Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 maja 2017

OD CZEGO BY TU ZACZĄĆ NAPRAWĘ PAŃSTWA "DEMOKRATYCZNEGO"







Jak rzekł był niegdyś Nicólás Gómez Dávila: "My, wrogowie powszechnego prawa wyborczego nie przestajemy zdumiewać się z powodu entuzjazmu, jaki wywołuje wybór garstki nieudolnych przez masę niekompetentnych".

Problemem ludzi wierzących w demokrację jest symplifikowanie jej sensu stricte do pojęcia "wolności" i sprawienie, iż staje się ono słowem-wytrychem. Demokracja bowiem to nic innego niż łom, służący do wyłamania zamka w ostatnich drzwiach - tych, za którymi stoi już tylko tyrania.

Mówiąc o "demokracji" dzisiejsi obywatele traktują ten legendarny i utopijny zresztą ustrój jako wybawienie, jako oddanie im w ręce jakiejkolwiek władzy, biją czołem przed hasłami wolności, ale - niestety - wolności idącej w nierozłącznej parze z równością. Powielając zatem, w pełni nieświadomie zresztą, schematy socjalistyczne, poddani manipulacji, propagandzie oraz iluzji władzy kreują rzeczywistość ku uciesze włodarzy tego świata, służalców własnych interesów i sakiewek.


Decyzje podjęte przewagą większości (reżim w pełnej krasie!) wbrew powszechnemu uznaniu, iż są decyzjami suwerennymi, w rzeczywistości nimi nie są. Z pomocą "jedynej-słusznej-opcji" przybywają bowiem na przykład media: odpowiednie cykle tematyczne z osobami pożądanymi, małe pranie mózgów odbiorcom, potem jakiś polityczny sondaż - i już osoby słabo zorientowane w świecie politycznym głosują "jak należy". W opublikowanym 25 lutego przez chiński „Dziennik Ludowy” znalazło się zdanie prezydenta Xi Jinpinga, brzmiące: „Gdziekolwiek są czytelnicy, gdziekolwiek są widzowie, tam musi sięgnąć ręka propagandy, bo właśnie tam znajduje się sens i punkt docelowy działań ideologicznych”. Przykład skrajny, ale jakże trafnie odwzorowujący realia, mimo, że u nas nie Chiny - ale Najjaśniejsza Rzeczpospolita.

Konfucjusz prawił, iż "naprawę państwa należy zacząć od naprawy pojęć" - nie możemy nie zgodzić się z tym wyzwaniem, a skoro jesteśmy już przy "demokracji" zatrzymajmy się i zastanówmy, czy ustrój, który tak określamy, w rzeczywistości ma z nią punkty styczne. I tutaj odwołam się do tego, co Charles Mills słusznie ujął opisując problem degeneracji demokracji, bowiem elityzm wydaje się warunkiem sine qua non w procesach transformacji ustrojowej. Ile zatem potrzeba suwerenowi, jakim mieni się lud, balansującemu na cienkiej linie rozgraniczającej tę uwzniośloną, piękną, zmitologizowaną wręcz demokrację z jej karykaturą i wynaturzeniem, jakim jest zwykła zwulgaryzowana ochlokracja, czyli rządy motłochu, by z całym impetem upadł po ciemnej stronie mocy sprawczej?

Harvey Leibenstein, amerykański ekonomista, sprecyzował, czym jest efekt owczego pędu, opisywany w psychologii społecznej, jako syndrom grupowego myślenia. Iluzja jednomyślności i nieomylności, wywieranie nacisku dla wymuszenia konformizmu, etc. - czyż nie tym charakteryzują się powstające pośród zwolenników "demokracji" obozy ideologiczne? Weźmy jako przykład autokreację PiSu na obrońcę biednego i uciśnionego społeczeństwa przed złym establishmentem, jako bodziec ku pociągnięciu za sobą masy elektoratu - sprawdziło się? Ano, sprawdziło! PiS u władzy, lud kupiony za własne pieniądze cieszy się z 500+, w głębokim poważaniu przy tym mając skandaliczny deficyt budżetowy, terror instytucji państwowych i ucisk podatkowy.


Czy przeciętny Kowalski, pogrążony w przywołanym powyżej owczym pędzie, przystanie na chwilę i zastanowi się nad tym, jakie konsekwencje poniesie za sobą polityka partii Jarosława Kaczyńskiego? Bazując na ułomnej empirii rozmów ze "statystycznymi Polakami": czy przeciętny Kowalski odda swoje 500+ i zgodzi się dla dobra ogółu na likwidację PIT i CIT, obniżkę VATu, akcyzy? Ano, nie zgodzi się - i tutaj obnażamy ogromną hipokryzję! Jeżeli bowiem demokracja mieni się sprawowaniem władzy ogółu w służbie ogółowi - dlaczego tak istotne jest dla przeciętnego Kowalskiego osobiste dobro, całkowicie prywatny interes? "Społeczeństwo demokratyczne" w naszym kraju, społeczeństwo, którego mentalność przenika po dziś dzień rozumowanie całkowicie socjalistyczne, wychodzi z założenia, iż lepsze jest równanie w dół - lepsze, ponieważ bezpieczniejsze. Po co wysilać się i rywalizować przy zachowaniu norm moralnych/etycznych/zasad zdrowej konkurencji, skoro kapitan Państwo ma wprawę w ograbianiu ogółu i dzieleniu wszystkiego między wszystkich po równo, oszczędzając przy tym krocie dla siebie? Nie może być zatem mowy o "dobru wspólnym", jako o naszej powinności, ponieważ jest to arystotelesowska mrzonka, która rozbija się jak bańka mydlana po zderzeniu z przeciętnym Kowalskim i jego zasiłkami. 

Wracając do nieprawidłowości w sprawowaniu władzy w państwie demokratycznym - przy całym ogromie instytucji, administracji i tłumach rządzących nie ma u nas żadnej instytucji zwierzchniej, która zapanowałaby nad powyższymi, by wykonywali oni swoją władzę zgodnie z wolą poddanych. "Poddanych", ponieważ od zawsze byłam i jestem niezmiennie zwolenniczką restytucji monarchii i choć jest nam do niej bardzo daleko, to trzymam się tego zamysłu konsekwentnie, jako idei przewodniej w całym moim podejściu do rozważań politycznych. Monarchia to ustrój zgodny z Królestwem Bożym, zatem szanując fundamenty cywilizacji łacińskiej oparte o normy chrześcijańskie - nie można powiedzieć, że "ustroju lepszego od demokracji nikt nie wymyślił", bo wymyślił go sam Bóg. 

Schodząc natomiast na Ziemię i zaglądając do Sejmu... dzisiejsi posłowie, czyli sprawujący władzę z woli narodu przedstawiciele interesów swojego elektoratu, również nie zauważają, iż to oni są w służbie narodowi i to nie naród istnieje w służbie posłom.
Zgodnie z ideą subsydiarności sięgającą swoimi korzeniami czasów starożytnych, będącą także ważnym elementem katolickiej nauki społecznej winno być: "tyle władzy, na ile to konieczne, tyle wolności, na ile to możliwe oraz tyle państwa, na ile to konieczne, tyle społeczeństwa, na ile to możliwe".

Czy da się to wszystko odnaleźć w naszych realiach? Czy rządzący stworzą nową Konstytucję - taką, która będzie uwzględniała zasadę "Volenti non fit iniuria"*? Pozostawmy te pytania bez odpowiedzi i miejmy nadzieję na uporządkowanie się wszystkiego, począwszy od pojęć**, kończąc na całkowitej naprawie Państwa Polskiego.


*"Chcącemu nie dzieje się krzywda".
**Na początek samouczek: 



                                                                                                  
                                                                                              
                                                                                                                                                        
                                                                  Magdalena Wandachowicz                                                                      

środa, 13 maja 2015

FEMINISTKI I ZJAWISKA NIEZROZUMIAŁE DLA LUDZI ZDROWYCH UMYSŁOWO

          Baza ekspertek, powołana w imię walki z "męskim monopolem" o wzmocnienie obecności kobiet w debacie społecznej, zainicjowała akcję, którą Gazeta Wyborcza wraz z Feminoteką okrzyknęły zjawiskiem pt. "Media bez kobiet". Działaczki i działacze, dziennikarze i dziennikarki, biorący udział w tej (jakże wymownej!) akcji, podejmują zacięte działania, by na dobre obrzydzić widzom i słuchaczom wszelkie media, usiłując zmienić je na bardziej ukobiecone.
          Nie chodzi oczywiście o wrażenia wzrokowe, ale o poziom dyskusji, bo - zdaniem inicjatorów akcji - wystarczy po prostu być kobietą, żeby zasiadać wśród grona ekspertów. Nawet jeśli "ekspertem" byłoby się wątłym. Jedynym powodem ku przymykaniu oka na ewidentne braki miałaby być zatem przynależność do żeńskiej "połowy" społeczeństwa. A skoro społeczeństwo dzieli się na panów i panie, to i szanse na wystąpienie powinny zostać równo podzielone ;) Nie ważne, że czasem naprawdę "nie ma ekspertek" - mają się natychmiast znaleźć i nie pozwalać na tę jawną, (tfu!) dyskryminację!
          Sprawa do złudzenia przypomina sztucznie podpompowaną walkę o parytety. Lewicowi przedstawiciele najróżniejszych dziedzin, walczący w imię problemów błahych lub wręcz niezauważalnych dla części prawicowej, nie są w stanie zrozumieć, iż każdy ekspert lub polityk - jeśli rzeczywiście reprezentuje sobą choćby odrobinę wyższy poziom niż reszta, wybroni się sam, bez względu na płeć. Jeśli kobieta będzie znakomitym ekspertem - pojawi się w debacie publicznej. Jeśli będzie zasłużonym dla społeczeństwa politykiem - pojawi się na liście wyborczej. I tu naprawdę wszelkie emocje są zbędne.
          Jako że feministki za główny cel swojego życia obrały całą tę idiotyczną walkę z dominacją mężczyzn w dzisiejszym modelu społeczeństwa, pozwolę sobie zacytować znienawidzonego przezeń, słynnego "szowinistę i mizogina", "zwolennika zakneblowanych haremów", Janusza Korwin-Mikkego:

   Tymczasem prawda jest prosta: kobiety są inne. I to jest oczywistość. Natomiast wartościowanie – czy są lepsze czy gorsze i pod jakim względem – jest, jak każde wartościowanie, czysto prywatne. A o prywatnych poglądach nie ma sensu dyskutować. Nie będziemy też urządzali głosowania, czy kobiety są pod tym czy innym względem lepsze czy gorsze, bo to o milę śmierdzi d***kracją lub czymś jeszcze obrzydliwszym.

   Jedno jest natomiast pewne: dyskusje na temat kobiet w życiu publicznym prowadzone są przy pomocy chamsko-prymitywnych argumentów – często dokładnie odwrotnych, niż myślą ich używający, Jeśli np. ktoś myśli, że wyliczając, że tylko 1 na 200 szefów wielkich korporacji jest kobietą, podał dowód na „dyskryminację kobiet” – ten się myli. Podał właśnie dowód na to, że kobiety się do tej funkcji nie nadają
.

          Gdyby tak wyprać feministki z tych wszystkich niepotrzebnych emocji, wypływających z głęboko zakorzenionych kompleksów i niedowartościowania, mogłoby okazać się, że dotąd bohatersko zwalczały one potwory, które... nie istnieją.
          Role kobiet i mężczyzn podzielone są przecież od zarania dziejów. Przykładowo: niegdyś mężczyzna szedł polować, a kobieta opiekowała się dziećmi, zbierała jagody w lesie i pilnowała, żeby ognisko nie zgasło. Dzisiejsze feministki, w imię równouprawnienia płci, odebrałyby mężczyźnie dzidę, wręczyły kobiecie i nakazały jej udowadniać światu, że upoluje największego mamuta w okolicy i, choćby miała wrócić z garbem, przyciągnie go do jaskini. Oczywiście, w tym samym czasie, ów mężczyzna - w imię równości płci wobec codziennych zadań - z dzieckiem na ręku, miałby przygotowywać strawę dla swojej kobiety, która z całą pewnością udowodniła już światu, że jest warta tyleż samo, co on...
          O tempora! O mores! Och wielki postEMpie...





 [MW]

piątek, 3 kwietnia 2015

WYNATURZENIOM MÓWIMY "NIE"!

         

Kiedyś świadomość własnej płci niosła za sobą - tak dla kobiet, jak i dla mężczyzn - świadomość odpowiednich przymiotów, dzięki którym kobieta była Kobietą, a mężczyzna Mężczyzną. Istniał dystans i wzajemny szacunek do płci przeciwnej. Teraz mamy wszelkiej maści seksualnych degeneratów (żeby było bardziej kolorowo), feministki (którym niestety nie zatyka się otworów gębowych armatkami wodnymi) i media, które trąbią, że nienormalne zachowania zasługują na tolerancję i szacunek. Ja się boję, co jeszcze pojawi się na tym świecie...
          
Kiedyś dzieci miały mamę - MAMĘ i tatę - TATĘ. Dziś miewają dwie "mamo-taty" i chłoną spaczone realia spaczonego świata, które funduje im wszechobecny, rozreklamowany, stawiany na piedestale (tfu!) postęp.
         
W dzisiejszym świecie, w imię tego cholernego postępu, usiłuje się wyprzeć naturalny podział ludzkości ze względu na płeć. W imię chorej ideologii równości, za wszelką cenę usiłuje się wmawiać dzieciom od najmłodszych lat, że chłopiec = dziewczynka. To nie jest "postęp"! To jest skutek uboczny rozwoju i totalne odmóżdżenie, które zaprowadzi ludzkość do zguby. Niech chłopcy noszą spódniczki, niech im się wpaja, że są tacy sami jak dziewczynki, a dziewczynkom, że są takie jak chłopcy; niech wszelkie zboczenia się szerzą; niech prawa zwierząt będą zrównane z prawami ludzi; niech ludzie zawierają małżeństwa z psami, końmi, czymkolwiek (może nauka pozwoli im się krzyżować albo ustawy prawne pozwolą na adopcję); niech kobiety w ogóle przestaną rodzić, a dzieci niech będą hodowane sztucznie, etc. To nie jest demonizowanie - to jest to, co czeka ludzkość i nie będzie to "postęp", tylko jego słona cena. Cena, jaka będziemy musieli zapłacić na własne życzenie.
         
Gdzieniegdzie już walczy się z używaniem słów "mama", "tata" i zastępuje je jednym krótkim "rodzic"/"opiekun", żeby nie podkreślać płci i nie dyskryminować tym samym osób o odmiennej orientacji - bo przecież garstka homoseksualistów jest ważniejsza od całych tłumów ludzi normalnych.
         
Nie traktuję tego jako spisku przeciw wartościom tradycyjnym czy czemukolwiek innemu, nie. Bo to nie jest "spisek" - to jest wręcz oręż w ręku tych postEMpowych, lewackich pijawek, wysysających z człowieka to, co czyni go ludzkim. To tak, jakby świrowi dać karabin maszynowy i zapowiedzieć, że może go używać tylko dla samoobrony.
         
Świat to nie tylko Polska - trzeba być ślepym i głuchym na przemiany w społeczeństwach, które uznały tę "ideologię" za coś normalnego, ba! nawet potrzebnego. W imię jakichś wydumanych teorii o równości płciowej ja, jako matka, mam być nazywana przez swoje dziecko "rodzicem" czy "opiekunem" (byle nie "mamą"!) tylko dlatego, żeby ktoś... (no, dobra) odmienny, nie czuł się dyskryminowany?! Sorry, nie zgadzam się. I nie jestem zawziętym katolem. Jestem po prostu w pełni świadoma tego, że to zrównanie, a raczej przewalcowanie tradycyjnego modelu rodziny, jest pierwszym krokiem ku zaszczepieniu w ludziach chorego rozumowania, w którym wśród normalnych, zwyczajnych i powszechnie przyjętych norm, wyznaczonych przez naturę, znalazłaby się pełna akceptacja i poparcie dla małżeństw homoseksualnych, wychowujących dzieci. NIE (!) zgadzam się na to. Matka Natura pewnie też.
         
Wierzę, że nie wszystko jeszcze odkryto - może się łudzę, ale mam nadzieję, że znajdzie się sposób na przywrócenie ludziom minimum normalności w mózgach, być może nawet kluczową rolę odegrają tu psychologia czy psychiatria...kto wie? ;)
        
Chodzi mi o nadużywanie - tylko i wyłącznie o to. Tu nie można być ślepym, głuchym i biernym, trzeba chcieć to widzieć: gdyby chodziło tylko o "przenikanie" się ról kobiety i mężczyzny w codziennym życiu, zawodowym czy rodzinnym, nie byłoby tematu. A temat jest, w dodatku rozdmuchiwany przez tych, którzy mają w tym interes.
         
Wiadomo, jaki ma być człowiek w wizji lewackiego świata: wyprany ze świadomości, z tożsamości, z człowieczeństwa, z wiary, poglądów, wszystkiego, co czyni go osobną, samodzielnie myślącą, odpowiedzialną za siebie i świadomą konsekwencji własnych czynów, jednostką.
         
Tolerancja prowadzi do przyzwolenia, a przyzwolenie jest prostą drogą do akceptacji wszelkich wynaturzeń. Zmiany w obyczajach i w ludzkiej mentalności zachodzą latami, ale za chwilę możemy obudzić się z ręką w nocniku i nie dość, że będzie za późno, żeby te zmiany cofnąć czy choćby zatrzymać, będzie za późno również na to, by móc wyrazić na ten temat swoje zdanie:
Minister Grabarczyk w sformułowanej 20 lutego 2015 r. odpowiedzi na wystąpienie Pełnomocniczki rządu ds. równego traktowania opowiedział się za prowadzeniem „prac legislacyjnych celem zmiany przepisów Kodeksu karnego w zakresie sprowadzenia penalizacji czynów o podłożu dyskryminacyjnym z uwagi na przesłanki: niepełnosprawności, orientacji seksualnej i tożsamości płciowej”.
Jeżeli zmiany te zostaną wprowadzone, istnieje groźba, że każda wyrazista krytyka środowisk budujących swą tożsamość wokół praktykowania zachowań homoseksualnych zostanie uznana za „przestępstwo z nienawiści ze względu na orientację seksualną”.
„Nawoływanie do nienawiści” ze względu na orientację seksualną lub tożsamość płciową ma być zagrożone karą nawet do dwóch lat więzienia. Znieważenie kogoś ze względu na praktyki homoseksualne, którym się oddaje lub obnoszenie się z dolegliwościami wynikającymi z zaburzeń tożsamości płciowej, będą zagrożone karą pozbawienia wolności do lat 3, a groźba sformułowana ze względu na „tożsamość płciową” lub „orientację seksualną” poszkodowanego – nawet karą 5 lat więzienia.
Proponowane zmiany zawarte są w projektach nowelizacji Kodeksu karnego zgłoszonych przez posłów SLD (druk sejmowy nr 2357) oraz Twojego Ruchu (druk sejmowy nr 340). Przewidują one wprowadzenie nowych przesłanek penalizacji do art. 119 § 1, art. 256 § 1 i art. 257 Kodeksu Karnego.
Autorzy projektu, jako przykład czynu, który na gruncie nowych przepisów podlegałby karze, podają wypowiedź posła, który w interpelacji nazwał homoseksualizm „dewiacją” i zestawił go z zoofilią i pedofilią. Po zmianie prawa może się okazać, że do odpowiedzialności karnej będzie się usiłowało pociągnąć księży przypominających o grzeszności praktyk homoseksualnych.
Jeśli przepisy wejdą w życie, organy ścigania będą zobowiązane, by wszcząć postępowanie nawet bez wniosku osoby poszkodowanej. Projekt ten stanowi w istocie próbę uprzywilejowania w debacie publicznej lobby forsującego polityczne cele subkultur LGBT. Znowelizowane przepisy będą znakomitym narzędziem szykanowania księży oraz polityków i innych obywateli wyrażających dezaprobatę dla praktyk homoseksualnych i ich promocji w sferze publicznej.
Charakterystyczne jest to, że lobby LGBT, które niedawno jeszcze dążyło w Europie do depenalizacji praktyk homoseksualnych, obecnie forsuje rozwiązania mające pod sankcja karną zakazać krytyki ich zachowań. Proponowane zmiany stanowią zbędną eskalację represji karnej, a ich wprowadzenie doprowadzi do drastycznego ograniczenia konstytucyjnej wolności wyrażania swoich poglądów (art. 54 ust. 1 Konstytucji).
W rzeczywistości, środowiska te, czyniąc ze swych praktyk intymnych zagadnienie polityczne, pod pretekstem ochrony życia prywatnego dążą do uzyskania przywilejów politycznych, ograniczając sankcjami karnymi swobodę wypowiedzi krytyków ich zachowań. Ze względu na nadużywanie przez te środowiska kwalifikacji czynów jako rzekomo „nawołujących do nienawiści” (art. 256 § 1 K.k.) czy też „znieważających” (art. 257 K.k.) istnieje groźba, iż każda ostrzejsza krytyka politycznych postulatów zgłaszanych przez środowiska, które swą tożsamość czerpią z wątpliwej obyczajowości ufundowanej na praktykach homoseksualnych, zagrożona będzie sankcją karną.
W internecie powstała petycja, za pomocą której można zaapelować do Ministra Cezarego Grabarczyka i zażądać zmiany jego stanowiska w tej sprawie, aby zapobiec nadawaniu politycznych przywilejów aktywistom subkultur ruchu LGBT.


Gardzę demokracją, ale póki żyjemy w jej nędznej, ochlokratycznej alternatywie - odważmy się na głos rozsądku. I w związku z tym, że za chwilę może okazać się, że pójdę siedzieć za "mowę nienawiści" w tym poście, mówię stanowcze:


      i nie tylko cenzurze zresztą...


MW