki)

 Oblicze medycyny współczesnej - (Klik!)

"W powszechnym mniemaniu medycyna to coś jakby zdrowie, z naciskiem na jakby. Ludzie idą do tzw. służby zdrowia (zajmującej się wyłącznie chorobami) sądząc, zwiedzeni nazwą, że idą po zdrowie. W rzeczywistości wychodzą z receptą na leki, które wykupują i wpierniczają wierząc, że to na zdrowie. Przyjmują zatem do wiadomości, że choroba jest efektem niedoboru w organizmie jakichś leków, a lekarz jest fachowcem od stawiania diagnoz, tj. oceny, niedobór którego leku spowodował dane objawy chorobowe. Nie pozostaje zatem nic innego, jak ów niedobór leku uzupełnić i... powrót zdrowia murowany. Oczywiście są lekarze dobrzy i źli. Poznać to po tym, że im lepszy lekarz, tym więcej zna szkodliwych leków, które lekką ręką przepisuje, i nie tylko po to, by zablokować objawy chorobowe, ale także "osłonowo" (na wszelki wypadek, bo a nuż może danego leku w organizmie zabraknąć i powstaną tzw. powikłania) czy też profilaktycznie... cokolwiek to znaczy.
W medycynie naturalnej (i każdej innej, których jest bez liku) istnieje taki sam trend - uzupełniania leków mających zablokować objawy chorobowe. Tylko że nazywają się one inaczej: ziołowe, naturalne, homeopatyczne, probiotyki, prebiotyki, czy wreszcie tzw. suplementy diety. Zaś w modnym ostatnio oczyszczaniu organizmu z toksyn, mającym usunąć przyczynę choroby, tj. toksemię, stosuje się leki oczyszczające, lub wręcz przeczyszczające.

Także we współczesnej specyficznej medycynie ludowej, gdy jedna sąsiadka drugiej skarży się, co jej dolega, ta jak z rękawa potrafi sypać nazwami leków, których uzupełnienie, w jej przekonaniu, jest jedynym godnym uwagi sposobem przywrócenia zdrowia. Nie mówiąc już o poradnikach czy kącikach zdrowia, w których nie mówi się o niczym innym, jak o chorobach i lekach, które przeciw nim są skuteczne. Zdrowie, o którym miała rzekomo być mowa, pozostaje jedynie w tytule, zaś w treści o nim nie ma ani słowa...

W tym owczym pędzie w uzupełnianiu leków nikomu do głowy nawet nie przyjdzie, by w chorobie czegoś nie brać. Jedni biorą antybiotyki i inne chemiczne leki, inni tylko "aspirynkę" (choć to też czysta chemia), jeszcze inni czosnek, albo "ziółka" czy też tzw. suplementy diety. Ale czemu to ma służyć? No, jakże to... wspomagać organizm w chorobie - odpowie każdy "biorący". Ale po co wspomagać organizm, skoro najlepszym wyjściem w przypadku wystąpienia objawów chorobowych jest nie przeszkadzać; chorobę odchorować, by wyszła nam na zdrowie? Nad tym nikt się nie zastanawia, gdyż propaganda, a także reklama mówi coś zgoła przeciwnego - z chorobą należy walczyć. Więc walczą; nie chorują, żyjąc w błogiej nieświadomości." (~Józef Słonecki)

"Mówiąc o lekarzach (najczęściej negatywnie), czasami czynimy zastrzeżenie, że są też lekarze pracujący w pogotowiu ratunkowym, czy chirurdzy urazowi, którzy nie tylko nie zasługują na napiętnowanie, ale wręcz na szacunek dla swojej pracy. Dlatego lekarzami co się zowie powinniśmy nazywać tylko tych funkcjonariuszy służby (tfu!) zdrowia, którzy zajmują się jego ratowaniem, zaś dla określenia pozostałych funkcjonariuszy służby (tfu!) zdrowia mamy stosowne określenia: 
- konowały – funkcjonariusze służby (tfu!) zdrowia współpracujący z aptekarzami, 
- przechrzty medyczne – funkcjonariusze służby (tfu!) zdrowia współpracujący z    
  dystrybutorami, 
- oszuści medyczni – przestępcy podszywający się pod szanowany zawód lekarza (nie   
   mając prawa do jego wykonywania), dla osiągnięcia korzyści materialnych." (~Józef Słonecki)



Jestem uprzedzony do takich naturoterapeutów, co alopatycznie traktują każdą chorobę, nawet tę, która ma charakter prozdrowotny (np. wszelkie infekcje przeziębieniowe), m.in. lekarz medycyny Jadwiga Kempisty, zdaje się, lubi walczyć za pomocą różnych naturalnych środków (np. probiotyków z kapusty kiszonej... gdyby używała takich, a nie walczyła, to byłoby całkiem hepi) z anginą itp. chorobami przeziębieniowymi. 

Naturoterapeutka Korżawska z każdym przeziębieniem też by zaciekle walczyła. Co to za różnica, jak się walczy z objawami chorobowymi, które z natury mają działanie prozdrowotne, a z którymi nie powinno się walczyć? Czy to za pomocą "kałacha" (leczenie farmakologiczne), czy to za pomocą procy (leczenie naturalne) - to wszystko to czysta alopatia (hamowanie efektów ubocznych naturalnego procesu oczyszczania organizmu); manipulacja/sterowanie ręczne systemem odpornościowym - metodami medycznymi, czyli systemem zero jedynkowym (jednowariantowym). Są objawy chorobowe, to należy je zwalczyć; jest akcja, musi być reakcja. Tymczasem, w takich wypadkach, Hipokrates mówi: 


"CHOROBY SĄ PROCESEM POZBYWANIA SIĘ TOKSYN Z ORGANIZMU. SYMPTOMY SĄ NATURALNĄ OCHRONĄ ORGANIZMU. NAZYWAMY JE CHOROBAMI, LECZ W RZECZYWISTOŚCI LECZĄ CHOROBY. WSZYSTKIE CHOROBY MAJĄ JEDNĄ PRZYCZYNĘ, CHOĆ OBJAWIAJĄ SIĘ W RÓŻNY SPOSÓB, W ZALEŻNOŚCI OD MIEJSCA, W KTÓRYM WYSTĘPUJĄ."

"(...) Przyczyną chorób jest toksemia. By zapobiec chorobom, organizm stara się usunąć chorobotwórcze toksyny przy pomocy zarazków i pasożytów. Proces samooczyszczania się organizmu wywołuje objawy, które niesłusznie nazywamy chorobami, bowiem w rzeczywistości zapobiegają one chorobom - leczą je. Wniosek stąd, że choroby infekcyjne i pasożytnicze należy po prostu odchorować – by wyszły nam na zdrowie!
    Jeśli bezrozumnie zwalczamy wszelkie przejawy samooczyszczania się organizmu poprzez walkę z uczestnikami tego procesu – zarazkami i pasożytami – na własne życzenie wywołujemy wzrost toksemii, a to z nieubłaganą konsekwencją prowadzi do uszkodzenia ważnych organów, czego odwrócić się już nie da. I to jest choroba!
    Ergo: sami decydujemy o tym, czy mamy zdrowie na własne życzenie, czy też choroby (...)" (Józef Słonecki)
 




Lekarz Jadwiga Kempista, operuje część-prawdami, jak każdy konował i do tego tzw. naturopata. Nie są to dla mnie i nie tylko dla mnie - jakieś wielkie odkrycia/nowości. 
O ile zniosłem, aczkolwiek z wielkim niepokojem, jej wykład o szkodliwości cholesterolu z jajecznicy oraz inne poprawiania Natury (podobne, czy nawet we współpracy z prof. Trziszką), to jej twierdzenie, że człowiek nie jest przystosowany do życia na ziemi, bo nie umie syntetyzować witaminy C, nie umie sobie poradzić z leczeniem anginy, jako, wg niej, patologii - już na pniu w moich oczach dyskwalifikuje ją jako przewodnika/doradcę na drodze do zdrowia. 
Albo gadanie Kempisty odnośnie szkodliwości cholesterolu i uszkodzonej lizyny z pękniętego jajka podczas gotowania, to już jest przegięcie; to są naŁukowo-meNdyczne dyrdymały, zakrawające wręcz na arogancję i ignorancję wobec Natury, wobec prawdziwej wiedzy o zdrowiu oraz na hipokryzję i zarazem bufonadę tej pani. Z jej wypowiedzi wynika, jakby to ona stworzyła jajko lub co najmniej je odkryła (najlepsze proteiny, jakie Natura nam dała). Straszy cholesterolem z pękniętego jajka, a sama pewnie wcina produkty poddane obróbce kulinarnej w wysokich temperaturach (np. kluski makaron, ciasta, inne); a nakazuje, aby takie jajko, które z założenia miało się ugotować na miękko, a pękło podczas gotowania  - lepiej wyrzucić niż zjeść... Z tego wynika, że - po przepisy na gotowanie jajka na miękko, żeby obyło się bez żadnych perturbacji - tylko do niej, bowiem ludzie przez tysiące lat nie poznali jeszcze tej sztuki gotowania jaj, więc są znów bublami biologicznymi, nieudanymi w procesie stworzenia przez Pana Boga/Naturę/Siłę Wyższą i nie są przystosowani do życia na Ziemi. Ręce i nie tylko - opadają...

Podobnie jak Tombaka bajdurzenia meNdyczne. Czytając jakąś jego publikację, dowiaduje się, że depresję można leczyć z powodzeniem, łykając cukier w kostkach, popijany wodą przegotowaną. Nie o to chodzi, że to jest nieskuteczne nawet w leczeniu objawowym, tylko wyczuwam, że wszystkie metody leczenia naturalnego uważa on za leczenie przyczynowe/działania prozdrowotne, które takimi nie są, zresztą podobnie jak ww. lekarz Kempista, czy zielarka Korżawska, a także Irena Gumowska, dr Ewa Dąbrowska, a nawet naturopaci: Jerzy Zięba, Łukasz D. King, inni (podejście stricte medyczne - za wszelką cenę walka z wszelkimi chorobami infekcyjnymi, a przecież te przeziębieniowe - de facto - mają charakter prozdrowotny; leczenie objawów przeziębienia sposobami naturalnymi, chociaż jest założenie terapeutyczne, że katar leczony trwa tydzień, a nie leczony 7 dni... ponadto panika i stosowanie alopatii podczas objawów wydaliny ropnej np. z dróg oddechowych, choć znów założenie medyczne mówi: ubi pus ibi evacuation: tam, gdzie jest ropa, trzeba ją ewakuaować...). 
 

Ponadto, czytając dalej, Tombak mocno "drze łacha" z eks lek. med. Kwaśniewskiego i jego Diety Optymalnej, ale ta krytyka nie jest merytoryczna, tylko traktuje go bardzo protekcjonalnie, z pozycji wielkiego profesora. Tombak większość metod naturoterapii zerżnął z Małachowa, z którego też zerżnęli: Siemionowa, a z niej zdaje się Klarkowa, lub też bezpośrednio z Machałowa. Dalej już nie mogłem czytać tej pozycji, więc zamknąłem książkę i rzuciłem ją na dno szafy.

W pewnym gabinecie medycyny naturalnej była taka babka (niczym z filmowa babka z "Rancza") znachorka/wiedźma, która polecałą swoją kompozycję 77 ziół ("dwie siekiery energetyczne" jakieś, które mają zwalczyć wszystkie choroby, z katarem włącznie) - czyli na wszystko i na nic. Ale pacjentów stałych miała co miesiąc, którzy jak przystało na pacjentów "naturalnych" odwiedzali ją latami i chyba nadal tak jest; no bo jak może być inaczej, skoro babka leczy objawowo, tyle że za pomocą tzw. środków naturalnych. Była też masażystką, radiestetką, bioenergoterapeutką, etc. Ale sama też ledwie się toczyła otyła bidula... Kiedy byłem tam na prywatnej praktyce, niczym na poczekalni w przychodni meNdycznej, podczas masażu, ściemniała ludziom o cudowności wody utlenionej, "EM-ów" (efektywne mikroorganizmy), sodki, "żywej wody", innych środkach naturalnych (babka i jej pacjenci, wolni słuchacze - prześcigiwali się odnośnie nowości nowych metod leczenia naturalnego, i wszystko to leczenie objawowe było, nawet na jotę nie było nic o leczeniu przyczynowym, czyli profilaktyce prozdrowotnej, no może prócz stawiania baniek, co prawda zabieg terapeutyczny, ale w ostatecznym rozrachunku - efekt prozdrowotny).


Odnośnie tych 77 ziół w pakiecie... Ona te zioła mieszała w misce, potem ubijała i ścierała moździerzem do pieprzu, i nabijała gotowe opłatki/kapselki z apteki. Jak opowiedziała, jak działają te zioła, to ludziska przy kolejnych wizytach wychwalali je, jak to one leczą dobrze, bo nie mają katarów nawet, mają więcej energii. itp.


Wniosek: Jeśli Homo naturalpatiens nie prowadzi się zdroworozsądkowo (np. żre śmieciowo) a objawy chorobowe infekcyjne blokuje za pomocą ziół itp. paraleków naturalnych, czyli nie będąc "czystym" wewnętrznie - a nie ma nawet objawów kataru, to drogi pacjencie naturalny(!) - zacznij sobie już szukać onkologa (ale niestety akademickiego, tego z przemysłu onkologicznego, bo naturalnych nie ma, i może to i lepiej...) albo poszukaj mądrej wiedzy o zdrowiu (profilaktyka prozdrowotna wg Hipokratesa)! 


Patrząc na to z boku, babka i jej wolni słuchacze (Homo naturalpatiens), zanim dostali się do gabinetu doktora medycyny naturalnej naturalnego i do mnie, jako do dietetyka i profilaktyko-naturoterapeuty, cisnęli sobie nawzajem taką nawijkę, jak w typowej przychodni (POZ), która coraz bardziej przypominała filmik pt. "Z przychodni przeżycia" Kabaretu Paranienormalni; dyskusja polegała, jak już wyżej zaznaczyłem, na prześciganiu się nowymi odkryciami sposobów leczenia natus*alnego, czyli leczeniu patologii środkami naturalnymi, czyli znajomości o zastępowaniu jednych patologii drugimi, natomiast - zero wiedzy o zdrowiu lub jak na lekarstwo o prawdziwej profilaktyce prozdrowotnej - jako alternatywie dla chorób.
W przerwie, babka przychodziła do mojego gabinetu profilaktyka zdrowia (dietetyka), pytając w progu: "(...) Zibi,  co możesz mi zalecić, żebym schudła? (...)". A ja jej odpowiadałem: "(...) mnie Twoja otyłość nie przeszkadza (...)".


Homeopaci lekarze i homeopaci-nielekarze z kolei używają w kuchni swoich granulek, jak babki zielarki przypraw do wszystkich potraw, lub dzieci cukierki, ale swoją drogą leczą się na jakieś choroby przewlekłe i leczą też ludzi na ich choroby przewlekłe, łącznie z katarem.


Odnośnie istoty odchorowania chorób infekcyjnych - jestem mocno za Hipokratesem i Józefem Słoneckim, który wiedzę w tym temacie bardzo dobrze zgłębił i posklejał różne teorie prawdziwej wiedzy profilaktycznej w logiczną całość (co prawda po malej reformie swojej wiedzy na temat szczepień, ale...) - jak nikt dotąd z prawdziwych kontynuatorów dzieł Hipokratesa (nurtu profilaktyki prozdrowotnej). Dla mnie to "aksjomat" w naukach biologii; to abecadło wiedzy o zdrowiu.

(KLIK!)

Ponadto, kolejna pani, dr Witoszek (tzw. alternatywna doktórka), autorka nowej wersji Diety optymalnej, na bazie Diety optymalnej eks lekarza medycyny Jana Kwaśniewskiego - chwaliła się, że w 3 dni leczy pod-Dietą rotacyjną niektóre poważne choroby. Według mnie, to działania maskujące na faktyczny stanu zdrowia, pisałem o tym w poprzednich artykułach, m.in. o "odbagnianiu starych szlaków metabolicznych" - zmiana diety na najbardziej durną, stworzy złudzenie ulgi/poprawy zdrowia, bowiem organizm teraz zajmie się działaniami zaradczymi nad zabezpieczeniem przed nową patologią, a odłoży w czasie/odpuści sobie usuwanie starej...). Leczenie/terapia dietami, bez fizycznego wyrwania toksyny z organizmu - jest również maskowaniem faktycznego stanu zdrowia, czyli tylko łataniem porwanego garnituru zdrowia.


Pani Kempista z kolei, też w tonie protekcyjnym wyjaśniała swoim wolnym słuchaczom (m.in. w TV oraz na zlotach ekologów itp. głupawkach), jakie to odnosi sukcesy w leczeniu kefirem i witaminą C (czyli kwasem) wrzody żołądka, za które odpowiadać ma rzekoma bakteria H.p. (helicobacter pylori) 

Nie potrzeba być Katolikiem, żeby się obruszyć - jak pani twierdziła arogancko, że człowiek absolutnie nie jest przystosowany do życia na Ziemi...
Pani Kempista, jeśli już straszy cholesterolem szkodliwym z jajecznicy, to operuje znów część-prawdami. Ona to stwierdziła na jakiej podstawie - czy na podstawie badań wg szkiełka, menzurki, czy oka laboratoryjnego? 

Podobnie jak dr Rath (spadkobierca patentu po Paulingu - zaleca duże dawek witaminy C na wszystkie schorzenia), na podstawie badań laboratoryjnych i na podstawie badań na zwierzętach – wysnuł wniosek, że zwierzęta nie chorują na zawał, bo potrafią lepiej niż ludzie syntetyzować witaminę C.
Analogicznie: niemiarodajne, nieadekwatne wyniki badań odnośnie witaminy C na zwierzętach - dawały doświadczenia odnośnie przyswajania się cholesterolu, przeprowadzone na królikach:
Proces trawienia i wchłaniania u królika jest inny, niż u człowieka, bo jest tzw. wtórnym przeżuwaczem, który musi zjadać pierwszy półpłynny kał, by przyswoić składniki drobnoustrojowe i produkty ich przemiany. Kał ostateczny, to jest ten, który można zauważyć w tzw. drugim rzucie.
Gdyby królik zjadł to co człowiek w czasie (np. obżarstwa w Święta Wigilijne), tj. smażonego karpia, zupę grzybową, rybę w galarecie, strucla z makiem, sernik - i przepił to wszystko wódką - to nie dożyłby do rana. A człowiek natomiast, nie tylko dożyje, ale jeszcze pobudzi się do życia, zatańczy i zaśpiewa.

Dr Rath, mieni się się jako wielki reformator medycyny klasycznej i Big farmy, od 13. lat ścigający przez prokuraturę w Hadze kartel farmaceutyczno-medyczny. Zarówno Big farma jak i WHO – mają się co raz lepiej, będąc w rękach mafijnej finansjery, włodarzy świata, a dr. Rathowi też nie spadł ani jeden włos z głowy, bo teoretycznie powinien być wrogiem numer jeden dla sekty/mafii farmaceutyczno-medycznej. Ciekawe, dlaczego nim nie jest?! Dlatego, że dr Rath jest wrogiem pozornym, fasadowym (jak PiSS było dla PO), a de facto jako showman, biznesmen nakręca sobie i kartelowi koniunkturę biznesową za pomocą propagowania skuteczności paraleków/suplementów, manipulując Ciemnolemingradem za pomocą alternatywnej wiedzy tzw. medycyny komórkowej (medycyna komplemantarna). 
A lemingi-pacjenci wynoszą go na piedestał i łykają bez popitki jego wiedzę i „cudowne” suple w postaci: lizyny i witaminy C (prawoskrętne, syntetyczne). W ruchu dr. Ratha, w ramach szczytnych idei: Ochrona życia na Ziemi – powstała cała sieć piramid handlujących suplami. Nadzór nad tym prowadzą w USA jego kolesie z kartelu, których udaje, że ściga (np. ściga ich do południa, a po południu – wspólnie kręcą lody na suplach).

Teorie Paulinga i dr. Ratha, dr Aleksandry Niedzwiecki, innych okazały się, wg mnie, wysoce szkodliwe (w tym przypadku, odnośnie faszerowania się dużymi dawkami witaminy C, również nie popieram wiedzy Jerzego Zięby, czy Łukasza D. Kinga).

A propos teorii Ratha, że zwierzęta nie umierają na zawał itd.: niektóre zwierzęta umierają na zawał również (np. sarna złapana we wnyki); a twórca teorii Pauling, istnieje duże prawdopodobieństwo, że - wyhodował sobie raka prostaty i zmarł - dzięki dowozowi dużych dawek witaminy C syntetycznej (np. około 18 g dziennie).

Ponieważ europejskie społeczeństwo jest bardziej kumate (czytaj: mniej frajerskie) niż afrykańskie, to też Rath pojechał tam uszczęśliwiać na siłę ciemnoskórych swoją lizyną i witaminą C w proszku, prowadząc sobie doświadczenia pod płaszczykiem szczytnych idei walki z rakiem wśród biednej populacji ciemnoskórych (analogia do misjonarzy-homeopatów, którzy zamiast dożywiać chorych, którzy zachorowali na choroby zakazne z niedożywienia i braku odpowiedniej higieny, to leczą/karmią ich kulkami/granulkami cukrowymi w postaci leków homeopatycznych, a koledzy lekarze wlewają w chorych ciężką chemię ze szczepionek). Wiadomo, że potencjalny ciemnoskóry nie jest dla mafii światowej taki przydatny, komercyjny jak Europejczyk, to nawet jak i umrze w toku ich eksperymentów, to się nic nie stanie dla żywotnych, lukratywnych interesów włodarzy świata (NWO) i ich popleczników, a nawet wręcz przeciwnie (chodzi bowiem o redukcję populacji ludzi na globie).

Dr Rath to nie jest żaden dobrodziej prozdrowotny... 

"Rath to po prostu szołmen reklamujący suplementy. Z takiego oskarżenia co może wyniknąć? Sensacja i ściema, że leki chemiczne rujnują ludzkie zdrowie, a więc powinniśmy przerzucić się na naturalne preparaty z pędów bambusa, które produkuje kolega Ratha w jakiejś fabryczce w Stanach. 
Wniosek stąd, że bez wiedzy o zdrowiu ludzie wciąż będą baranami powolnymi na wpływy rozmaitych naciągaczy. Ruch Biosłone stawia tę sprawę zupełnie inaczej, podgryzając lobby od podstaw, na których buduje ono swoją potęgę. My nie walczymy z lobby, tylko z ciemnotą. Z metodami Ratha nie chcemy mieć nic wspólnego." (~Józef Słonecki)

Sięgając pamięcią wstecz leczono ludzi ziołami (chyba najmniejsze skutki uboczne), ale i one nie zdały egzaminu. Potem nastała era antybiotyków i szczepionek (per saldo strat na zdrowiu nad korzyściami). Obecnie, aby dalej produkować Homo patiens - wymyśla się metody terapii nazywanych medycyną naturalną (bardziej od samej natury), czyli medycyną nadnaturalną lub analną. Ponieważ i ta medycyna nie zdaje egzaminu (chorych przybywa), to już zaczęła pojawiać się nowa medycyna reformatorska, czyli medycyna ekologiczna. Ciekawi mnie, czym ta ostatnia medycyna będzie wabić bezwolnych nabywców usług medycznych i medykamentów? Może to będzie m.in. srebro koloidalne, czy nanokoloidalne...



Dlaczego suplementy diety są szkodliwe (Klik!)

"Prócz ewidentnych objawów chorobowych będących w rzeczywistości późną konsekwencją toksemii organizmu, w zasadzie nie wspomina się o fazie wczesnej, tj. tej, w której organizm wszelkimi sposobami stara się jakoś wydalić nadmiar toksyn, zanim zdecyduje się (jest zmuszony) odłożyć je w postaci groźnych złogów toksycznych, albo wyrządzą one niepowetowane szkody, które następnie trzeba leczyć (czytaj: zarabiać na cudzych chorobach).
Ponieważ praktykowane od niepamiętnych czasów leczenie lekami pochodzenia naturalnego dawało efekty raczej mizerne, medycyna postawiła na sztuczne substancje chemiczne mające jakoby przyczynić się do zdrowia. Ponieważ ten zwrot spodziewanego efektu w postaci zdrowia nie przyniósł, a jedynie nowe choroby, medycyna wykonała kolejny zwrot, a więc powróciła do punktu wyjścia, czyli do lekarstw pochodzenia naturalnego, które (dla niepoznaki) zwą się obecnie suplementami diety; taki to już oszukańczy proceder, ta medycyna.
Tak zwane (celowo mylnie) suplementy diety są po prostu lekami. Lepszymi od chemicznych, bo wywierającymi mniejsze niepożądane działania uboczne, ale jednak lekami. A co innego jest w leczeniu, jak nie maskowanie objawów choroby? Przecież nie usunięcie jej przyczyny... Jeśli zaś pozostawimy przyczynę, to czy brak objawów będzie oznaczał, że choroby nie ma?
Weźmy na przykład witaminę C, która ma zastosowanie w obniżaniu stężenia we krwi cholesterolu, który jest tłuszczem. W jaki logiczny sposób witamina może wpłynąć na stężenie we krwi tłuszczu? Pożera go, czy co?
Otóż kolejną rzecz należy tu wyprostować, a mianowicie tę, że witamina C należy do tzw. przeciwutleniaczy (zwanych dla zagmatwania antyoksydantami), które w rzeczywistości są utleniaczami, czyli stosunkowo łatwo łączą się z tlenem. Utleniacze wykorzystywane są przez wszystkie organizmy żywe do wyłapywania wolnych rodników tlenowych, tj. tych, które uwolniły się spod kontroli; stały się wolne.
Wolne rodniki tlenowe
Rodniki tlenowe to cząsteczki tlenu zawierające w swoim składzie atom z niesparowanym, a więc wciąż wzbudzonym elektronem. Ze względu na ów niesparowany elektron, rodniki bardzo szybko wchodzą w reakcję chemiczną z innymi cząsteczkami, ale wzbudzony elektron uniemożliwia stworzenie trwałego związku chemicznego, toteż rodnik natychmiast uwalnia się i nadal jest gotowy do kolejnej reakcji z inną cząsteczką. Ze względu na ową cechę nietrwałości związków, z jednoczesnym dążeniem do tworzenia nowych związków, rodniki określane są mianem cząstek wysoce reaktywnych; nadreaktywnych cząstek, bowiem ich zachowanie przypomina przejście słonia z zespołem ADHD przez skład porcelany.
W organizmach żywych rodniki, gdy wymkną się spod kontroli, uszkadzają wszystko co napotkają na swej drodze, więc dokonują poważnych szkód, a przede wszystkim niszczą zdrowe komórki wymuszając tym samym przyspieszoną ich regenerację i – co za tym idzie – przyspieszają wykorzystanie puli, która przewiduje około pięćdziesięciu kopii, po których w aparacie kopiującym komórek zostaje tracony ostatni odcinek łańcucha DNA i następuje etap naturalnego starzenia się. Inaczej mówiąc, bardziej obrazowo: niekontrolowane (wolne) rodniki przyśpieszają tykanie zegara biologicznego. Innym negatywnym aspektem aktywności rodników jest możliwość uszkodzenia łańcucha DNA komórki, w wyniku czego może dojść do jej degeneracji, zwanej mutacją. Jeśli zmutowana komórka zachowa zdolność podziału, to w jego wyniku powstaje w organizmie zupełnie nowa tkanka; nowy twór, potocznie zwany nowotworem albo rakiem.
Rodniki pełnią także pozytywną rolę w organizmach żywych, które ich specyficzną nadreaktywność wykorzystują w ważnych procesach życiowych. W mitochondriach komórek rodniki tlenowe są niezbędne do inicjowania spalania tłuszczu, dzięki czemu wyzwalana jest energia. Rodniki tlenowe używane są również w procesach krzepnięcia krwi oraz w apoptozie, czyli zaprogramowanej śmierci komórki. Ze względu na ich zabójcze właściwości, także białe krwinki systemu odpornościowego wykorzystują rodniki do niszczenia o wiele większych od siebie drobnoustrojów, wymierzając przeciwko nim swoją „wolnorodnikową artylerię”.
Jak widzimy, praktycznych zastosowań rodników jest sporo, więc każda komórka posiada ich po kilkadziesiąt. W normalnych warunkach aktywność rodników jest ściśle kontrolowana, a dla obrony organizmu przed tymi, które wymkną się spod kontroli, zwanymi wolnymi rodnikami, natura opracowała odpowiednią strategię. Otóż jedynym sposobem okiełznania niesfornego rodnika jest unieczynnienie go poprzez związanie w trwały związek ze specjalną cząsteczką, zwaną przeciwutleniaczem, w rzeczywistości będącą utleniaczem. Wszystkie organizmy żywe wypracowały własną strategię obrony przed destrukcyjną aktywnością wolnych rodników tlenowych wykorzystując do tego utleniacze, czyli cząsteczki posiadające zdolność trwałego wiązania wolnych rodników tlenowych. Głównymi utleniaczami wykorzystywanymi przez rośliny są witaminy C i E, zaś u zwierząt i człowieka rolę tę z powodzeniem pełni cholesterol LDL.
Kłamstwem jest, albo nieporozumieniem; dezinformacją wprowadzoną do powszechnej wiadomości, że natura dała nam witaminy C i E jako witaminy młodości w... organizmach roślin. Natura dała je roślinom dla ochrony przed wpływem środowiska zewnętrznego, szczególnie tlenu atmosferycznego, który jako produkt przemiany materii roślin, działa na nie destrukcyjnie. Owszem, ludzki organizm jest w stanie te utleniacze roślinne wykorzystać, ale doraźnie, jako substytut zdrowia maskujący prawdziwą przyczynę choroby. Naszym unikalnym utleniaczem jest cholesterol LDL, o którym nic pozytywnego się nie mówi. Ale niby dlaczego? Czy w tym przypadku natura popełniła jakiś błąd? Że niby jesteśmy mniej obdarowani od roślin i większości zwierząt, bo one otrzymały witaminę C, zaś nasz organizm, ani bakterie acidofilne ludzkiego przewodu pokarmowego, jako jedynej, nie potrafią tej witaminy wyprodukować. Czy to znaczy, że naturę trzeba poprawiać?
Rola witaminy C w organizmie ludzkim
Spośród 4.000 gatunków ssaków tylko organizmy ludzi, większości naczelnych, świnek morskich oraz niektórych gatunków nietoperzy nie syntetyzują witaminy C. Okazuje się jednak, że w toku ewolucji nasze gatunki wypracowały niezwykle wydajny mechanizm znakomicie kompensujący tę rzekomą ułomność. Otóż w zamian za zdolność syntezy kwasu askorbinowego występuje u nas bardzo wydajny mechanizm wychwytywania utlenionej formy witaminy C, czyli kwasu dehydroaskorbinowego (DHA) – związku powstającego z witaminy C w wyniku reakcji z wolnymi rodnikami tlenowymi. W większości świata ożywionego używającego witaminę C jako narzędzie obrony przed niszczycielskim wpływem wolnych rodników tlenowych kwas DHA jest traktowany jak związek zużyty, a więc niepotrzebny. W organizmie człowieka zostaje on jednak pochłonięty przez czerwone krwinki (erytrocyty), a następnie powtórnie przetworzony do aktywnej formy witaminy C, używanej do zgoła innych celów niż wyłapywanie wolnych rodników tlenowych.
Mamy zatem koronny dowód, że organizm ludzki nie wykorzystuje łatwo utleniającej się witaminy C jako typowego utleniacza w obronie przed niszczycielskim wpływem wolnych rodników tlenowych, jak to ma miejsce wśród organizmów syntetyzujących tę witaminę, gdyż jest ona wykorzystywana do zgoła innych celów, a mianowicie:
  • jest podstawowym składnikiem kwasu hialuronowego niezbędnego do syntezy kolagenu oraz w procesach kostnienia,
  • jest nieodzowna w przyswajaniu żelaza i syntezie hemoglobiny,
  • uczestniczy w procesach odpornościowych utrudniając wirusom przenikanie przez ściany komórkowe zdrowych komórek,
  • pełni ważną rolę regulacyjną we wzroście i rozwoju wszystkich komórek organizmu.
Organizmy zdolne do syntezy witaminy C są niezdolne do wychwytywania z krwi DHA, więc są zmuszone produkować ogromne ilości kwasu askorbinowego zużywając na to mnóstwo energii. O ile człowiekowi wystarcza pobranie z pożywienia 1 mg witaminy C na kilogram masy ciała, to na przykład kozły są zmuszone wytwarzać we własnym ciele 200 razy większą ilość tego związku. [Moje pogrubienia]
Cholesterol LDL - wyłapywacz wolnych rodników tlenowych
Wszelkie odkrycia w naukach przyrodniczych prowadzą do jednego wniosku: natura jest doskonała – niczego nie zaniedbała, o niczym nie zapomniała, a więc niczego poprawiać nie trzeba. Natura w swej doskonałości przewidziała rzecz jasna wymykanie się rodników tlenowych spod kontroli organizmu i wyposażyła nas w idealny ich wyłapywacz – cholesterol LDL. Nie może być lepszej asekuracji przed niszczycielskim wpływem tych wysoce reaktywnych cząsteczek, by nie mogły swawolić, gdy staną się wolne, czyli wymkną się spod kontroli. Cholesterol LDL jest dostarczany z pożywieniem w mięsie zwierząt mających organizmy zbudowane podobnie do naszych, a więc takie same problemy z wolnymi rodnikami tlenowymi. Toteż logicznym się wydaje, że wymiatacz wolnych rodników tlenowych pochodzenia zwierzęcego jest najbardziej zbliżony do strategii naszego organizmu. Ponadto nasza wątroba może wyprodukować go w ilościach pokrywających niedostatek cholesterolu pokarmowego, dzięki czemu w normalnych warunkach nie wchodzą w rachubę jego niedobory, nawet chwilowe. Cholesterol jest rozprowadzany wraz z krwią, a więc dociera do każdej komórki, co czyni go wszechobecnym w niemalże każdym zakamarku naszego ciała.
Inaczej mówiąc: cholesterol LDL jest zawsze i wszędzie, więc jest idealnym stróżem bezpieczeństwa organizmu, w każdej chwili narażonego na uszkodzenie w wypadku wymknięcia się spod kontroli wysoce reaktywnych rodników tlenowych. Łatwo wchodzi w reakcję z tlenem, z którym tworzy trwały związek zwany utlenionym cholesterolem LDL. Po utlenieniu się cholesterol LDL zmienia swe właściwości i zamiast „pałętać się” po krwiobiegu, osiada na ścianach tętnic, gdzie cierpliwie czeka, aż zabierze go specjalny nośnik – cholesterol HDL (zwany dobrym cholesterolem), którego zadaniem jest zbieranie z ścian tętnic utlenionego cholesterolu LDL (zwanego złym cholesterolem) i odtransportowanie go do wątroby, skąd drogą żółciową zostaje wydalony na zewnątrz organizmu, czyli do jelita cienkiego, a następnie wraz ze stolcem trafia do środowiska zewnętrznego. Trzeba przyznać – idealne rozwiązanie, które mógł wymyślić tylko Doskonały Stwórca!
Hipokrates twierdzi: „Choroby są procesem pozbywania się toksyn z organizmu. Objawy są naturalną ochroną organizmu. Nazywamy je chorobami, lecz one w rzeczywistości leczą choroby. Wszystkie choroby mają jedną przyczynę, choć objawiają się w różny sposób, w zależności od miejsca, w którym występują.” Przez z górą dwa i pół tysiąclecia nikt tego twierdzenia nie podważył, nie ma zatem jakiegokolwiek powodu, by w każdej chorobie doszukiwać się innej przyczyny (patogenu – jak robi to medycyna zainteresowana zyskiem z „leczenia” objawów chorobowych, a więc celowo odwracająca uwagę od prawdziwej przyczyny wszystkich chorób).
Skoro tak, skoro objawy chorobowe chorobą nie są, a nawet odwrotnie – leczą one choroby, to i podwyższone stężenie cholesterolu LDL chorobą nie jest, a jedynie świadectwem determinacji organizmu w usunięciu zeń przyczyny chorób – toksyn wywołujących toksemię, a więc stan, w którym ilość toksyn przeznaczonych do wydalenia przekracza możliwości układów wydalniczych, a jednym z nich jest układ wydalania tych niezwykle groźnych toksyn, jakimi są wolne rodniki tlenowe.
Tutaj nasuwa się pytanie: skoro przyczyną wszystkich chorób jest toksemia, to jaka jest przyczyna toksemii? Czy tylko toksyny endogenne – powstające w organizmie jako odpady procesów metabolicznych? Otóż nie. Do wydalenia produktów przemiany materii nasze układy wydalnicze są ewolucyjnie doskonale przystosowane. Przyczyną toksemii są toksyny egzogenne – wnikające do organizmu w sposób niekontrolowany z zewnątrz, najczęściej z przewodu pokarmowego przez nadżerki nabłonka jelitowego. Do tej nienaturalnej sytuacji natura nas nie przystosowała, tymczasem w wyniku pojawienia się w naszym środowisku sztucznych substancji chemicznych istnienie licznych nadżerek nabłonka jelitowego stało się obecnie zjawiskiem powszechnym.
Stan toksemii organizmu wpływa na dysfunkcję wszystkich organów i układów, w tym także mechanizmów utrzymujących rodniki tlenowe w ryzach, więc ilość wolnych rodników tlenowych wzrasta proporcjonalnie do wzrostu toksemii. Toteż wzrost stężenia we krwi cholesterolu LDL nie jest chorobą, a jedynie objawem determinacji organizmu w usunięciu nadmiaru tych groźnych toksyn, jakimi są wolne rodniki tlenowe.
Witamina C nie jest w naszym organizmie magazynowana, więc jej nadmiar jest wydalany, ale zanim to nastąpi, krąży przez pewien czas w krwiobiegu, a jeśli napotka wolny rodnik tlenowy – utlenia się. Tym sposobem duże dawki witaminy C wpływają na zmniejszenie ilości wolnych rodników tlenowych, a więc organizm nie musi już utrzymywać we krwi zwiększonej ilości cholesterolu LDL do dezaktywacji i wydalenia wolnych rodników tlenowych, co skutkuje spadkiem jego stężenia we krwi.
Zwolennikiem stosowania dużych dawek witaminy C był Linus Pauling, amerykański fizyk i chemik, dwukrotny laureat nagrody Nobla (1954 w dziedzinie chemii, za badania fundamentalnych właściwości wiązań chemicznych, i 1962 – nagroda pokojowa Nobla za wkład w kampanię przeciwko próbom z bronią jądrową). Sam zażywał 18 g witaminy C dziennie, a za jego przykładem nastała moda na zażywanie olbrzymich ilości witaminy C. Entuzjazm Paulinga dla witaminy C nie znalazł potwierdzenia w faktach, gdyż sam zmarł na raka prostaty, więc moda na ten sposób łatania zdrowia na jakiś czas zanikła, aż do teraz, gdyż producenci tzw. naturalnych suplementów diety znów ożywiają tego trupa próbując na ludzkiej niewiedzy robić interes. By jakoś uzasadnić fiasko poprzedniej mody na witaminę C, pada argument, że Pauling zalecał i sam stosował witaminę C syntetyczną, oni zaś proponują naturalną, rzekomo lepszą. W rzeczywistości nie ma to istotnego znaczenia, gdyż nadmiaru witaminy C organizm i tak nie przyswaja (nie wykorzystuje na potrzeby metabolizmu) lecz ją wydala. A więc czy wydali sztuczną witaminę C, czy naturalną – jaka to różnica? To zwyczajna ściema, bo cóż z tego, że wskutek zażywania dużych dawek witaminy C, kilkusetkrotnie przewyższających zapotrzebowanie organizmu, spadnie stężenie cholesterolu LDL? Czy usunie to przyczynę choroby, czy tylko zamaskuje objawy świadczące o prawidłowym funkcjonowaniu naszego organizmu? [Moje podkreślenia]
Łatanie dziur w zdrowiu
Przykład z witaminą C w maskowaniu objawów chorobowych, bez usunięcia ich przyczyny, można odnieść do wszystkich modnych obecnie tzw. naturalnych suplementów diety. [Moje podkreślenia] Ich działanie nie ma nic wspólnego ani z profilaktyką zdrowotną, ani ze zdrowiem w ogóle. Jest to działanie stricte medyczne, a więc nastawione na robienie biznesu na ludzkiej niewiedzy przy pomocy fałszywych informacji. Przede wszystkim fałszywe jest nazywanie leków, czyli substancji wywierających aktywny wpływ na funkcjonowanie organizmu... suplementami, czyli dodatkami diety. To doprawdy szczyt bezczelności, gdy do „suplementu diety” dołączona jest ulotka z długą listą chorób, które ten specyfik... leczy, ale lekiem on nie jest, tylko... takim sobie dodatkiem; przyprawą do posiłku.
By wcisnąć, dosłownie: wcisnąć swoje produkty, dystrybutorzy wmawiają nabywcom, że przyczyną chorób jest niedobór jakichś substancji. No, to już jest oczywista bzdura! Owszem, wśród substancji odżywczych niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania organizmu są takie, których niedobór wywołuje objawy niedoboru. Ale są to właśnie objawy niedoboru, a to nie to samo, co choroba będąca następstwem nieodwracalnego uszkodzenia tkanek jako efekt niszczycielskiego oddziaływania toksyn, których organizm nie zdołał się pozbyć, gdyż wszystkie próby ich wydalenia są blokowane. A jeśli likwidujemy wszelkie objawy świadczące o samooczyszczaniu się organizmu z groźnych toksyn, to co się z nimi dzieje? Otóż kumulują się w organizmie i uszkadzają tkanki ważnych organów, czyli że wiodą do jednego finału – choroby.
Wiele badań wskazuje, że osoby systematycznie zażywające jakieś substytuty; erzace zwane suplementami diety, a w rzeczywistości będące lekami bez recepty służącymi do maskowania objawów chorobowych (swoistych wentyli bezpieczeństwa), o wiele częściej od pozostałych zapadają na choroby cywilizacyjne – cukrzycę wieku dorosłego, nadciśnienie, choroby z autoagresji czyli agresji systemu odpornościowego skierowanej przeciwko komórkom własnego organizmu, wreszcie raka będącego totalną katastrofą organizmu jako całości. I nie może być inaczej!". (~Józef Słonecki)


"W gruncie rzeczy chodzi o to, że witamina C, jak zresztą wszystkie witaminy, w sytuacji niedoboru wywołuje specyficzne objawy niedoboru. Jeśli owe objawy nie występują, to stosowanie dużych dawek witaminy C w celu zamaskowania innych (niż niedobór witaminy C) objawów chorobowych jest typowym w medycynie działaniem alopatycznym, tj. nastawionym na zwalczanie prawidłowych reakcji systemu odpornościowego.” (~ Józef Słonecki)
„Zapewne nie chodzi tu o zapotrzebowanie komórek na witaminę C, tylko o tę nadwyżkę płynącą w żyłach do neutralizacji wolnych rodników. Jednak do tego celu natura wyposażyła nas w LDL, który doskonale sobie z tym radzi i nie powiększa przy tym portfeli firm farmaceutycznych.
Tylko zaraz potem gdzieś przeczytasz, że duży LDL to zło i należy spożywać następny specyfik na jego obniżenie. "(~Tomurbanowicz)

Jeśli u niektórych ww. mechanizm kompensacji/odzysku z recyklingu witaminy C nie funkcjonuje prawidłowo, to trzeba się zastanowić nad ewentualnym niedoborem metylacji, powstałym w wyniku mutacji genu MTHFR, o którym pisałem obszernie w poprzednich artykułach.
Podobnie jest z innymi substancjami odżywczymi. Poprawianie Natury przez prof. Trziszkę np. z modyfikowaniem jaj kurzych poprzez dodanie jodu kurze do jedzenia - jest jakimś nieporozumieniem. W Polsce, w różnych miejscach kraju występują 80. krotne różnice co do zawartości jodu w składzie gleby... więc dlaczego mamy zrobić sobie kuku, stosować się do "mądrości" Trziszki, bo to profesor i to taki naturalny (czytaj: zwolennik medycyny naturalnej)?


Wracając:

Kempista również coś mówi o lizynie (co prawda naturalnej, w jajku), twierdząc, że w temperaturze wyższej niż 92 stop. C traci swoje walory zdrowotne. Na podstawie tego wysnuwa śmiałe wnioski, że organizm ma kłopoty z utylizacją cholesterolu zjadanego z jajka usmażonego. A zatem człowiek jaskiniowy, po usmażeniu jaja na rozgrzanym kamieniu – musiał mocno chorować i szybko umierał. Gdyby to zrobił na Marsie lub w innym miejscu wszechświata, pewnie by przetrwał… Człowiek to taki wybrakowany produkt biologiczny, że też nie umie syntetyzować sobie witaminy C, i w ogóle – nie jest przystosowany do życia na Ziemi… (Kolejny raz wrukwia moje biedne ucho, jak mówi klasyk kabaretowy - z tym nieudanym człowiekiem w procesie stworzenia)

Kempista zachowuje się tutaj dosyć żenująco, tj. nieadekwatnie do jej wieku i statusu społecznego; gada do ludzi tak, jakby do jakichś pustaków gadała, a sama była odkrywcą Ameryki, i do tego była bardzo seksi-młodzieżówką...

Ta sama taktyka co u Ratha, Clarkowej, Tombaka, Witoszek, Kwaśniewskiego, innych lekarzy i nie-lekarzy naturalnych - na pozyskanie pacjenta naturalnego (czytaj: usługobiorcę medycyny naturalnej).
Gdyby oni wszyscy byli tacy skuteczni, to rzeczony kartel dawno by z nimi zrobił porządek, ale przecież oni wszyscy grają w jednej drużynie, to mają się dobrze, a pacjent, obojętnie jakiej rasy, ma w suchym… 
Natomiast dr. Ashkara natychmiast ukarano za wdrażanie przyczynowej metody leczenia raka i innych chorób przewlekłych (metoda kontrolowanej infekcji: NIA); podobnie jak prześladowano za skuteczną terapię w raku - dr. Gersona.

Przerabialiśmy już termin medykalizacji. Wiemy, co robi parazytologia. Np. karmią nas wiedzą o pasożytach jako najniebezpieczniejszych terrorystach XXI wieku. Potem diagnozują, starszą, usuwają z pomocą rozmaitych aparatów. Proces medykalizacji szybko przepoczwarzył się w proces medykalizacji, ale medycyny naturalnej, a to jeszcze bardziej pasi kartelowi, bo mają „piętrowego” pacjenta, czyli chorego to potęgi entej, który i tak wróci w łapy "białej śmierci" (czytaj: lekarza medycyny akademickiej, najczęściej do lekarza "rodzinnego") - prędzej czy później. Medykalizacja pacjentów naturalnych powoduje maskowanie stanu faktycznego zdrowia, poczucie ulgi, zlikwidowanie powierzchowne niekorzystnych objawów. Oni to robią za pomocą takich różnych częściowo-prawdziwych ciekawostek. Najlepiej kupuje się pacjentów na pielgrzymkach, piknikach, wśród tzw. moherów itp. socjalistycznych, lewackich pacjentów-lemingów - jako rzekomej opozycji w stosunku do całego  chorego systemu farmaceutyczno-medycznego.

Poniżej przedstawię mój przykład sztandarowy odnośnie nieszkodliwości cholesterolu z pożywienia, ale i niekorzystnych dla organizmu skutków, jeśli nieprawidłowo połączy się niektóre pokarmy.
 Osobiście zjadam średnio po około 5-10 jaj dziennie od około 17. lat. Ale...

Z cholesterolem organizm sobie radzi w następujący sposób:
człowiek dorosły, o wadze ok. 70 kg może sobie zjeść dziennie, jeśli tylko zmieści, około 1 kg jaj, płucek, mózgu (duża ilość cholesterolu), a i tak organizm przyswoi – jedynie około 0,35-0,37 g cholesterolu, czyli w przybliżeniu około 0,5 g. Tyle przyswoi organizm cholesterolu egzogennego, czyli z dowozu/z jedzenia.

Jeśli człowiek odżywia się zdrowo i nie ma niewydolnych układów wydalniczych, i połączy pokarmy wysoko cholesterolowe z cukrowymi – to wtedy też przyswoi około 0,5 g cholesterolu egzogennego, ale i co najmniej około 1 g endogennego, tego z syntezy.
Czyli u zdrowego: na dzień przyswoi np. około 1,5 g łącznie. Mniej więcej tyle samo wydali: ok. 0,5 g jako cholesterol i 1 g w postaci soli żółciowych, z których w procesie recyklingu wątroba część pozyska i przerobi na prowitaminę D3 (o jej niedobory też się martwi pani Kempista, a zwłaszcza u pań, jakby Ewa nie udała się Panu Bogu pod tym względem podczas stworzenia...). 

Dla przypomnienia: jeśli wystąpią duże niedobory witaminy D3 we krwi, pomimo iż ludzie jedzą w miarę tłusto i wysokocholesterolowo, czyli normalnie, w sposób zdroworozsądkowy, to może to być analogicznie, jak w przypadku z nieprawidłowościami z recyklingiem witaminy C - niedobór metylacji! Ale to nie powód zaraz, aby się faszerować Witaminą D3 i witaminą C (np. "wściekle lewoskrętną") 
Suplementy witaminy D nie chronią przed złamaniami (Klik!) 
"(...)Tymczasem naukowcy z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore, którzy także przyjrzeli się skutkom zwiększonego spożycia witaminy D, doszli do dwojakich wniosków. Po pierwsze, stwierdzili oni, że podniesiony poziom witaminy D we krwi może skutkować obniżeniem stężenia białek c-reaktywnych (c-reactive protein, w skrócie CRP), czyli popularnego wskaźnika zapaleń układu krążenia. Z drugiej strony jednak, poziom witaminy D wyższy niż 21 ng/ml wiązać się może ze wzrostem stężenia wspomnianych protein, co prowadzi do twardnienia naczyń krwionośnych i zwiększonego ryzyka chorób układu krążenia. (...)". [Moje pogrubienie]
Ale jeśli będziemy mieli jakiś defekt metaboliczny i będziemy łączyć pokarmy („korytkowo”: wysokocholesterolowo, wysokotłuszczowo, wysokowęglowodanowo), czyli posiadające w sobie dużą ilość cholesterolu i dużą ilość cukrów - to organizm przyswoi nawet od 3–9 g cholesterolu dziennie (widziałem u niektórych z hiperholesterolemią żółte blaszki cholesterolowe pod skórą powiek). Tak jest u ludzi z defektem metabolicznym (złogi cholesterolowe upchane po całym ciele człowieka). Czyli rocznie będzie się odkładało około 2,5 kg balastu. Jeśli to się gromadziło, latami, to może mieć w sobie około kilkunastu kg złogów różnej maści.
Zaś z połączenia dużej ilości tłuszczu i dużej ilości węglowodanów - wszelkie choroby z hiperinsulinemii.
Jeśli założymy, że taki człowiek się "nawróci"/ogarnie i będzie jadł jak człowiek, a nie żarł jak zwierzę, to będzie się pozbywał balastu w ilości około 1,5–2 g dziennie. 
Czyli – ile teraz trzeba czasu, aby pozbyć się go, od momentu zanim człowiek się ogarnie? Pewnie kilku lat, i to nie tylko przy pomocy samej diety oczyszczającej czy zasad zdrowego odżywiania, ale i pewnych środków detoksykujących, bo złogi-toksyny są składowane, prócz jelit, poza układem trawienia, jeszcze różnych tkankach, przy niewydolnym układzie wydalniczym.

Tak więc ani tłuszcz, ani cholesterol się nie odłoży w organizmie z cholesterolu egzogennego. Natura nie jest taka głupia, jak myśli medycyna, że z tego samego utworzy się to samo. 
Gdyby tak było, jak myśli medycyna, to np. łysi by jedli włosy na porost włosów.
Organizm to nie jest gar poligonowy, żeby wszystko, co się tam wrzuci do niego pozostało w takiej samej postaci. Natura, jeśli ma do czynienia z cukrami, to nie przerabia ich na cukry, prócz skromnej, niezbędnej ilości w postaci glikogenu, tylko nadmiar cukrów - w tłuszcz. Cukier w roślinie nie powstaje dlatego, że rolnik sypał do gleby cukier; a zielone liście na drzewie owocowym rosną dlatego, bo dolał farby zielonej do gleby; kwiaty w kwiaciarni nie pachną dlatego, że dolał perfum do gleby; czerwone maki na Monte Kasino też nie wzrosły z polskiej, przelanej w bitwie krwi, jak mówią słowa pieśni żołnierskiej; etc.

Z biochemicznego punktu widzenia, do utworzenia cząsteczki cholesterolu, potrzebny jest kwas tłuszczowy, który to powstaje z tzw. aktywnego octanu, a ten ostatni może powstać z wszystkiego, czyli z: białka, tłuszczu i węglowodanów, a nawet z tzw. pustych kalorii, czyli z alkoholu. Ale potrzebny jest jeszcze drugi półprodukt, tzw. NADPH, który powstaje - tylko z węgli, ale zjadanych - tylko w ilościach nadmiernych. A żeby znalazły się oba półprodukty muszą być w pożywieniu węglowodany.

Przykład:
GENERALNIE - POKARM BOGATY w WĘGLOWODANY i w TŁUSZCZE GENERUJE PRODUKCJĘ MARKERÓW PROZAPALNYCH; JEST TYPOWO PROZAPALNY!

Posiłek zjedzony w postaci jajek i pieczywa, lub ziemniaków, kasz, ryżu, itd. - to bardzo złe połączenie. Około 63% kalorii z jajek pochodzi z kwasów tłuszczowych, a ok. 77% kalorii z pieczywa pochodzi z węglowodanów. I właśnie takie połączenie wysokowęglowodanowe i wysokotłuszczowe znacznie utrudnia metabolizm.

W ostatnim czasie badania naukowe ustaliły tezę, z której wynika, iż takie połączenie posiłków (dieta "korytkowa") powoduje wzrost ekspresji kluczowych białek, które zakłócają transdukcję sygnału insuliny i leptyny. To oznacza indukcję lekkiej oporności na insulinę i leptynę, naruszając metabolizm tego, co jemy.

Wzrost ekspresji cytokin prozapalnych występuje już po czasie jednej h od zjedzenia takiego posiłku i utrzymuje się jeszcze kilka h w organizmie. Prócz tego dochodzi także do wzrostu ekspresji niektórych prozapalnych kinaz, które to naruszają funkcje insuliny.

Takie posiłki powodują też różne schorzenia w obrębie układu krwionośnego. Chodzi tutaj głownie o powstanie stanu przednadciśnieniowego, a później choroby związane z nadciśnieniem tętniczym. 

Posiłek bogaty w tłuszcze i węglowodany (nawet u ludzi zdrowych) powoduje zmiany podczas stresu oksydacyjnego i stanu zapalnego, naruszając reaktywność naczyniową i rozszerza naczynia.
Posiłki takie powodują otyłość i nadwagę, bowiem węglowodany są jako pierwsze spalane, a nie kwasy tłuszczowe - biorąc pod uwagę pokrycie potrzeb energetycznych. Dlatego też taka ilość glukozy hamuje spalanie tłuszczów, które to są odkładane w zapas, czyli do zmagazynowania.
Biochemia lekarska Meisenberga i Simmonsa mówi: "Po posiłku mieszanym, złożonym z tłuszczów, węglowodanów i białek, tkanka tłuszczowa otrzymuje większość jego kwasów tłuszczowych pod wpływem lipazy lipoproteinowej na trójglicerydy przenoszone przez chylomikrony".

Reasumując, za pomocą insuliny - duża ilość glukozy z węglowodanów stanowią główne paliwo energetyczne, a tłuszcze są magazynowane w tkance tłuszczowej. Komórki tkanki tłuszczowej przyswajają tłuszcz z posiłku, gdyż jego spalanie hamuje insulina, która daje przez to pierwszeństwo spalania glukozie ze zjedzonych węgli.
A zatem, jeśli zjemy dużo tłuszczu i dużo węgli w jednym posiłku, to obwiniamy za ten stan rzeczy tłuszcze, a to nie jest prawdą, gdyż winę ponoszą za to węglowodany.
A w takiej kolejności komórki organizmu stają się oporne na funkcje insuliny, czyli inaczej mówiąc, komórki przestają być wrażliwe na działanie insuliny: najpierw komórki wątrobowe, później tkanki mięśniowej i na końcu tłuszczowej.

To posiłek zjedzony z jajek i pieczywa (nawet jeden i u zdrowego doprowadza do stresu oksydacyjnego i jego skutków ujemnych), a co powiedzieć - jeśli ktoś tak je od X lat i do tego cukier "rafinada.


W sprawie H. p., pani Kempista twierdzi, jak w medycynie klasycznej, że to ona odpowiada za wrzody itd., mając gotową broń na tę bakterię. Gdybym jej posłuchał, to nieźle bym wyglądał… Ja miałem owrzodzenie, a nie miałem bakterii, co dowodzi, że ta teoria jest błędna, a nawet fałszywa, jak wiemy, chodziło o kolejnego straszaka na pacjenta, aby zarabiać na antybiotykach i probiotykach oraz leczeniu natus*alnym. Bywało też odwrotnie. Odkrywcom przyznano Nobla. Pacjenci naturalni będą się starać o Nobla dla takich jak pani Kempista, bo zaleca  naturalne antybiotyki, probiotyki na walkę z bakterią, która de facto ani ziębi, ani parzy organizm ludzki.  
Helicobacter pylori (Klik!) - kolejne naŁukowe kuglarstwo...  

"Tej bakterii przypisuje się nieziemskie wprost właściwości, jakby była specjalnie stworzona do unicestwienia gatunku ludzkiego, i gdyby nie postęp w medycynie, z pewnością już byśmy wyginęli. Jest to typowa propagandowa mistyfikacja, w rzeczywistości bowiem Helicobacter pylori (w skrócie H. pylori lub Hp) jest zwyczajną, jedną z wielu ewolucyjnie związanych z nami bakterii, doskonale dostosowanych do warunków, w których żyją. Przy pomocy danych o cechach genetycznych badacze stworzyli symulację komputerową wskazującą, że różnorodność genetyczna bakterii Helicobacter pylori rozprzestrzenia się promieniście z terenów Afryki Wschodniej. Wyniki wskazują, że zakażenie Helicobacter pylori występowało przed rozpoczęciem migracji naszych przodków z Afryki, a więc co najmniej 58.000 lat temu.
Od spirali do helisy
Historia odkrycia bakterii Helicobacter pylori nie jest tak długa, jak jej ewolucyjny związek z naszym gatunkiem, ale za to jest bardziej zagmatwana. Jej awans z nic nie znaczącej ciekawostki do monstrum zagrażającego naszemu gatunkowi jakoś dziwnie zbiega się z odkryciem i wprowadzeniem do produkcji podstawowego oręża medycyny – antybiotyków.
Pierwsi bakterię tę odkryli niemieccy naukowcy w 1875 roku, ale nie udało się jej wyhodować w warunkach laboratoryjnych, więc szybko o niej zapomniano, aż do roku 1893, kiedy włoski badacz Gulio Bizzozero opisał bakterie z charakterystycznymi spiralnymi rzęskami, żyjące w żołądku psa. W roku 1889 pracujący na Uniwersytecie Jagiellońskim Walery Jaworski zaobserwował w żołądku ludzkim bakterie ze spiralnymi rzęskami i nazwał je Vibrio regula. Jaworski jako pierwszy zasugerował w napisanej w języku polskim książce „Podręcznik chorób żołądka”, że mogą one powodować schorzenia żołądka, ale świat medyczny nie przywiązał do tej nowinki żadnej wagi i sprawa została zapomniana na długie lata.
Sytuacja zmieniła się po roku 1952, kiedy to amerykański biochemik Arthur Kornberg (w 1959 roku Nobel w dziedzinie medycyny za odkrycie sposobu, w jaki kwas DNA jest reprodukowany w komórkach bakteryjnych) opisał hydrolizę mocznika znakowaną promieniotwórczym izotopem węgla w żołądku kota, i że zjawisko to jest hamowane po podaniu kotu antybiotyków.
Początkowo nie było wiadomo, czy bakteria z dziwnymi spiralnymi rzęskami ma jakiekolwiek szkodliwe działanie. Aby się o tym przekonać, dwaj australijscy patologowie – Barry Marshall i Robin Warren podali ochotnikom zawiesinę zawierającą wyhodowane w laboratorium żywe bakterie (a także zapewne spore ilości wytworzonych przez nie jadów). Eksperyment wywołał u ochotników objawy zapalenie żołądka, za co badacze w roku 2005 zostali uhonorowani nagrodą Nobla w dziedzinie medycyny.
Fakt, że z odkryciem jednej bakterii związanych jest aż trzech noblistów świadczy wymownie, jak wielką wagę do tej sprawy przywiązywał i nadal przywiązuje biznes medyczny.
Problemy z nazwą
Równie charakterystyczna jak jej kariera jest nazwa tej bakterii. Najpierw, w roku 1984 nazwano ją Campylobacter pylorydis, ale już w roku 1987 przemianowano na Campylobacter pylori, by niedługo potem, w roku 1989 nadać jej nazwę na Helicobacter pylori.
Najczęściej nazwa nie ma większego znaczenia, gdyż to tylko nazwa, ale w tym przypadku ma znaczenie, bowiem ta akurat nazwa wyjaśnia niezwykłe przystosowanie do środowiska ze swej istoty zabójczego dla wszelkiego życia. Otóż nazwa Helicobacter pochodzi od linii śrubowej – helisy. Ale nie chodzi o to, że bakteria ma kształt helisy, jak się powszechnie uważa, gdyż jako pałeczki mają one po prostu kształt pałeczek. Chodzi o coś innego, o specyficzny sposób poruszania się.
Jeśli weźmiemy do ręki długą, wiotką witkę, zanurzymy ją w wodzie i nie zmieniając pozycji dłoni będziemy zakreślać nią koła, to opór wody spowoduje, że witka przybierze kształt helisy, a w ręku poczujemy delikatne wypieranie witki ku górze. Jeśli użyjemy wyobraźni i wodę zastąpimy gęstszym od niej żelem, to efekt śrubowy witki okaże się zadziwiająco silnie odczuwalny, wprost odrzutowy. Niezależnie od tego, w którą stronę będziemy kręcili witką, efekt będzie ten sam – wypieranie witki w kierunku, z którego nadajemy jej ten specyficzny napęd. Inaczej mówiąc: ruch okrężny witki w żelu wywiera efekt odrzutowy, skierowany w kierunku napędu wprawiającego witkę w ów ruch.
Taki właśnie napęd śrubowy wypracowała omawiana bakteria w strategii przetrwania w śluzie wyściełającym ściany żołądka. Tutaj trzeba zaznaczyć, że ów śluz jest swoistą pułapką na drobnoustroje, uniemożliwiająca im wykonanie jakiegokolwiek ruchu, także tych mających kształt spirali. Dlatego biolodzy ostro zaprotestowali, gdy bakterię tę próbowano nazwać Campylobacter, co by sugerowało, że to dzięki spiralnemu kształtowi ciała potrafi ona wbrew prawom fizyki poruszać się w gęstym, lepkim żelu, jakim jest śluz pokrywający ściany żołądka. Tym sposobem powstała ostateczna nazwa bakterii – Helicobacter, zaś drugi człon – pylori pozostawiono po to, by jakoś nową nazwę powiązać z poprzednią.
Jednokomórkowe ciało Helicobacter pylori ma kształt pałeczki. Z jednego jej końca wyrastają elastyczne rzęski, których najczęściej jest cztery, rzadziej sześć. Rzęski w rzeczywistości są proste, lecz bakteria, poruszając się, ciągle nimi kręci, w wyniku czego najczęściej przybierają one kształt helisy. Do uzyskania ruchu odrzutowego wystarczy bakterii w zasadzie uruchomienie tylko jednej rzęski, pozostałe zaś służą do nawigacji, czyli utrzymania albo zmiany kierunku ruchu.
Odporność Helicobacter pylori na kwas żołądkowy
Kolejnym nieporozumieniem związanym z Helicobacter pylori jest jej rzekomo wyjątkowa odporność na zabójcze dla innych drobnoustrojów działanie kwasu żołądkowego. Otóż nie ma w tym nawet ziarnka prawdy, bowiem tak samo odporne na ten kwas są wszystkie ewolucyjnie związane z nami bakterie acidofilne, które zasiedlając nasze jelito grube muszą pokonać zabójczo kwaśne środowisko żołądka.
Mit o wyjątkowej odporności Helicobacter pylori na działanie kwasu żołądkowego pochodzi z badań in vitro(w probówce) hodowli tej bakterii. Otóż najmniejsze pH podłoża, przy którym obserwowany jest jeszcze wzrost wynosi 4,5, ale gdy do podłoża zostanie dodany mocz (zawierający mocznik), wzrost bakterii jest obserwowany nawet przy pH 3,5. Jest to możliwe dzięki temu, że Helicobacter pylori wytwarza ureazę – enzym katalizujący rozkład mocznika do amoniaku i dwutlenku węgla. Amoniak pozostaje w bezpośrednim otoczeniu bakterii tworząc swoistą otoczkę o mniejszym pH od pH podłoża. Wyniki tych badań laboratoryjnych mają rzekomo potwierdzać, że Helicobacter pylori to wyjątkowo chorobotwórcza bakteria, i że bez serii antybiotyków nijak nie można się przed nią obronić. Nie można się oprzeć wrażeniu, że właśnie o to w tych badaniach chodziło – o stworzenie straszaka na pacjentów, gdyż strach jest bardzo ważnym, żeby nie powiedzieć podstawowym argumentem w marketingu leków.
Rzecz w tym, iż żołądek to nie jest probówka, w której bakteria w spokoju może otaczać się poduszką. Żołądek to tygiel, w którym wciąż coś się dzieje – treść pokarmowa jest wciąż mieszana i ścierana na coraz mniejsze cząstki, więc spokojna poduszka nie wchodzi w ogóle w rachubę.
Druga niedorzeczność to ta, że pH środowiska żołądka nie wynosi 4,5, ani nawet 3,5, lecz około 3*, a tak niskie pH rozkłada wszystkie białka, także białka komórek nabłonkowych żołądka.
By ochronić komórki nabłonkowe przed niszczycielskim działaniem kwasu solnego, gruczoły śluzówki żołądka wydzielają śluz pokrywający jego ścianę ochronną warstwą o grubości jednego milimetra i to właśnie ta warstwa śluzu jest środowiskiem życia bakterii Helicobacter pylori. Innymi słowy: Helicobacter pylori, nie żyje w środowisku żołądka, gdzie byłby narażony na działanie kwasu solnego, w obronie przed którym musiałby wytwarzać ureazę, gdyż żyje on w śluzie zabezpieczającym przed działaniem tego kwasu.
* Nie należy mylić pH środowiska żołądka z pH kwasu żołądkowego (około 1,5), bowiem prócz kwasu żołądek jest wypełniony innymi substancjami – treścią pokarmową a w okresie międzytrawiennym połykaną śliną.
Zakażenie Helicobacter pylori
Helicobacter pylori nie wytwarza przetrwalników, jako względny beztlenowiec jest wrażliwy na działanie środowiska zewnętrznego, w którym potrafi przeżyć zaledwie kilka dni, mimo to zarażenie się tą bakterią jest banalne. Najprostszą drogą zakażenia jest bezpośredni kontakt człowieka z człowiekiem. Możliwa jest także droga pośrednia, poprzez picie lub jedzenie z tych samych naczyń, dotykanie przedmiotów, które wcześniej dotykał nosiciel, na przykład klamki, lady sklepowej, poręczy, pieniędzy.
Do zakażenia dochodzi najczęściej we wczesnym dzieciństwie. Największą rolę rozprzestrzeniania bakterii przypisuje się kontaktom wewnątrzrodzinnym, w których zakażenie następuje między dorosłymi i dziećmi oraz między dziećmi.
Zakażenie bakterią Helicobacter pylori jest rozpowszechnione na całym świecie. W krajach rozwijających się zakażenie stwierdza się niemal u wszystkich badanych, natomiast w wysokorozwiniętych rejonach Ameryki Północnej i Europy Zachodniej zakażenie Helicobacter pylori stwierdza się  u 20 - 40% badanych. W Polsce zakażenie Helicobacter pylori stwierdza się u 70% badanych.
Patogenność Helicobacter pylori
Tak samo, jak w momencie odkrycia, tak i dziś nic nie wiadomo o szkodliwym działaniu Helicobacter pylorina organizm ludzki. Nie odżywia się on komórkami nabłonka, nawet martwiczymi, więc nie jest nawet patogenem oportunistycznym. Jego jedyną winą jest to, że jest, stanowiąc naturalną florę bakteryjną żołądka. Czasami można go spotkać także w śluzie dwunastnicy i przełyku, a nawet w płytkach nazębnych, czego nijak nie można powiązać ze stanem patologicznym.
Helicobacter pylori - wielka naukowa mistyfikacja
Wszystkie fakty wskazują, że Helicobacter pylori jest jedną z wielu intryg, misternie uknutych przez medycynę. No bo jak na przykład wyjaśnić fakt, że choroby, o spowodowanie których oskarża się tę bakterię, występują także u osób, u których tej bakterii nie wykrywa się? Dlaczego w krajach rozwijających się, gdzie zakażenie tą bakterią występuje powszechnie, choroby żołądka występują stosunkowo rzadko, natomiast w krajach wysokorozwiniętych, gdzie zakażenie Helicobacter pylori występuje najrzadziej, choroby żołądka występują powszechnie?
Także inna sprawa związana z Helicobacter pylori wskazuje, że jest to tylko mistyfikacja. Chodzi o czynniki wirulencji, czyli specyficzne cechy bakterii pozwalające jej pokonać naturalne systemy obronne organizmu. Na pierwszym miejscu podaje się wytwarzanie ureazy obniżającej kwasowość soku żołądkowego, mimo że środowiskiem Helicobacter pylori jest śluz pokrywający ściany żołądka, który ma niską kwasowość.
Wniosek, jaki się narzuca, jest taki, że dla medycyny bakteria Helicobacter pylori jest po prostu wygodnym i wdzięcznym pretekstem do leczenia. W odkryciu uczestniczyło aż trzech noblistów, co nadaje sprawie wysoką rangę. Helicobacter pylori występuje powszechnie, jest łatwy do wykrycia przy pomocy testów, nie wytwarza przetrwalników, więc można go zlikwidować w całości przy użyciu antybiotyków, na które nie uodpornia się.
Leczenie zakażenia Helicobacter pylori
Faktem jest, że u dzieci zarażonych Helicobacter pylori ani choroby żołądka, ani inne przypisywane tej bakterii choroby nie występują w ogóle. Choroby te pojawiają się znacznie później, wraz ze wzrostem toksemii. To powinno być wskazówką zarówno do leczenia, jak i profilaktyki chorób, które, wbrew temu co mówi medycyna, u podłoża zawsze mają jedną i tę samą przyczynę – toksemię." (Autor: Józef Słonecki)


Jeszcze o suplemntach... żeby raz na zawsze wyjaśnic, o co chodzi...

"Dawniej żadnych suplementów człowiek nie potrzebował do niczego, aż tu nagle się pojawiły i okazały się nam rzekomo niezbędne... Czy sądzicie, że suplementy ktoś zaczął produkować w trosce o Wasze zdrowie? Naiwny zapewne pomyśli, że tak, ale realista wie, że to tylko interes, o tyle intratny, bo surowiec do produkcji tych paraleków producenci otrzymują za darmo. Otóż wraz z rozwojem produkcji różnego rodzaju soków owocowych powstał problem z odpadami poprodukcyjnymi w postaci wytłoczyn. Ktoś obrotny wpadł na pomysł, by wyciągnąć z nich także te substancje, których poprzez tłoczenie pozyskać się nie da, a jedynie w specjalnym procesie technologicznym, przy użyciu odczynników chemicznych. Proces ten jest niemal identyczny jak produkcja cukru w kostkach, z tą różnicą, że suplementy dodatkowo pakuje się do kapsułek. Ponieważ jest to produkcja bardzo opłacalna, rynek szybko został zarzucony rozmaitymi paralekami pochodzenia naturalnego, dla zmyłki zwanymi suplementami diety (po to by ograniczyć koszty uzyskania atestu leku).
I tak oto pojawiły się rozmaite witaminy pozyskiwane tą drogą z wytłoczyn jabłek i winogron, amigdalina z wytłoczyn jabłek i śliwek, olej z wytłoczyn winogron, oraz szereg innych substancji pochodzenia naturalnego, pozyskiwanych metodami chemicznymi." (Józef Słonecki)
"Ostatnio coraz częściej pojawiają się doniesienia o szkodliwości tzw. suplementów diety. Miały one zapobiec chorobom, wydłużyć życie, a okazuje się, że jest akurat odwrotnie. I w zasadzie nie można się temu dziwić - natura zawsze upomni się o swoje, gdy próbuje się ją oszukać. Dlaczego stosowanie suplementów diety jest oszukiwaniem natury? Ano dlatego, że są to po prostu leki, a nadużywanie leków jest zwyczajnie szkodliwe.
Wprawdzie są to leki pochodzenia naturalnego, ale leki, tylko że ich producentom nie opłaca się wydawać ciężkich pieniędzy na uzyskanie atestu leku i wykorzystują furtkę w prawie, by produkowane leki sprzedać jako nie leki, czyli recepty i atestu. Jest to o tyle szkodliwe, że na ulotce danego leku zamieszcza się fałszywą informację, że nie jest on tym, czym jest, czyli lekiem. W tej sytuacji nabywca w dobrej wierze, zwiedziony fałszywą informacją, zażywa ów lek w przekonaniu, że stosuje tzw. suplementację diety i jakoś nie zwraca uwagi, że na tej samej ulotce jest długi wykaz schorzeń, które ów rzekomy suplement leczy. Gdyby informacja na owej ulotce była zgodna z prawdą, że to jest lek, miałby szansę zastanowić się, czy aby warto go stosować, czy nie lepiej by było usunąć przyczynę choroby, miast maskować jej objawy lekarstwem.
W nazwie tych leków, zwanych suplementami, jest jeszcze jedna fałszywa nuta wskazująca, że są one naturalne. Naturalne suplementy - gdzie w naturze występują takie dziwy, jak oczyszczone witaminy, chelatowane minerały czy wyekstrahowana lecytyna albo koenzym Q10? Nigdzie. Są one produkowane w fabrykach z odpadów powstających w produkcji przetworów roślinnych i odpady poubojowe pozostałe w produkcji wyrobów mięsnych. Są to zatem leki pochodzenia naturalnego, co jest niewątpliwą ich zaletą. Wadą zaś jest fakt, że w ich produkcji używa się odczynniki chemiczne niezbędne do wyekstrahowania poszczególnych składników z masy poddanej obróbce. A więc ich produkcja jest identyczna jak produkcja cukru w cukrowni. Bez przesady zatem leki owe tyle samo mają wspólnego z naturalnymi, co cukier w kostkach wyrabiany z naturalnych buraków albo trzciny.
Czemu zatem wciska się ludziom kłamstwo, że są to dodatki do żywności, czyli suplementy? Rzecz w tym, że producenci wykorzystują lukę w kwalifikacji leków, do których tzw. suplementy diety nie należą, nie ma zatem potrzeby uzyskania na nie drogich atestów, jak to ma miejsce w przypadku leków. I mimo że ulotka przy takim suplemencie zawiera zazwyczaj długą listę chorób, których objawy dany lek leczy... wg prawa nie jest on lekiem, tylko dodatkiem. Czy to tylko niewinne nieporozumienie? Ależ nie! Gdyby nabywca wiedział, że to co kupuje jest lekiem, to mógłby zastanowić się, czy aby w jego przypadku jest uzasadnione przyjmowanie leków bez konsultacji z lekarzem. Szczególnie lekarze medycyny naturalnej chętnie wykorzystują leki pochodzenia naturalnego w leczeniu chorób przez medycynę chemiczną uznawanych jako nieuleczalne uzyskując przy tym doskonałe wyniki, czego najlepszym przykładem jest doktor Janus. Ale dlaczego można uzyskać przy pomocy tych specyfików tak wyśmienite efekty? Dlatego, że są to dodatki do żywności? Nonsens!
A czy leki, przez nazwanie ich suplementami, przestają mieć efekty uboczne? Takie rzeczy mogą mieć miejsce tylko w medycynie, bo w naturze się nie zdarzają!" (Józef Słonecki)


Pożywienie lekarstwem? - Klik!

"Mit: Niech twoje pożywienie będzie dla ciebie lekarstwem.

Te słowa przypisują Hipokratesowi profani – dietetycy i dilerzy suplementów diety, stawiając na końcu kropkę. W rzeczywistości ta piękna sentencja Hipokratesa ma drugi człon mówiący, że twoje lekarstwo powinno być (także) twoim pożywieniem. Współistnienie obu członów sentencji wyraźnie wskazuje, że autor, prekursor profilaktyki zdrowotnej, nie miał na myśli modnych dzisiaj chorobotwórczych diet, które trzeba suplementować, by się nie pochorować. W rzeczy samej sentencja ta jest fundamentalnym prawem profilaktyki zdrowotnej, istotą której jest zapobieganie chorobom poprzez utrwalenie prawidłowych wzorców zdrowego stylu życia. A co może być ważniejszego w zdrowym stylu życia od prawidłowego odżywiania? Przecież każdy głupi wie, że nieprawidłowe odżywianie wiedzie ku chorobie, a więc potrzebie zażywania leków, z czego bardzo cieszą się lekarze, aptekarze, dietetycy i dilerzy suplementów. Przed nimi właśnie przestrzega Hipokrates radząc: – Niech twoje pożywienie będzie dla ciebie lekarstwem, a twoje lekarstwo twoim pożywieniem. Warto zwrócić uwagę, że owe dwa zdania sentencji są równorzędne, a więc można zamienić ich kolejność, a sentencja nadal zachowa ten sam sens: – Niech twoje lekarstwo będzie dla ciebie pożywieniem, a twoje pożywienie twoim lekarstwem. Konkludując, sens przesłania Hipokratesa jest następujący: – Jeśli jesz źle, to żadne lekarstwo ci nie pomoże, a jeśli jesz dobrze, to żadne lekarstwo nie jest ci potrzebne. Prawidłowe odżywianie to nie jakieś tam wyimaginowane diety czy suplementy, tylko odżywianie zgodne z zasadami zdrowego odżywiania

Dlaczego oni to robią? Dlaczego tak bezczelnie profanują słowa Hipokratesa? Robią to, by wyłudzić od łatwowiernych pieniądze, sprzedając im chorobotwórcze diety albo szkodliwe leki, dla niepoznaki zwane suplementami diety pochodzenia naturalnego. A że potrzeby stosowania niedorzecznych diet czy jakichś suplementów w żaden logiczny sposób uzasadnić nie sposób, trzeba podeprzeć się jakimś autorytetem, najlepiej największym – samym Hipokratesem. Nic to, że Hipokrates fałszowania objawów chorobowych nie pochwalał. Przecież można to i owo przekręcić – wyrwać z kontekstu, trochę dołożyć od siebie – i cudzy dorobek wykorzystać dla własnego interesu. Wyciągam te wnioski z autopsji, ponieważ także moje artykuły z tego portalu bywają wykorzystywane w ten niecny sposób, a więc odwrotnie do intencji autora." (~Józef Słonecki)


Ja tylko pragnę przestrzec ludzi chorych, zdesperowanych swoim cierpieniem, szukających pomocy u takich „dobrodziejów” - przed popadaniem w kolejne skrajności ...
„Jedną z największych tragedii życia jest morderstwo dokonane na pięknej teorii przez brutalną bandę faktów." (La Rochefoucauld)


                                                     
Cdn. - pisze się...                                                                                                                                                                                                                                                                                                            


                                                                                                                                            Zibi