Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

poniedziałek, 6 lutego 2017

Medycyna akademicka - wielka blaga (Część III)

Hipokrates o sztuce lekarskiej - KLIK!

"Mit: Sztuka lekarska jest najdostojniejszą ze wszystkich,
Celowo powyższego zdania nie zakończyłem kropką, ponieważ w oryginale nie ma w nim kropki, lecz jest przecinek, a następujące po nim słowa nie pozostawiają cienia wątpliwości co do tego, jakie zdanie o współczesnej medycynie ma jego autor: - lecz wskutek nieuctwa  uprawiających ją (...) pozostała w tyle za wszystkimi innymi. 
Omawiane zdanie rozpoczyna pierwsze przykazanie tak zwanych Przykazań Hipokratesowych, w którym autor obnaża rozbieżność między szczytną ideą medycyny a praktyką lekarską.

Przykazanie Hipokratowe 
Sztuka lekarska jest najdostojniejszą ze wszystkich, lecz wskutek nieuctwa uprawiających ją, jak również wskutek powierzchownych zapatrywań ogółu, pozostała w tyle za wszystkimi innymi. Przyczyna tego jej upośledzenia jest, według mego zdania, następująca: nie istnieje w państwach żadna kara za nadużywanie sztuki lekarskiej, prócz niesławy, ta zaś nie rani tych, których dotknie. Podobni są oni bowiem do statystów występujących w tragediach: jak ci mają postać, szaty i oblicze aktora, lecz nie są aktorami, tak wielu jest lekarzy z imienia, lecz w istocie rzeczy - nader niewielu. (...)"  (~Józef Słonecki)

"Hipokratesa nazywa się ojcem medycyny, ale dlaczego, tego już się nie wyjaśnia. Zapewne dlatego, że dzisiejsza medycyna jest totalnym odwróceniem kierunku medycyny wytyczonej przez Hipokratesa. Pewnie dlatego wobec Hipokratesa często używane są argumenty ad personam, że co on tam mógł wiedzieć, skoro nie miał mikroskopu i nie wiedział, że choroby wywołują zarazki. Obecnie każdy lekarz jest lepszym specjalistą od chorób niż ten starożytny Hipokrates. Jaki z niego ojciec medycyny? Jest w tym sporo racji, że Hipokratesa nie należy nazywać ojcem  medycyny, bynajmniej obecnej, skupionej tylko i wyłącznie na zwiększaniu zysków, co jest absolutnym zaprzeczeniem idei medycyny Hipokratesowej, przejętej następnie przez Pitagorejczyków. Z punktu widzenia medycyny, Hipokratesa należałoby nazwać jej zakałą. On to bowiem jako pierwszy ujawnił wiele tajemnic, na których opierała się sztuka tajemna, jaką była w owym czasie medycyna, i jaką pozostała.

Jeśli już mielibyśmy nazwać Hipokratesa ojcem czegokolwiek, to z pewnością nie medycyny, lecz ojcem profilaktyki zdrowotnej – dziedziny wiedzy będącej przeciwieństwem medycyny, bowiem odbierającej jej zyski ze sprzedaży leków i usług medycznych.
Jako ojciec profilaktyki zdrowotnej Hipokrates pozostawił nam wiele wskazówek, jak nie wpaść w łapy farmaceutyczno-medycznego biznesu (wszak poznał go od kuchni). Spośród licznych niemedycznych zaleceń Hipokratesa najważniejszych jest pięć:

Podstawowym zaleceniem jest, rzecz jasna, zdefiniowany przez Hipokratesa cel profilaktyki zdrowotnej:
Profilaktyka zdrowotna to zapobieganie chorobom poprzez utrwalenie prawidłowych wzorców zdrowego stylu życia.

Niezwykle ważnym nielekarskim zaleceniem Hipokratesa jest rada, by samemu zadbać o własne zdrowie, zamiast oddawać je w czyjeś ręce (w domyśle: lekarzy):
Mądry człowiek powinien wiedzieć, że zdrowie jest jego najcenniejszą własnością i powinien uczyć się, jak sam może leczyć swoje choroby.

Fundamentalną wręcz wskazówką dotyczącą zachowania zdrowia jest jednoznaczne wskazanie jednej (sic!) przyczyny wszystkich chorób. Takie postawienie sprawy stawia Hipokratesa jako wręcz przeciwnika medycyny, zainteresowanej mnożeniem chorób i ich przyczyn.  
Choroby są procesem pozbywania się toksyn z organizmu. Objawy są naturalną ochroną organizmu. Nazywamy je chorobami, lecz w rzeczywistości leczą one choroby. Wszystkie choroby mają jedną przyczynę, choć objawiają się w różny sposób, w zależności od miejsca, w którym występują.

Kolejne zalecenie Hipokratesa wskazuje na prozdrowotną rolę chorób infekcyjnych:
Daj mi gorączkę, a wyleczę twojego pacjenta.
Tutaj akurat Hipokrates daje radę lekarzom (po dziś dzień tego nie są w stanie pojąć), by nie walczyli z objawami chorobowymi, gdyż bez nich choroba staje się przewlekła, a wyzdrowienie niemożliwe.

Najbardziej znane zalecenie Hipokratesa brzmi:
Po polsku znaczy ono: – Po pierwsze nie szkodzić! Ale co to znaczy – nie szkodzić? Dlaczego to takie ważne, że Hipokrates zalecenie to stawia na pierwszym miejscu, jako najważniejsze?
Żeby to zrozumieć, trzeba poznać prawa natury. Jednym z podstawowych jej praw jest dążenie do homeostazy, czyli równowagi między wpływem czynników szkodliwych a możliwością usunięcia skutków tego wpływu. Sytuację tę obrazuje jeden z dwóch wariantów:
  1. Zdolność organizmu do zniwelowania wpływu czynników szkodliwych oznacza zachowanie homeostazy, odzwierciedleniem czego jest stan organizmu zwany zdrowiem.
  2. Przekroczenie zdolności niwelowania wpływu czynników szkodliwych oznacza zachwianie homeostazy, odzwierciedleniem czego są specyficzne  objawy, zwane objawami chorobowymi.
Na wystąpienie wariantu drugiego nie wpływa niedobór czegoś, jakichś hipotetycznych czynników pozytywnych; niedobór antidotum. Wystąpienie objawów chorobowych świadczy o nadmiarze czegoś, konkretnie nadmiarze czynników szkodliwych, zaś objawy same w sobie świadczą o determinacji organizmu w dążeniu do przywrócenia homeostazy, co jest równoznaczne z przywróceniem zdrowia. Czy godzi się blokować ten proces? Hipokrates mówi: nie! – przede wszystkim nie szkodzić! 
Trudno wymienić wszystko, czego nie należy robić, by nie szkodzić, ale warto wymienić kilka najpopularniejszych pomysłów przeszkadzania organizmowi w jego atawistycznym dążeniu do przywrócenia homeostazy:
  • zbijanie gorączki,
  • likwidowanie stanów zapalnych,
  • „leczenie” kaszlu i kataru,
  • zmuszanie chorego do jedzenia, mimo iż organizm brakiem apetytu wyraźnie daje do zrozumienia, że teraz najważniejszy jest proces wydalenia czynników szkodliwych, 
  • wydziwianie z urozmaiceniem ilości składników pokarmowych.
Takie jest właśnie przesłanie Hipokratesa zawarte w zaleceniu: – Primum non nocere, czyli nie przeszkadzać organizmowi w jego naturalnych funkcjach, ale kto się doń stosuje? Rzadko kto. Ludzie, nawet gdy rozumieją prozdrowotną rolę chorób infekcyjnych (albo im się wydaje, że rozumieją), co robią w razie, gdy zachorują, albo zachorują ich bliscy, szczególnie dzieci? Czy zdają sobie sprawę, że nic tak choremu nie może zaszkodzić, jak leczenie go? Wprost przeciwnie – zastanawiają się, co by tu jeszcze zrobić, co jeszcze podać? Taka jest rzeczywistość, niestety. Tym większy szacunek należy się tym, którzy widząc chore dziecko, a więc siłą rzeczy cierpiące – nie robią nic – nie przeszkadzają, bo nad doraźne uspokojenie własnego sumienia przedkładają zdrowie dziecka.
Kto dzisiaj zdaje sobie sprawę, że wiek dziecięcy jest etapem przystosowawczym do życia dorosłego, a więc jest to czas, w którym organizm dziecka, dzięki kontaktowi z zarazkami, nabywa naturalną odporność przeciwko nim na resztę życia? Kto dzisiaj posiada wiedzę o zdrowiu i skąd? Społeczeństwo jest zbałamucone propagandą farmaceutyczno-medyczną, ta zaś każe zwalczać wszelkie przejawy prawidłowych reakcji systemu odpornościowego i traktować organizm ludzki jako niespotykany we wszechświecie bubel, niezdolny do samodzielnego funkcjonowania bez "wsparcia" leków i usług medycznych. Jeśli rodzice, dając wiarę propagandzie, zwalczają wszelkie przejawy aktywności systemu odpornościowego organizmu dziecka, to na cóż innego je skazują, jeśli nie na los delikwenta medycyny, czyli dozgonnego nabywcę leków? Mogą zatem spać spokojnie, bowiem produkcja i sieć sprzedaży "zbawiennych" leków rozwija się prężnie, jak nigdy dotąd.
Trzeba jasno powiedzieć, że są to heroiczne czyny, by zamiast pójść do lekarza po antybiotyki, wziąć zdrowie dziecka w swoje ręce. Do tego trzeba głębokiej wiedzy o zdrowiu i wielkiej odwagi, najprościej bowiem jest zrobić to, co każdy głupi zrobić potrafi – bać się (najlepiej panicznie!) i szkodzić.". (~Józef Słonecki)
Pożywienie lekarstwem - KLIK!

"Mit: Niech twoje pożywienie będzie dla ciebie lekarstwem.
Te słowa przypisują Hipokratesowi profani – dietetycy i dilerzy suplementów diety, stawiając na końcu kropkę. W rzeczywistości ta piękna sentencja Hipokratesa ma drugi człon mówiący, że twoje lekarstwo powinno być (także) twoim pożywieniem. Współistnienie obu członów sentencji wyraźnie wskazuje, że autor, prekursor profilaktyki zdrowotnej, nie miał na myśli modnych dzisiaj chorobotwórczych diet, które trzeba suplementować, by się nie pochorować. W rzeczy samej sentencja ta jest fundamentalnym prawem profilaktyki zdrowotnej, istotą której jest zapobieganie chorobom poprzez utrwalenie prawidłowych wzorców zdrowego stylu życia. A co może być ważniejszego w zdrowym stylu życia od prawidłowego odżywiania? Przecież każdy głupi wie, że nieprawidłowe odżywianie wiedzie ku chorobie, a więc potrzebie zażywania leków, z czego bardzo cieszą się lekarze, aptekarze, dietetycy i dilerzy suplementów. Przed nimi właśnie przestrzega Hipokrates radząc: – Niech twoje pożywienie będzie dla ciebie lekarstwem, a twoje lekarstwo twoim pożywieniem. Warto zwrócić uwagę, że owe dwa zdania sentencji są równorzędne, a więc można zamienić ich kolejność, a sentencja nadal zachowa ten sam sens: – Niech twoje lekarstwo będzie dla ciebie pożywieniem, a twoje pożywienie twoim lekarstwem. Konkludując, sens przesłania Hipokratesa jest następujący: – Jeśli jesz źle, to żadne lekarstwo ci nie pomoże, a jeśli jesz dobrze, to żadne lekarstwo nie jest ci potrzebne. Prawidłowe odżywianie to nie jakieś tam wyimaginowane diety czy suplementy, tylko odżywianie zgodne z zasadami zdrowego odżywiania
Dlaczego oni to robią? Dlaczego tak bezczelnie profanują słowa Hipokratesa? Robią to, by wyłudzić od łatwowiernych pieniądze, sprzedając im chorobotwórcze diety albo szkodliwe leki, dla niepoznaki zwane suplementami diety pochodzenia naturalnego. A że potrzeby stosowania niedorzecznych diet czy jakichś suplementów w żaden logiczny sposób uzasadnić nie sposób, trzeba podeprzeć się jakimś autorytetem, najlepiej największym – samym Hipokratesem. Nic to, że Hipokrates fałszowania objawów chorobowych nie pochwalał. Przecież można to i owo przekręcić – wyrwać z kontekstu, trochę dołożyć od siebie – i cudzy dorobek wykorzystać dla własnego interesu. Wyciągam te wnioski z autopsji, ponieważ także moje artykuły z tego portalu bywają wykorzystywane w ten niecny sposób, a więc odwrotnie do intencji autora.". (~Józef Słonecki)

"Z Przysięgą Hipokratesa związane są dwa mity:

Mit 1: Autorem tekstu przysięgi jest sam Hipokrates.
W rzeczywistości na długo przed Hipokratesem wszystkie cechy rzemieślnicze wymagały od adeptów złożenia podobnej przysięgi swemu mistrzowi. Cech medyków nie był żadnym wyjątkiem.

Mit 2: Lekarz ma obowiązek niesienia pomocy potrzebującym, ponieważ zobowiązuje go do tego Przysięga Hipokratesa.
Tekst przysięgi potocznie zwanej Przysięgą Hipokratesa
Przysięgam na Apollina, lekarza, na Asklepiosa, Hygieę i Panaceę oraz na wszystkich bogów i boginie, biorąc ich za świadków, że wedle mej możności i zdolności będę dochowywał tej przysięgi i tego zobowiązania.
Mistrza mego w tej sztuce będę szanował na równi z rodzicami, będę się dzielił z nim swem mieniem i na żądanie zaspakajał jego potrzeby; synów jego będę uważał za swych braci i będę uczył ich swej sztuki, gdyby zapragnęli się w niej kształcić, bez wynagrodzenia i żadnego zobowiązania z ich strony; prawideł, wykładów i całej pozostałej nauki będę udzielał swym synom, synom swego mistrza, oraz uczniom, wpisanym i związanym prawem lekarskim, pozatem nikomu innemu.
Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i zdolności ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy.
Nikomu, nawet na żądanie, nie dam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją.
Nie będę stanowczo wykonywał wycięcia chorym na kamień, pozostawiając to ludziom zawodowo stosującym ten zabieg.
Do jakiegokolwiek wejdę domu, wejdę doń dla pożytku chorych, wolny od wszelkiej chęci krzywdzenia i szkodzenia, jakoteż wolny od pożądań zmysłowych, tak względem niewiast jak mężczyzn, względem wolnych i niewolników.
Cokolwiek bym podczas leczenia, czy poza niem w życiu ludzkiem ujrzał, czy usłyszał, czego nie należy rozgłaszać, będę milczał, zachowując to w tajemnicy.
Jeżeli dochowam tej przysięgi, i nie złamię jej, obym osiągnął pomyślność w życiu i pełnieniu tej sztuki, ciesząc się uznaniem ludzi po wszystkie czasy; w razie jej przekroczenia i złamania niech mnie los przeciwny dotknie.
Przysięga składa się z ośmiu części (akapitów). W pierwszej adept wzywa na świadków starożytnych bogów greckich. Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, ponieważ w starożytnych czasach Greka Hipokratesa starożytni Grecy wierzyli w starożytnych bogów greckich. Ich też zwyczajowo brali na świadków, składając przysięgi. Jedyną różnicą były imiona bogów wymienianych jako patroni poszczególnych cechów zawodowych. Adepci medycyny  zwyczajowo przysięgali na Apollina (Apolla – boga piękna, światła, życia, śmierci, muzyki, wróżb, prawdy, prawa, porządku, patrona sztuki i poezji, przewodnika muz), Asklepiosa (boga sztuki lekarskiej), Hygieę (od niej wywodzi się termin higiena) oraz Panaceę (od niej wywodzi się termin panaceum).
Druga część to zobowiązanie lojalności względem mistrza i jego rodziny. Ta część jest najobszerniejsza, więc należy wnosić, że jest istotą owej przysięgi. Wyraźnie zarysowują się tutaj trzy nurty:
  1. wiernopoddańcza lojalność w stosunku do mistrza i jego rodziny,
  2. obietnica kształcenia swoich synów na lekarzy,
  3. utrzymanie w tajemnicy sekretów sztuki.
Wszystko to zmierza do kreowania popularnego i dziś zawężenia grupy osób wtajemniczonych w arkana sztuki lekarskiej do wybrańców, najlepiej najbliższych członków rodziny.
Trzecia część to zdawkowa deklaracja stosowania zabiegów leczniczych w miarę możliwości i zdolności lekarza, ku pożytkowi chorych oraz niezrozumiała deklaracja, że będzie ich bronił od uszczerbku i krzywdy.
Czwarta część to dwa zakazy - podawania pacjentom trucizny oraz kobietom środków wywołujących poronienie, choćby tego chcieli, a także zdawkowa deklaracja zachowania w czystości i niewinności życia oraz uprawianego zawodu.
Piąta część to zakaz wykonywania czynności niegodnych lekarza, którymi zajmowali się cyrulicy (balwierze – przedstawiciele nieistniejącego już dzisiaj zawodu – dawniej zajmowali się m.in. goleniem, czyszczeniem uszu, wyrywaniem zębów, upuszczaniem krwi, a także nieskomplikowanymi operacjami, jak usuwanie kamieni pęcherza moczowego).
Szósta część zakaz wykorzystywania seksualnego chorego i jego domowników (w owych czasach nie było izb przyjęć, więc lekarze odwiedzali pacjentów w domach).
Siódma część to zakaz szerzenia plotek o tym, co lekarz zobaczył i usłyszał odwiedzając dom chorego.
Ostatnia, ósma część to zaklęcia mające na celu przekonanie adepta, by nie złamał owej przysięgi – że dochowanie jej się opłaci, gdyż gwarantuje pomyślność w pracy i w życiu prywatnym, zaś niedotrzymanie grozi brakiem pomyślności w życiu osobistym i zawodowym, a także utratą szacunku.
Jak widzimy, nie ma tutaj nic o poświęceniu lekarza, czy też obowiązku niesienia pomocy chorym. To zwyczajna zawodowa przysięga, jaką w tamtym czasie składali adepci wszystkich cechów. Żadnej tajemniczości, wzniosłości, poświęcenia, tylko pragmatyczny zabieg mający chronić wspólny interes cechu medyków.

Przyrzeczenie poświęcenia życia pojawia się dopiero w przyjętej w 1948 roku tzw. Deklaracji genewskiej, zmienianej od tego czasu czterokrotnie, w latach 1968, 1983, 1994 i 2005.
Tekst Deklaracji genewskiej (z roku 1983)
W chwili przyjęcia mnie do grona członków zawodu lekarskiego uroczyście przyrzekam poświęcić me życie służbie ludzkości;
Będę odnosił się do moich nauczycieli z należnym im szacunkiem i wdzięcznością;
Będę wykonywał swój zawód sumiennie i z godnością;
Zdrowie chorego będzie moją główną troską;
Będę zachowywał powierzone mi tajemnice, nawet po śmierci chorego;
Ze wszystkich mych sił będę dbać o zachowanie godności i szlachetnych tradycji zawodu lekarskiego;
Moi koledzy będą mi braćmi;
Nie dopuszczę do tego, by względy religijne, narodowe, rasowe, polityki partyjnej lub pozycji społecznej mogły wpływać na moje obowiązki wobec mego chorego;
Zachowam najwyższy szacunek dla życia ludzkiego od jego początku;
Nawet pod wpływem groźby, nie użyję mojej wiedzy lekarskiej przeciwko prawom ludzkości.
Przyrzekam to uroczyście, z własnej woli, na mój honor!

Polscy lekarze nie składają żadnej Przysięgi Hipokratesa, ani też deklaracjii genewskiej, lecz Przyrzeczenie lekarskie, które z Hipokratesem nie ma absolutnie nic wspólnego. 
Przyrzeczenie Lekarskie to przysięga nawiązująca treścią do Deklaracji genewskiej, składana przez absolwentów kierunku lekarskiego oraz lekarsko-dentystycznego uczelni medycznych w Polsce. Tekst Przyrzeczenia stanowi część Kodeksu Etyki Lekarskiej, uchwalonego przez Krajowy Zjazd Lekarzy.
Tekst Przyrzeczenia lekarskiego:
Przyjmuję z szacunkiem i wdzięcznością dla moich Mistrzów nadany mi tytuł lekarza i w pełni świadomy związanych z nim obowiązków przyrzekam:
  • obowiązki te sumiennie spełniać;
  • służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu;
  • według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek;
  • nie nadużywać ich zaufania i dochować tajemnicy lekarskiej nawet po śmierci chorego;
  • strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić, a do kolegów lekarzy odnosić się z należną im życzliwością, nie podważając zaufania do nich, jednak postępując bezstronnie i mając na względzie dobro chorych;
  • stale poszerzać swą wiedzę lekarską i podawać do wiadomości świata lekarskiego wszystko to, co uda mi się wynaleźć i udoskonalić. Przyrzekam to uroczyście!
Przyrzeczenie lekarskie nie jest obowiązkowe. Ot, po prostu, powiadamia się absolwentów, że o tej i tej godzinie w auli uczelni absolwenci będą składać Przyrzeczenie lekarskie. Kto ma taką wolę i ochotę, przychodzi i wraz z innymi powtarza za lektorem tekst owej Przysięgi chórem.". (~Józef Słonecki)
Tezę, dotyczącą lekarzy, jako największych ignorantów zdrowia potwierdził Pitygrylli: "Specjalistami nazywają się lekarze, którzy swoje nieuctwo ograniczają do ciasnej dziedziny wiedzy”.
          Ludzkie przekonania są bardzo trwałe, na przykład: astrologia przetrwała kilka tysiącleci; geocentryczny system myślenia w astronomii był odwieczny i trwał do XVI w., do czasów Kopernika; medycyna Hipokratesa trwa już ponad 23 stulecia (ale tylko z nazwy czy od "przesięgi" na Hipokratesa, ale na pewno nie z kontynuacji dzieł Ojca medycyny; od około dwóch wieków - prawdziwa medycyna Hipokratejska jest mocno zakamuflowana przez medycynę zachodnią/chemiczną/rockefellerowską ); geometria Euklidesa również 23 wieki, dopóki nie wynaleziono geometrii Łobaczewskiego; logika Arystotelesa 22 wieki, do czasu stworzenia logiki wielowartościowej; mechanika Newtona przez około 3 wieki była nie do zastąpienia. Myślowa rewolucja w pospolitych czy naukowych przekonaniach jest zawsze w odbiorze przez społeczności burzliwa. 
          Nie wiem, kto zrewolucjonizuje obecny depopulacyjny świat medycyny akademickiej i farmacji...

    "Postęp w medycynie to pojęcie abstrakcyjne, bowiem coś takiego w rzeczywistości nie istnieje, w przeciwieństwie do zmniejszenia chorób o charakterze epidemii, które uzyskano bez udziału medycyny, a dzięki postępowi w higienie (wprowadzenie wodociągów oraz sytemu odprowadzania ścieków, tudzież zamianie wychodków na sterylne łazienki) oraz uzyskania poprawy wyżywiania dzięki postępowi w produkcji żywności. Medycyna konwencjonalna te zasługi przypisała sobie. To czemu, skoro ich pigułki są takie skuteczne – nie działają na biednych mieszkańców Kalkuty, czy niedożywionych mieszkańców Afryki? Czemu tam choroby – jak się szerzyły, tak się szerzą? 
 Także rzekomy postęp w diagnozowaniu jest efektem postępu technologicznego, a nie lekarzy, którzy tylko nauczyli się używać tych nowoczesnych narzędzi, nazywając to opanowaniem trudnej sztuki lekarskiej. 
 Natomiast fałszowanie statystyk – to rzeczywiście zasługa medycyny oficjalnej. Po co oni to robią? A po prostu po to, by zamydlić ludziom oczy, że tylko oficjalna medycyna akademicka jest w stanie zagwarantować im zdrowie i pomóc w chorobie. W tym celu fałszowane są np. dane na temat rzekomego postępu w uleczalności chorób nowotworowych, chociaż każdy w najbliższej rodzinie, czy wśród bliższych lub dalszych znajomych widzi, że jest akurat odwrotnie! Ale sam żyje spokojnie, dowiadując się o postępie w tej dziedzinie. Jednak to kolejna wielka blaga, która bierze się z fałszowania danych statystycznych, czemu służą tzw. półprawdy. Otóż jeśli nieszczęśnik leczony na chorobę nowotworową (osłabiony operacją i zastosowaną chemio- czy radioterapią) umrze wskutek niewydolności serca czy wątroby, albo zapalenia płuc (o co w przypadku osłabionego organizmu nietrudno), to nie podaje się prawdziwej przyczyny, lecz po prostu jako powód zgonu wymienia się niewydolność organizmu czy chorobę przeziębieniową. W ten sposób nieszczęśnik poprawia statystykę onkologii, gdyż leczenie (statystycznie) było skuteczne, bo - jako pacjent onkologii! - nie umarł na raka...
 Dalszy rzekomy postęp w medycynie konwencjonalnej to wprowadzenie zastrzyków jednorazowych, zastąpienie proszków pigułkami, a naturalnych substancji – chemicznymi. Ale to też zasługa technologii produkcji w zakładach przemysłowych, często zresztą wątpliwa (jeśli chodzi o skutki uboczne). 
 Jedyny postęp w medycynie konwencjonalnej to odstąpienie od praktyki upuszczania krwi, o którym to procederze przedstawicielom oficjalnej medycyny niewygodnie jest mówić, a który w ciągu ostatnich stuleci stosowany był jako główny instrument praktyki lekarskiej. 
 Ponadto medycyna oficjalna nie różni się niczym od praktykowanej za czasów Hipokratesa, gdyż polega na ustaleniu objawów chorobowych i zastosowaniu przeciw nim (objawom!) jakiegoś leku, z czym zresztą sam Hipokrates się nie zgadzał. (...)" (~Józef Słonecki)


          W latach, zdaje się 70., statystyki odnotowały nastepujące fakty.
W Niemczech przeprowadzono badania statystyczne, które wykazały, że kobiety lekarze, średnio żyją o 14 lat krócej niż kobiety innych zawodów, o podobnym statusie społecznym i podobnych dochodach. Niemcy są narodem zdyscyplinowanym, więc kobiety te jadały - jak im kazano, wg specjalistów dietetyków meNdycznych. Natomiast te drugie, nie miały aż takiej wiedzy meNdycznej, więc jadały - jak ich mamusia nauczyła. 
          Mężczyźni lekarze niemieccy - żyją krócej już o 10 lat niż ich koledzy nie-lekarze z podobnymi zarobkami, czyli o 4 lata dłużej niż koleżanki po fachu. Mężczyźni - nie przejmują się tak mocno odżywianiem i są mniej zdyscyplinowani niż ich koleżanki lekarki. Wnioski się tu nasuwają same. 
          Średnia życia chirurga w USA wynosi tam około 48 lat. Wg mnie, najbardziej chory kraj, a przecież od nich się wywodzą ci słynni amerykańscy naŁukowcy.


          Około 10 lat temu, Pan inż. Witold Jarmołowicz - działający w ruchu NeoOptymalnych, czyli w ruchu zreformowanych Optymalnych, czyli wyznawców diet niskowęglowodanowych, dokonał pewnych ustaleń odnośnie płacenia haraczu socjalistycznej służbie "zdrowia" - przez nasze społeczeństwo.
„ (…) Państwo Polskie wydaje z budżetu (konkretnie z naszych pieniędzy) ponad 40 mld  zł (za 3 lata ma wydać  90 mld zł). Samorządy lokalne ze swoich budżetów, czyli też z naszych pieniędzy, wg szacunków dofinansowują tego Lewiatana jeszcze ok. 10-ma mild zł. Owsiak z całą  swoją "Orkiestrą" dofinansowuje ją  zaledwie 35 mln zł, wg mnie  w ogóle niepotrzebnie, przyczyniając się przez to do eskalacji patologii w służbie "zdrowia" (...).
(...) Kwota przypadająca na leczenie jednego obywatela wynosi 1429 zł rocznie (50.000 mln zł: 35 mln  ludzi). Oznacza to, że 3 osobową rodzinę (jeśli by dać jej te pieniądze do ręki, a jeszcze lepiej w ogóle ich rodzinie nie zabierać) stać by było  na jedno badanie  PET, albo kilka badań NMR, czy CT, bądź 85 wizyt lekarskich (licząc po 50 zł jedna) rocznie. Trzeba tu jeszcze dodać, że lekarz pierwszego kontaktu otrzymuje na leczenie jednego ubezpieczonego 5 zł miesięcznie, co daje kwotę 60 zł rocznie, czyli 180 zł rocznie na całą 3 osobową rodzinę niezależnie czy ci pacjenci do niego przyjdą, czy nie. Przy tym musi się tą kwotą podzielić jeszcze z lekarzem specjalistą, jeśli zleci jakąś zewnętrzną konsultację, czy badania. Na co idzie pozostałe 4.107 zł przypadające na 3 osobową rodzinę (po odliczeniu 180 zł na lekarza rodzinnego) jest słodką tajemnicą urzędników Ministerstwa „Zdrowia” i NFZ, o którą to tajemnicę nie śmie zapytać żaden  redaktor TV pod groźbą  wylecenia z hukiem z pracy. Nota bene, w utrzymywaniu tego rodem z PRL socjalistycznego nowotworu na polskim "ciele" zaangażowany jest nawet osobiście  taki czołowy "liberał" Platformy Obywatelskiej, obecnie w PiS jak dr Religa, który oświadczył, że będzie bronił przed prywatyzacją Socjalistycznej Służby Zdrowia (społecznej) do ostatniego tchu ("po moim trupie") (...).
   (...) Niestety, od czasu okrągłego stołu utrzymaniem tego "nowotworu" były żywotnie zainteresowane także wszystkie partie polityczne w Polsce (wiadomo lukratywne posady) z wyjątkiem jednej, która zawsze postulowała zlikwidowanie tego ekskluzywnego "koryta" (...).
   (...) Aby nie być posądzonym o propagandę powyborczą nazwy jej tu nie wymienię. Mądrzy i tak wiedzą (lub się dowiedzą) o jaką partię chodzi, a ogłupieni przez telewizję i tak będą głosować, jak im telewizor nakazał, o czym każdy czytający ten tekst już po "demokratycznych" wyborach do Sejmu będzie mógł  sam o tym przekonać  na własnej skórze: "miało być normalnie, a jest jak zwykle". "Rak" toczący służbę "zdrowia" pozostanie, a nawet będzie nadal się rozwijał wysysając w kolejnych latach coraz większe ilości naszych pieniędzy, a także pochłaniając coraz więcej ofiar spośród chorych osób w tym także na nowotwory (...)".
Z tej wypowiedzi widać jasno, że były minister "chorób" - ani myślał zreformować czy zrewolucjonizować naszą służbę „zdrowia”, jak nam się chwilowo mogło wydawać...


          Ks. prof. Sedlak pisał tak na temat ewentualnego powstania nowej "teoretycznej" medycyny: "Weryfikację nowej wiedzy mogą i powinni przeprowadzić wyłącznie jej przeciwnicy. To oni powinni udowodnić, że ta wiedza jest zła, zaproponować coś lepszego i wykazać, że to coś jest lepsze..." 
          Wg Sedlaka uczony to taki człowiek, który zgromadził szeroką, interdyscyplinarną wiedzę w takim zakresie, że potrafił popchnąć naukę do przodu. Moim zdaniem, ks. Sedlak to był właśnie takim człowiekiem. 
Sedlak pisał: "Najgorsza jest cisza, otaczała mnie przez całe lata (...). Utrzeć mu nosa, przyklepać głowę, upodobnić do nas (...)" - pisał o swoich kontaktach z uczonymi. Ponadto pisał: " (...) Przerażająca jest zmowa  głupców. To najpotężniejszy związek, choć bez prezesa i składek (...)". Tak był niszczony przez kolegów "naukowców" nienauczonych, podobnie jak: prof. J. Aleksandrowicz,  Rybczyński i wielu innych.
          Prof. Sedlak powiedział, że upadek wszelkich autorytetów musi znaleźć swoje odbicie również w nauce i dodał: "(...) nauka stała się uczonym trupem myśli, nad którym zasiedli wytrawni gracze. Gdyby wydać encyklopedię ignorancji uznanych autorytetów w dziejach nauki, składałoby się na nią wiele brzuchatych tomów. Nic już nie zainteresuje uczonych. Są jak woły, które spokojnie żują pokarm na zagrodzonej łączce (...)".

          Dr Kwaśniewski opowiada w swojej książce: "(...) Rzeczywiście prawdziwe dramaty rozgrywały się w szpitalach. Tam triumfowała bezduszność. Pamiętam sytuację sprzed lat, kiedy pojechałem na 3. miesięczny staż do Warszawy. Trafiłem do pewnej kliniki, gdzie przeprowadzono m.in. operacje naczyniowe. Pewnego dnia zainteresowałem się bliżej pacjentem cierpiącym na chorobę Bergera, który przeszedł dotąd 27 operacji. Miał amputowane obie nogi, lewą rękę, u prawej zostały mu dwa palce, ot, żeby mógł trzymać papierosa. Straszny widok. - Panie dochtórze, jeśli pan potrafi, niech go pan ratuje - zwrócił się do mnie pewien docent. - Co pan proponuje? - zapytał profesor, szef oddziału, na który od ponad 5. lat leczył się chory. - Tłuszcz i białko - odparłem. - Na białko zgoda, na tłuszcz nie -usłyszałem... Na własną rękę zacząłem człowieka dokarmiać. Przynosiłem mu śmietanę, sery, masło, wędliny. Chłopak jadł i jadł. Po trzech tygodniach, w czasie obchodu, przy łóżku chorego profesor pyta: - Boli pana?, a chłopak odpowiada: - nie. - 24 ampułki dolarganu zaordynował profesor. - Chory nie powinien cierpieć - dorzucił. Dolargan to bardzo silny środek o działaniu narkotycznym, co to oznacza dla ciężko chorego człowieka, który od 5. lat jest na środkach uśmierzających ból, może domyślić się każdy. Dotąd chłopak brał 22 ampułki, teraz miał brać dwa razy tyle. Po kilku tyg. z 24 ampułki. Zrobiło się 48. - Szef nakazał nie ograniczać choremu dolarganu - usłyszałem na oddziale. Po 2. tygodniach chory zmarł. Zapytałem, dlaczego, skoro przez 5 lat nie zwiększano pacjentowi ilości tego środka, nagle postanowiono zaaplikować mu zabójczą dawkę. Usłyszałem: - Gdyby ten chory przeżył, to byłaby klęska dla naszej kliniki. Czym byśmy się zajmowali? Dr Kwaśniewski dalej mówił w wywiadzie: - "(...) Skądinąd muszę panu powiedzieć, że ci lekarze to byli bardzo porządni ludzie, ale - porządność - kończy się na pewnej granicy. Ów profesor był bardzo oddany chorym, potrafił 10 godz. stać przy operacji, ale ten chory nie miał prawa przeżyć. To bardzo smutne. Wiem, że może się panu wydawać to niewiarygodne (...)".

          Na zachodzie, ludzie potrafią wygrywać ciężkie procesy przeciwko firmom farmaceutycznym, przez których leki "etyczne" zmarli ich członkowie rodzin. Trochę im się też w Polsce przykróciło z tym kolędowaniem po przychodniach i pozyskiwaniu lekarzy do współpracy, w zamian za wczasy na Kanarach, Majorce, itd.
Ja już nie wspomnę tutaj o błędach farmacji, czy lekarskich w sztuce, czy o Pavulonie. Te błędy pokrywa najczęściej ziemia...

 


Oto fragment z książki Andreasa Moritza "Rak nie jest chorobą":

Wspólnie stworzyliśmy środowisko, które oczekuje chorób. Większość z ludzi Zachodu zwraca się do lekarza z najmniejszym problemem. Nawet w ciąży, ilość badań jakie musi przejść kobieta i rozwijający się płód, programuje matkę i dziecko do zależności od lekarzy przez całe ich życie. Obecnie podczas porodu musimy mieć lekarza (pomimo, że miliardy zdrowych maluchów urodziło się bez niego). Lekarza potrzebujemy też do wstrzyknięcia różnych szczepionek wieku dziecięcego (kolejnej przyczyny pojawienia się raka), aby zapisał antybiotyk na zapalenie ucha czy gardła, aby powiedział nam czy musimy usunąć migdałki czy wyrostek oraz aby przepisał nam leki na zdenerwowanie i zaburzenie deficytu uwagi, ponieważ żyjemy na cukrze, polepszaczach spożywczych i fast foodach, albo też jesteśmy pozbawieni opieki naszych własnych rodziców. Dodatkowo potrzebujemy lekarza aby powiedział nam, że potrzebujemy statyn do obniżenia podwyższonego poziomu cholesterolu, środków moczopędnych na nadciśnienie oraz plastyki żył, aby oczyścić nasze zatkane arterie. Lista ciągnie się prawie w nieskończoność.
Mistrzowie kolektywnego programowania (ci, którzy mają największy interes w wykorzystaniu ignorancji mas) zdołali opanować przemysł spożywczy i medyczny dla swoich zysków i kontroli. Dzisiaj masy już nie myślą samodzielnie  i straciły zaufanie do swoich wrodzonych instynktownych zdolności uleczania. Zamiast tego zwrócili się w kierunku przemysłu, dla którego ich zdrowie nie jest opłacalne. Dr.Martin Shapiro,Uniwersytet Kalifornii, Los Angeles,wypowiedział niepokojącą uwagę na temat sytuacji, z jaką nagle musimy się zmierzyć: "Badacze zajmujący się rakiem, czasopisma medyczne i media, wszyscy przyczynili się do sytuacji,w której wiele osób ze zwykłymi schorzeniami jest leczonych lekami, o których nie wiemy czy są skuteczne"

Dramaturg Moliere, który uważał, że jego obowiązkiem jest ostrzeżenie społeczeństwa przed lekarzami, napisał w swej sztuce „The Imaginary Invalid"("Chory z urojenia" 1673): 

Argan:
-Tak więc lekarze są ignorantami?

Beralde:
-Nie, bracie. Znają oni humanistykę, wiedzą jak pięknie mówić po łacinie,
znają nazwy chorób po grecku, jak je zdefiniować, gdzie je zaklasyfikować,
lecz jeśli chodzi o leczenie... to zupełnie inna sprawa! Nadęty, niejasny ję-
zyk, specyficzne paplanie i obietnice - to jest podsumowanie ich zdolności.

Argan:
-Dlaczego więc ludzie idą do lekarza, kiedy są chorzy?

Beralde:
-To jedynie jest dowodem ludzkiej słabości, a nie skuteczności medycyny.

Argan:
-Ale przecież lekarze muszą wierzyć w swe umiejętności, skoro sami ich
używają?

Beralde:
-Niektórzy lekarze są jedynie ofiarami popularnego błędu, co jednak przy-
nosi im korzyści, a inni znają prawdę, lecz chcą wyciągnąć zyski z medycyny.
Purgon jest całkiem szczery: typowy lekarz od stóp do głów, sztywno trzyma-
jący się zasad, których wartości nigdy nie śmiał zakwestionować. Człowiek,
który z zaufaniem i poczuciem zdrowego rozsądku oraz logiki przyspieszy
twoje odejście na inny świat i nawet nie zaniepokoi się na chwilę twą śmier-
cią, gdyż on robił to samo, co swojej żonie i dzieciom, a jeśli będzie taka
potrzeba, zrobi to również i sobie.

Argan:
-Żywisz urazę do niego, bracie. Ale co należy zrobić, kiedy jest się chorym?

Beralde:
-Nic, bracie.

Argan:
-Nic?

Beralde:
-Nic. Musisz tylko odpoczywać. Natura sama, jeśli jej pozwolisz, usunie cho-
robę. To właśnie nasza niecierpliwość i zmartwienie psują wszystko. I niemal
wszyscy umierają przez lekarstwa, a nie przez choroby.
(Fragment Moliere'a zacytowany w książce "Szczepienia-niebezpieczne, ukrywane fakty")

"(...) Cytat od:  http://pl.wikipedia.org/wiki/Medycyna KLIK!  Medycyna (łac. medicina „sztuka lekarska”) – nauka empiryczna...
Co to za przekręt? Jak sztukę, która ze swej natury polega na tworzeniu rzeczy nierzeczywistych (impresji), można przyrównać do nauki, czyli dziedziny wiedzy zajmującej się odkrywaniem praw natury, czyli rzeczywistości? Chyba jednak te Google nie wystarczą... Fakty bowiem świadczą, że medycyna ma więcej wspólnego z wiarą, niż wiedzą. (...)" (~ Józef Słonecki)
          Oto fragment dyskusji mojej z forowiczem Barabossą, kilka lat temu, na forum ruchu prozdrowotnego Biosłone, który próbował udowodnić, że lekarze medycyny akademickiej potrafią wyleczyć człowieka w temacie: "Po co nam medycyna?"

          Po co nam medycyna?. Odpowiedź - kieruję dla Pana Barabossy. Nie wiem do tej pory - w jakiej części wątku Pan zgadza się/nie zgadza się ze mną/z nami. W niektórych sprawach powtarzam się/jestem monotematyczny (o czym wiedzą starzy forumowicze), to jednak nie zaszkodzi prewencyjnie powtórzyć te kwestie "świeżakom". Na usprawiedliwienie podam, że jest to forum edukacyjne, więc powtarza się pewne tematy - do znudzenia, aby przestrzec przed szkodzeniem sobie i oszukiwaniem natury. Najistotniejsza jest wiedza - jak sobie nie szkodzić.

Cytat: od Barabossa:
czy każdą odpowiedź na swoje słowa traktuje Pan jako przyklaśnięcie Panu lub negację? 
          Tak, skoro Pan wprowadził klimat hodowli pacjentów jako królików doświadczalnych przez naukowców, to jeszcze trzeba (przytupnąć!), bo tak króliki prezentują swoją silę, czy w ogóle podkreślają swoją obecność na świecie tym, którzy je ignorują...
Po co nam medycyna? Po to generalnie, aby zaszkodzić. Po co teściowa ma dwa zęby? Po to, żeby jeden służył jej do otwierania piwa zięciowi, a drugi - żeby po prostu ją bolał... 

          W pierwszym przypadku medycyna ratunkowa/interwencyjna jest nam potrzebna i szanujemy ją; w drugim zaś - medycyna potwierdza, że jest li tylko do nakręcania koniunktury biznesowej lobby, czyli do zarabiania na produkcji chorych i chorób, czyli na bogaceniu się na krzywdzie ludzkiej. I to jest ta nauka humanitarna... primo non nocere.
Medycyna przypisuje sobie zasługi i nadstawia pierś pod ordery za coś czego nie dokonała. Rozwój myśli postępowo-technicznej nazywa rozwojem nauk medycznych. 

           I znów muszę się powtórzyć: To poprawa żywienia oraz poprawa warunków sanitarno-higienicznych - przyczyniła się do poprawy wartości biologicznej ludzi (pewnie to znów zabrzmiało jakoś rasistowsko, ale life is brutal, a w zasadzie naga prawda o zdrowiu jest brutalna dla niektórych).
Czy najpierw wymyślono skalpel chirurgiczny a dopiero potem nóż jako narzędzie wielofunkcyjne? Czy najpierw wymyślono wziernik ginekologiczny a potem dreny do budowy studni oraz rozpoczęto proces meliorowania łąk? Ciekaw jestem, kiedy dermatologia zaklasyfikuje np. lokówkę, suszarkę do włosów - do rekwizytów dermatologicznych... A może wówczas - kiedy wystarczy że znajdzie się w szafce lekarskiej gabinetu... Czy wrodzona waleczność giermka w Średniowieczu spowodowała, że został on mianowany na rycerza i dostał się do grona tzw. radżasowego (jedzącego mięso) - czy też dlatego, że ów giermek, na skutek jedzenia mięsa - stał się bardzo walecznym rycerzem? 
Czy kogut z bajki japońskiej wysnuł prawidłowy wniosek? Czy w wyniku jego trzykrotnego piania - następował wschód słońca?
W wyżej podanych przykładach zachodzi korelacja, ale w którą stronę jest ona prawidłowa? 
Medycyna (decydenci) świadomie i z rozwagą mylą przyczynę ze skutkiem. Świadomie i z rozwagą wysnuwa błędne wnioski co do związków przyczynowo-skutkowych. To właśnie medycyna stała się dogmatem - poprzez tzw. układ profesorsko-ordynatorski, czyli struktury mafijne. To właśnie szkolnictwo medyczne można przyrównać do sekty. Nauka, która polega na wierze (np. w treści wykładów profesorskich na akademii, które są oparte na indoktrynacji propagandy medycznej a ta z kolei na zafałszowanych paradygmatach o prawdzie o zdrowiu). Tak więc nauka, która opiera się na wierze - przestaje być nauką, a staje się religią (nie obrażając prawdziwych religii).
          Pan zaś zarzuca nam na forum, że kierujemy się doktryniarstwem, a broni nienauczonej nauki medycznej. 
My opieramy się na wiedzy empirycznej i kontynuujemy wiedzę, która już została uaktualizowana przez ojca medycyny - nic nowego pod Słońcem. Nas nie interesuje komplikowanie sobie życia i życia naturze (nie interesują nas teorie - co się kręci wokół czego... tylko my wiemy, że słońce wschodzi na wschodzie a zachodzi na zachodzie, i to nam wystarczy do życia w zgodzie z naturą). 
          A medycyna jako wielka blaga - cały czas coś kugluje, coś kręci, jak niby Kopernik ze Słońcem... Dlatego też my zajmujemy się faktycznym rozwojem wiedzy empirycznej, a nie jak mówi medycyna, że zajmuje się rozwojem empirycznej nauki. 
          My, a właściwie Pan Słonecki jako najwierniejszy kontynuator nauk Hipokratesa - poszliśmy jeszcze dalej w rozwój wiedzy empirycznej jako wiedzy o profilaktyce prozdrowotnej. I dlatego też śmiało nazywam naszą wiedzę (nurt profilaktyczny) - Biosłonejską profilaktyką prozdrowotną. My jesteśmy ludźmi myślącymi, więc zajmujmy się rozwojem wiedzy empirycznej, a nie - Bogiem/bogami - zajmującymi się tworzeniem religii. "Nie opuszczaj mnie inteligencjo...". "Strzeżcie się fałszywych proroków". My posługujemy się najczęściej własnym rozumem. Postępujemy w imię zasady: Ufaj, ale sprawdzaj... (ja sprawdzam najchętniej nie na sobie...). Również bezkrytycznie nie zawierzamy różnym autorytetom. Panu Słoneckiemu - także. 
"Nasze myśli - niech powstają w naszych głowach, a nie na zewnątrz". "Zdrowy rozsądek może zastąpić każdy rodzaj wykształcenia, ale żadne wykształcenie nie zastąpi zdrowego rozsądku". W skali Wszechświata jesteśmy tylko malutkimi robaczkami. Tylko, że są robaczki głupsze i mądrzejsze. Ale i te mądrzejsze nie wymyślą nic ponad to, co przekracza możliwości myślowe robaczka oraz ponad to, co zostało już wymyślone przez naturę. 
Wniosek: Robaczki najmądrzejsze wiedzą, że nie wiedzą. Zaś te najgłupsze, przeważnie chcą rządzić światem oraz pouczać innych ("wielkim światem rządzi mały mózg"), bo nie wiedzą, że nie wiedzą.

Ponieważ mam do czynienia na co dzień ze środowiskiem lekarskim - mogę śmiało powiedzieć, że rzadko oni używają swojego rozumu. Przykład: Jeśli szklanka spadnie ze stołu na ziemię i potłucze się o bruk - to lekarz wysnuje oto taki wniosek, że tramwajem ogolić się nie można... A Pan mówi, że zna jakieś wyjątki, więc proszę podać przykłady wyleczenia Pana z chorób, choćby z grypy, czy z kataru przez jakiegoś lekarza (pytanie postawione dosyć przewrotnie; akurat tych "chorób" nie powinno się leczyć, lecz je odchorować bez leków - aby wyszły nam na zdrowie - to są naturalne procesu oczyszczania organizmu z toksyn). Skoro Pan jest zdrowy to, co Pan robi na tym forum? Czyżby próbował Pan nas nauczać o filozofii "zdrowia" - czy o prawdzie o zdrowiu...?


"(...) W czasie 1-miesięcznego strajku lekarzy w Izraelu w roku 1977 ilość pogrzebów spadła o prawie 50%. 52-dniowy strajk lekarzy w Bogocie (Kolumbia) w 1976 spowodował spadek śmiertelności o 35%. Niestety potem wrócili do pracy. To są twarde dane. Szkoda, że nasi nie strajkują ostatnio.
http://www.globalhealingcenter.com/the-pharmaceutical- drug-racket-part-one.html - KLIK! (...)".
(~ Uczestnik forum)

Na potwierdzenie powyższego: Odnośnie szkodliwości procesu medykalizacji... Można dla przykładu przytoczyć słowa śp. prof. Religi, który oznajmił, iż w latach 70., kiedy w Izraelu strajkowała przez cały rok  ichniejsza służba „zdrowia”, to śmiertelność ludzi chorujących na raka spadła o około 50-70%. Fakt ten i podobne – potwierdzają inne źródła informacji.
Wiedza o zdrowiu, tzw. alternatywna dla medycznej - była widocznie wdrażana u chorych, lub w ogóle ludzie starali się żyć normalnym trybem, zgodnie z prawami natury, stosując profilaktykę zdrowia czy też korzystali z medycyny ichniejszej ludowej, czy też żyli wbrew medycynie i dietetyce akademickiej. To jest namacalny dowód na to - jak szkodliwa, jak wynaturzona jest ta cała medycyna i instytucje z nią współpracujące (np. farmacja, przemysł przetwórczy, spożywczy, rolnictwo, etc.).
Prof. Religa mówił o tym, kiedy w Polsce strajkowała całą służba (tfu!) zdrowia, i kiedy to pózniej sam był prawie w stanie agonalnym; być może to był jego ostatni głos sumienia, który chociaż częściowo obnażał zakamuflowaną prawdę o medycynie akademickiej.
Z jego ust wypływały słowa uspokojenia społeczeństwa, aby chorzy tak bardzo nie przejmowali się strajkiem całej służby zdrowia w owym czasie (w przypadkach doraźnych, ratujących życie - była na 100% zagwarantowana pomoc!). Z powyższego jasno wynika, że współczesna dietetyka i medycyna "klasyczna" (prócz tej ratującej życie) - bardziej przeszkadza w zdrowiu, niż pomaga...

Tutaj dyskusja na forum na temat: "Czy medycyna jest nauką?"...

"(...) Motoryzacja, muzyka rozrywkowa, górnictwo, tak jak medycyna nie są naukami. To są gałęzie gospodarki, gałęzie przemysłu, pewnego rodzaju dziedziny rzemieślnicze. Te dziedziny korzystają z wiedzy wypracowanej przez prawdziwe nauki, ale same naukami nie są. 

Jeśli coś korzysta z wiedzy wypracowanej przez inne nauki, opiera się o ogromny przemysł oraz fałszowane badania to owe coś nie może być nauką. Jeśli jakiś zasób wiedzy, dodajmy wiedzy fałszywej, ignoruje pewne znane fakty czyli prawdę, to ten zasób fałszywej wiedzy nie być nauką. Celem prawdziwej nauki jest prawda. Celem medycyny jest zysk, nawet wbrew prawdzie. Dlatego medycyna jest rzemiosłem, biznesem, ale nie jest nauką. 

Fakt, że dana dziedzina jest wykładana na uczelni wyższej nie czyni z tej dziedziny nauki. Czy każdy kto skończył wyższe studia jest naukowcem? Czy każdy przepracowany lekarz w przychodni, albo w szpitalu (bywa, że w kilku miejscach jednocześnie o czym świadczą przesłane do NFZ informacje) jest naukowcem? 


Polscy lekarze jak supermeni. Pracują jednocześnie w kilku miejscach. Przynajmniej tyle różnych pensji dostają. Ostatnia kontrola NFZ pokazała, że lekarze pracują na dwóch, trzech, a nawet pięciu etatach, choć nie radzą sobie z obowiązkami. Rekordzista był zatrudniony na 25 etatach!

Jakim cudem tenże lekarz znalazł czas na pracę 'naukową'?

Praca lekarza z nauką nie ma nic wspólnego. 99,9% lekarzy nie ma żadnego związku z prawdziwą nauką, są po prostu rzemieślnikami, wytresowanymi funkcjonariuszami od wypisywania recept, promowania leków i usług medycznych. Medycyna to taka 'nauka', która zajmują się rzemieślnicy ;-) Czy mechanik samochodowy jest naukowcem? 
Oczywiście, że jest nim, w takim samym stopniu co lekarz. 

Ludziom daje się do połknięcia żabę, jakoby medycyna była nauką. Ludzie jeszcze mają jakieś zaufanie do nauki. Medycyna potrzebuje tego zaufania, aby wciskać ludziom niepotrzebne im leki i usługi. Ludzie bezmyślnie wierzą, że medycyna jest nauką. To jest wiara - wiara w medycynę. 

Czy medycyna jest nauką? A może medycyna jest wręcz sprzeczna z nauką? Ostatnio słyszałem zdanie, że współczesna medycyna w kontekście metody leczenia niepłodności in vitro jest sprzeczna z nauką kościoła. W tym względzie religia (choć nienaukowa) jest bliższa prawdzie niż ta cała medycyna. To, że coś jest nauczane, nawet na studiach (np. medycyna) nie znaczy, że jest nauką. Pomijając względy religijne to jeśli spojrzy się na metodę in vitro, zwaną przez medycynę metodą leczenia niepłodności to do można dojść do prostych wniosków, że jest to metoda zakłamana. In vitro jest w stanie doprowadzić do zapłodnienia, ale czy niepłodna para, leczona właśnie na niepłodność wskutek takiego leczenia staje się płodna? Trzeba naprawdę ogromnej dawki hipokryzji, żeby metodę sztucznego zapłodnienia in vitro nazywać leczeniem niepłodności. Wikipedii także nie można wierzyć na zasadzie automatu. Wikipedię piszą różni ludzie, często związani komercyjnie z danym hasłem, a przez to niezainteresowani prawdą.  


Jest stosowana z szerokich wskazań jako sposób leczenia niepłodności.

Medycyna luźno przystaje do prawdy. Kiedyś np. lekarze diagnozowali potrzebę odcięcia nogi u chorego mężczyzna, przy pomocy topora. Stwierdzali, że w pacjentce zakochał się szatan i zalecali wcieranie soli w ranę, którą sami spowodowali. Oczywiście ze skutkiem śmiertelnym. 


Cytat:
lekarz frankoński i rzekł: Ten nie zna się na niczym i nie może was wyleczyć. Co dla ciebie jest przyjemniejsze – zapytał on rycerza – Żyć z jedną nogą, czy umrzeć z obiema? Rycerz odrzekł: Chcę żyć z jedną nogą. Wtedy lekarz powiedział: Przyprowadźcie mi silnego rycerza i przynieście ostry topór! Pojawił się rycerz z toporem, a ja byłem przy tym obecny. Lekarz położył nogę chorego na pień drzewa i rzekł do rycerza: Rąbnij toporem w jego nogę i utnij ją jednym cięciem. Rycerz wymierzył jeden cios – a ja na to patrzyłem – lecz nie odciął nogi; wymierzył drugi cios tak iż szpik wytrysnął z kości nogi i chory od razu zmarł. Wtedy lekarz popatrzył na kobietę i rzekł: Ta kobieta ma w głowie szatana, który się w niej zakochał. Ogolcie jej głowę. Ogolili kobietę i ona znowu zaczęła jeść zwyczajne jedzenie Franków: czosnek i musztardę. Jej choroba się wzmogła, a lekarz powiedział: To szatan wszedł do jej głowy. I wziął brzytwą, zrbił jej nacięcie na głowie w kształcie krzyża i zerwał jej skórę ze środka głowy, aż ukazała się kość głowy. Następnie natarł głowę solą i kobieta zaraz zmarła.

Dziś jednak technika poszła do przodu. Ta sama 'uczona' medycyna bezmyślnie tępi bakterie, wlewa do żył pacjentów chorych na raka obrzydliwie żrącą i toksyczną chemię (do tego obrzydliwie drogą), szczepi na grypę wbrew faktom, fałszuje badania i statystki.  

Medycyna nie jest nauką. Medycyna udaje naukę.(...)". (~Heniek)

"(...) Oczywiście, że medycyna nie jest nauką. Kto tego nie rozumie, nie jest w stanie pojąć idei Biosłone, która bazuje właśnie na prawach ustanowionych przez naturę, czyli podstawach naukowych.

Medycyna niegdyś była sztuką leczenia chorób, obecnie zaś jest sztuką tworzenia pacjentów - naiwnych nabywców leków i usług medycznych. 

Nauka bazuje na prawach fizycznych: http://pl.wikipedia.org/wiki/Prawa_fizyki - KLIK! Na jakim prawie, choćby jednym, opiera się medycyna? Na żadnym. Prawa empiryczne, czyli doświadczalne, są podstawą badań naukowych, ale oparte są na modelu naukowym, czyli prostej formule opisującej założenia oraz przebieg eksperymentu naukowego, który (i tutaj jest sedno sprawy) musi być powtarzalny. Znaczy to ni mniej, ni więcej, jak to, że wynik eksperymentu naukowego musi być zawsze taki sam, bez względu na miejsce jego przeprowadzenia. Czy można to powiedzieć o eksperymentach medycznych? Czy efekt placebo, ślepa próba mają coś wspólnego z niezmiennikami cechującymi prawa występujące w naturze? Bardziej naukowy jest już przepis na barszcz. (...)

Odkrywaniem istoty materii ożywionej zajmuje się biologia.
A medycyna, także ta teoretyczna, zajmuje się oszukiwaniem praw natury. Prawa natury bowiem mówią, że skoro wystąpiła jakaś reakcja, to wcześniej musiała być akcja - nie ma skutku bez przyczyny. A czy medycyna bierze pod uwagę tę fundamentalną zasadę natury? Nie bierze! Medycyna rżnie po prostu głupa twierdząc, że za pomocą ich leków i głupich sztuczek można wyleczyć skutek, bez usunięcia przyczyny. Tak postępują naukowcy czy hochsztaplerzy?(...)


Jak widać, mamy dwa zupełnie odmiennie podejścia do pojęcia terminu medycyna, oczywiście mamy do tego prawo i nie ma nic w tym złego.

Złe, wręcz opłakane są skutki takiej wiary w naukowość medycyny, dla osób które w to uwierzyły i powierzyły w ręce 'naukowców' zdrowie swoje i swojej rodziny. 

Co to za nauka, gdzie 99,9% jej przedstawicieli nie ma żadnego związku z nauką. 

Wśród medyków, czy mechaników samochodowych jeden z nich na tysiąc (albo i rzadziej) ma jakiś kontakt z nauką (bo np. jest pasjonatem archeologii), ale taki margines przypadku, nie zmienia obrazu całej branży. Statystyczny lekarz, ani statystyczny mechanik nie są naukowcami, nie pracują w nauce. 

Warto uzupełnić to, że eksperyment medyczny nie jest eksperymentem naukowym. Ktoś traci swoje zdrowie w wyniku leczenia, ale jego zdrowie, jego organy nie zostają poświęcone dla dobra nauki, ale dla dobra finansów medycyny, po to aby kieszenie lekarzy i farmaceutów były pełne. Heniek



Medycyna jest taką samą nauką, jak nauka gry na cytrze, więc jakąś tam nauką jest... 

"Naukowe" podstawy eksperymentów medycznych: 

Skala Jadada bywa krytykowana jako niedoskonała, nadmiernie uproszczona i zbyt podkreślająca znaczenie zaślepienia. Ponadto zdarzają się rozbieżności w ocenie prowadzonej przez dwie różne osoby – stąd dobrą praktyką podczas przygotowania przeglądu systematycznego jest przeprowadzenie oceny niezależnie przez co najmniej dwie osoby. Przykładem takiej praktyki są standardy stosowane przez polskie firmy konsultingowe przygotowujące przeglądy systematyczne piśmiennictwa do wniosków refundacyjnych lub w celu przedłożenia Agencji Oceny Technologii Medycznych. Mimo swoich niedoskonałości skala Jadad jest najczęściej stosowanym systemem oceny jakości klinicznych badań eksperymentalnych.
Podkreślenie moje. (...)

(...) Nadal podtrzymuję, z całą premedytacją, że bardziej naukowy od medycznego jest eksperyment kulinarny, np. przepis na barszcz. Założenie jest jasne, a wynik przewidywalny. Do oceny eksperymentu nie jest potrzebna ślepa próba wykluczająca efekt placebo ani co najmniej dwie osoby oceniające wynik (w celu wykluczenia rozbieżności w ocenie). 

W rzeczy samej medycyna była za Hipokratesa i jest nadal sztuką pokrętną: 

Sztuka lekarska jest najdostojniejszą ze wszystkich, lecz wskutek nieuctwa uprawiających ją, jak również wskutek powierzchownych zapatrywań ogółu, pozostała w tyle za wszystkimi innymi. Przyczyna tego jej upośledzenia jest, według mego zdania, następująca: nie istnieje w państwach żadna kara za nadużywanie sztuki lekarskiej, prócz niesławy, ta zaś nie rani tych, których dotknie. Podobni są oni bowiem do statystów występujących w tragediach: jak ci mają postać, szaty i oblicze aktora, lecz nie są aktorami, tak wielu jest lekarzy z imienia, lecz w istocie rzeczy - nader niewielu.
Hipokrates

Stąd już prosta droga do wszelkich szalbierstw z nazwaniem siebie nauką włącznie. Czy rzeczywiście Hipokrates był ojcem medycyny naukowej, skoro sam nazywa medycynę sztuką? Jeśli już, to jest on ojcem medycyny świeckiej, czyli konkurującej o monopol na leczenie z kapłanami świątynnymi na rzecz kapłanów świeckich, poubieranych w białe kitle, niby kapłańskie ornaty. Niegdyś wyglądali w nich dostojnie, zwłaszcza dla ciemnoty, dzisiaj śmiesznie, jakby sprzedawali lody. Jednak i dziś wśród Homo patines wzbudzają respekt - syndrom białego kitla. 

Nie bierze! Medycyna rżnie po prostu głupa twierdząc, że za pomocą ich leków i głupich sztuczek można wyleczyć skutek, bez usunięcia przyczyny. Tak postępują naukowcy czy hochsztaplerzy? 
No tyle, że tutaj znowuż to się odnosi do leczenia i lekarzy, a nie medycyny jak ja ją rozumiem.
To znaczy jak? Czy owo rozumienie(?) wynika z wiedzy, czy wiary? (...)" (~Józef Słónecki)

"(...) 
Cytat od:  http://archiwum.wiz.pl/1996/96023400.asp - KLIK!
Sztuka lekarska jest najdostojniejszą ze wszystkich, lecz wskutek nieuctwa uprawiających ją, jak również wskutek powierzchownych zapatrywań ogółu, pozostała w tyle za wszystkimi innymi. Przyczyna tego jej upośledzenia jest, według mego zdania, następująca: nie istnieje w państwach żadna kara za nadużywanie sztuki lekarskiej, prócz niesławy, ta zaś nie rani tych, których dotknie. Podobni są oni bowiem do statystów występujących w tragediach: jak ci mają postać, szaty i oblicze aktora, lecz nie są aktorami, tak wielu jest lekarzy z imienia, lecz w istocie rzeczy - nader niewielu.
Hipokrates

Oczywiście, że medycyna jest sztuką, która udaje naukę. Nie bez powodu błąd, zaniedbanie lekarza określa się jako 'błąd w sztuce lekarskiej'. 

Choć w tej sztuce lekarskiej występują aktorzy w białych kitlach, którzy na medycznej scenie udają, że uzdrawiają, to jednak pacjent, gdy wychodzi z tego medycznego teatru (czyli przychodni lub szpitala), ciągle odczuwa skutki tego medycznego spektaklu. Strasznie kosztowne to przedstawienie. (...)" (~ Heniek)


"(...)
Oczywiście, że medycyna jest sztuką, która udaje naukę. 
"(...) Tak jak statyści udają aktorów.(...)" (~Józef Słónecki)


Jak można nie krytykować tego wielkiego blagierstwa, które niektórym odebrało życie i wszystkim tu nam, już od kołyski zrujnowało zdrowie. Jak można takiego blagierstwa jeszcze bronić... To ja powinienem chociaż starać się bronić medycyny i jej funkcjonariuszy, bo mieszkam pod jednym dachem z konowałem. Ale ani subiektywnie, ani obiektywnie, patrząc na medycynę - nie znajduję nic (null) na jej usprawiedliwienie. 

"(...) Oni nie mogą doprowadzić pacjenta do zdrowia bo podcięli by gałąź na której siedzą. Cały proceder medyczny jest obrzydliwy pod względem moralnym. Lekarze powołani do służenia ludziom żerują na ich nieszczęściu. Taka jest prawda czy to się komuś podoba czy nie.
 Miałem przypadek kiedy profesor, doktor habilitowany i posiadacz szeregu innych tytułów mało nie doprowadził mnie do zejścia lecząc wrzody na żołądku. Przez trzy lata. A z miesiąca na miesiąc było tylko gorzej. Później już z dnia na dzień. Leków nachapałem się jak małpa kitu, wizyt (odpowiednio wysoko płatnych) i gastroskopii oraz wielu innych obrzydliwych badań również. Bez efektu, a raczej z efektem bardzo negatywnym.  Jakimś cudem na całe szczęście zauważyłem przy posiłkach, że tłuszcz działa wyjątkowo kojąco na mój żołądek. Przeszedłem  na tłustą dietę. Po dwoćh dniach nastąpiła nieowybrażalna poprawa, natychmiast zrobiłem gastroskopię,  wrzody zniknęly. I co na to nasz bohater? No nic! Kompletnie nic! Nadal leczy Controlociem, aluminium, antybiotykami ( w dawce uderzeniowej) i pisze prace na temat helicobacter. Oczywiście gastroskopia za gastroskopią.
 Idiota czy wyrachowany cynik? Dobrodziej czy menda żerująca na naszym zdrowiu? (...)" (~ Forumowicz)


"(...) Zapewne zauważyliście, że wśród licznych przedmiotów nauczanych w szkole, często durnych i bzdurnych, nie ma przedmiotu traktującego o zdrowiu. Ale czy Was to dziwi? Raczej nie. Wskutek wielopokoleniowej indoktrynacji społeczeństwo stało się powolne propagandzie medycznej, każącej oddać swój najcenniejszy skarb - zdrowie w ręce biznesu medycznego. W tym celu został wprowadzony podział na wszystkowiedzących kapłanów i ciemną masę. 

Jak niegdyś staroegipscy kapłani wykorzystywali swoją wiedzę do rządzenia ciemnotą, tak i teraz kapłani medycyny wykorzystują swoja wiedzę do tego samego - rządzenia ciemnotą. O tej ciemnej stronie medycyny widział już Hipokrates, gdy jednym tchem napisał, że medycyna teoretycznie jest najszlachetniejszą ze sztuk, a w praktyce najnikczemniejszą. Zwrócił też uwagę na to, o czym pisałem wcześniej - na brak ogólnie dostępnej wiedzy o zdrowiu (powierzchowne zapatrywania ogółu), a nade wszystko swawolę i brak jakiejkolwiek kontroli państwowej.
 

Sztuka lekarska jest najdostojniejszą ze wszystkich, lecz wskutek nieuctwa uprawiających ją, jak również wskutek powierzchownych zapatrywań ogółu, pozostała w tyle za wszystkimi innymi. Przyczyna tego jej upośledzenia jest, według mego zdania, następująca: nie istnieje w państwach żadna kara za nadużywanie sztuki lekarskiej, prócz niesławy, ta zaś nie rani tych, których dotknie. Podobni są oni bowiem do statystów występujących w tragediach: jak ci mają postać, szaty i oblicze aktora, lecz nie są aktorami, tak wielu jest lekarzy z imienia, lecz w istocie rzeczy - nader niewielu.
Hipokrates

A jakie wyjście widział Hipokrates z tej beznadziejnej sytuacji? Wiedzę:

Mądry człowiek powinien wiedzieć, że zdrowie jest jego najcenniejszą własnością i powinien uczyć się, jak sam może leczyć swoje choroby.

Jeszcze nie tak dawno istniała świecka konkurencja dla medycyny. Byli to tak zwani znachorzy. I co się z nimi stało? Zostali wyrugowani z rynku. Pozostała jedynie medycyna i jej "naukowe" zaplecze aptek. (...)" 
(~Józef Słónecki)

Sztuka lekarska jest najdostojniejszą ze wszystkich, lecz wskutek nieuctwa uprawiających ją, jak również wskutek powierzchownych zapatrywań ogółu, pozostała w tyle za wszystkimi innymi. (...)
"Specjalistami nazywają się lekarze, którzy swoje nieuctwo ograniczają do ciasnej dziedziny wiedzy" (~ Pitigrilli)



Moja żona (lek. medycyny) miała zdiagnozowane obustronne zapalenie płuc, chyba przez czterech kolegów po fachu. Jeden był tylko przeciwny wystawieniu takiej diagnozy; tj. wg niego było zapalenie płuc, ale jednostronne. Natomiast trzy koleżanki - jak jeden mąż krzyknęły: - obustronne...

Jak sobie przypominam żona nigdy nie miała czasu by odchorować takie infekcje przeziębieniowe (wg zasady - szewc chodzi w dziurawych butach czy też funkcjonowaniu jako lekarz z pewnością, że chroni ją jakiś nadzwyczajny immunitet przeciwko chorobom infekcyjnym). Jeśli już się położyła do łóżka, to góra tylko na jeden dzień, a potem do pracy. W ten sposób nigdy nie pozwalała temu organizmowi na gruntowne porządki, lecz raczej uskuteczniała "zamiatanie śmieci pod dywan". Dochodziło do zapaleń oskrzeli przewlekłych. Innymi razy znów hamowała ten naturalny akt oczyszczania (jeśli nawet się położyła celem odchorowania) poprzez jakieś jedzenie czosnku, ssanie jakichś tabletek na gardło itp. alopatyków.

Takie postępowanie zaczęło mnie wkurzać, aż wreszcie na "siłę" zaleciłem jej położenie się do łóżka, ale że mając doświadczenie w jej grymaszeniu jako nieznośnego bachora oraz znając jej niecierpliwość w chorowaniu na zdrowie, i żeby mi nie uciekła z "wozu" prosto do 'roboty', to zaordynowałem jej bańki, korzeń prawoślazu-macerat wodny (działanie odkrzuśne) oraz siorbanie herbaty gorącej z miodem (ulga przy bólu gardła i kuracja oparami olejków eterycznych z miodu). Pierwszy raz w życiu dostała gorączki ponad 39 stopni C. Widziałem jak wręcz książkowo (tj. wg naszej BPP) przechorowuje tę infekcję. Następnego dnia temperatura osiągała już prawie 37 stopni i tak jeszcze się utrzymywała przez dwa dni. Na trzeci dzień była już w normie. Ewakuacja ropy też odbywała się krótko, ale 'mocno'.

Reasumując, tak groźne zapalenie płuc obustronne (wg interpretacji medycznej) zostało wyleczone bez odrobinki nawet aspiryny (a żona już chciała żebym skoczył do apteki po jakiś antybiotyk o szerokim spektrum działania), i to w cztery dni (dokładnie: 3,5 doby).

Oczywiście, po drodze nie obyło się bez wojen o wiedzę, która ze szkół (medyczna czy profilaktyczna moja) jest prawdziwa. Początkowo nasza BPP (Biosłonejska profilaktyka prozdrowotna), to nie była dla niej autorytatywna, bo Hipokrates żył w czasach, kiedy medycyna nie była jeszcze tak rozwinięta jak obecnie (jak wiecie - stara śpiewka). Dopiero po całych 'zawodach', kiedy dupka odżyła i zapanowała radość, że już nie trzeba leżakować, pocić się, itd., a najważniejsze, że już można iść do pracy (uzależnienie pracoholiczne jak od opium) - to konował rzekł: - "...we wszystkim się z tobą zgadzam... we wszystkim...".

Przed powrotem do pracy przestrzegłem ją, żeby nie mówiła kolesiom ze swojej pracy, że wyszła bez leków z takiego, wg nich, "ciężkiego" zapalenia płuc, oraz że jam to, nie chwaląc się, uczynił (jak mówił Zagłoba); że ją wyprowadziłem z tego w około cztery dni. Obawiałem się, że mogą ją wysłać na wcześniejszą rentę (np. na "główkę"). Ona nawet sama miała wątpliwości - czy aby ta diagnoza jej kolesi i jej autodiagnoza - były prawidłowe... I oni, i żona - uważali, że bez antybiotyków, sterydów, około 8. tygodni zwolnienia - nie obędzie się.
Na co dzień, jak na ironię losu, każdy nasz znajomy mówi mi, że mam dobrze, że mam pod ręką taką opieką (tfu!) medyczną, i dlatego tak ładnie wychodzę z chorób... Nie wiedzieli i nie wiedzą, że jest dokładnie na odwrót (to lekarz ma mnie pod ręką, jeśli idzie o leczenie przyczynowe; u mnie leczy się przyczynowo, a pacjentów swoich, jak ją nauczyli - objawowo). Ale takie gadanie przestało już mnie marszczyć (myślę racjonalnie). Nie wyprowadzam ich z błędu. Nie chcę, aby musiała walczyć z ostracyzmem, cenzurą tego środowiska (matrix lewacyzmu medycznego); żeby mnie nie postrzegano jako oszołoma i ich wroga nr 1.

Jeszcze tylko pragnę zaznaczyć, że podczas strzelania przez nią różnych fochów - oznajmiła, że to była infekcja wirusowa, a gdyby była bakteryjna to antybiotyk musiałaby wdrożyć. A ponadto, że boli ją opłucna, że chyba powstał jakiś ropień. Wytłumaczyłem doktórce, że od silnego kaszlu została obciążona opłucna, że to normalne. I gdyby właśnie wdrożyła ten nieprzycelowany antybiotyk, to taki ropień mógłby powstać oraz inne komplikacje.
Cytat od: Joker
Cytat od: Zibi
konował rzekł: - "...we wszystkim się z tobą zgadzam... we wszystkim..."
Chyba konował rzekł do antykonowała  msn-wink

Czyżby przyznał, że nie zna się na zdrowiu naughty

Tak gada jak czegoś (pomocy) potrzebuje od antykonowała; radykalnej pomocy w zdrowiu. Jak tylko dupka odżyta, to dalej klasycznie po konowalsku... żebym jej głowy nie zawracał jakimiś ściemami znachorskimi. Takie myślenie jej jest na odwyrtkę: przecież ja jestem znawcą od zdrowia, a nie od chorób - jako alternatywą od diagnoz, badań, leczenia objawowego chorób... jestem od edukowania o zdrowiu i sposobach wypierania chorób zdrowiem... to, gdzie tu mowa o znaniu się na chorobach, na których siłą rzeczy nie chcę sie znać; nie chcę leczyć objawowo - "sterowanie ręczne", zawsze nieskuteczne, lecz stymulować organizm do autoleczenia się przyczynowego - "z automatu", leczenia skutecznego czy wyleczenia się z chorób.
Zaskoczeni kolesie w pracy mojego konowała nadwornego byli mocno zdziwieni, że tak szybko przyparował do pracy. Na pytanie: - "co brałaś?" - odpowiedź: - "nic, tylko bańki"; i uwaga(!) - "ale odleżałam". Widać, że są postępy w edukacji o zdrowiu, ale kosztem czyjego zdrowia...? Antykonowała. (~ Koniec dyskusji około 7 lat temu)

Mój post z dnia 09.11.2010:

Tak, jeśli są wśród nas Optymalni, to powinni tę historię pamiętać. Dokładnie nie pamiętam, ale mogło to być w 2002-2003 roku. Jeśli jakieś szczegóły poprzekręcam, to z góry przepraszam. 

          Wówczas odbywał się zjazd ruchu Optymalnych (ortodoksyjnych - tych od dra Kwaśniewskiego). W sali kongresowej Pałacu Kultury w Warszawie, w obecności kilku tysięcy Optymalnych - zabrał głos pewien lekarz (zdaje się chirurg), który około pół roku/rok temu zachorował na cukrzycę typu II. Taką diagnozę mu postawili jego koledzy po fachu; tj. jego żona - diabetolog i jej kolega z oddziału diabetologicznego - ordynator. 
          Zaordynowane leczenie lekarzowi chirurgowi nic nie pomagało. Zdesperowany chirurg postanowił wziąć zdrowie we własne ręce. Zaczął interesować się metodami medycyny alternatywnej. Trafił na publikacje dra Kwaśniewskiego. Zaczął stosować się do jego zaleceń Diety optymalnej. Po około pół roku stosowania owej diety wykonał badania laboratoryjne, z których jednoznacznie wynikało, że cukier się unormował oraz jego samopoczucie się również poprawiło na tyle, że mógł siebie śmiało uważać za wyleczonego. 
          Kiedy powiadomił o tym fakcie swoją żonę, która pracowała na oddziale szpitalnym jako diabetolog oraz jej kolegę ordynatora - zarówno jego żona, jak i kolega ordynator jednogłośnie stwierdzili, że musiały nastąpić jakieś przekłamania w badaniach laboratoryjnych, które przesądziły o jego rzekomej chorobie. Wg ich oceny - prawdopodobnie nigdy nie zachorował, a objawy były przez niego urojone.    
          Oczywiście, zarówno jego żona, jak i jego koledzy po fachu z owego szpitala - odsunęli się od niego, jak od trędowatego, tylko dlatego, że wstąpił do wyklętego z ich sekty medycznej ruchu dra Kwaśniewskiego, czyli do ruchu Optymalnych, i śmiał się wyleczyć, nie zażywając żadnych leków.
          Dokładnie nie pamiętam, ale owego chirurga przymusowo wypchnięto na wcześniejszą rentę chorobową; żona założyła sprawę o rozwód, z perspektywą powództwa o ubezwłasnowolnienie go (z uwagi na domniemaną chorobę psychiczną). 

          I takim oto ostracyzmem społeczności lekarskiej został dotknięty ów chirurg, za to tylko, że miał 'dziwną' zachciankę. Chciał się wyleczyć z choroby, która rzekomo miała być nieuleczalna (wg tzw. autorytetów medycznych), i chciał po prostu, aby nie zabiła go medycyna.

          Taka refleksja mi przyszła do głowy: Ilu z nas tutaj na forum musiało/musi codziennie udowadniać swoim "niewiernym Tomaszom" co do prawdziwej wiedzy o zdrowiu, że mają właśnie taką dziwną zachciankę, że chce im  się żyć, że zdrowie jest najcenniejsze i ma się nijak do współczesnej medycyny biznesowej...



Tutaj kolejna dyskusja około 7 a nawet 10 lat temu: - "Po co nam badania?"...
"(...) Drogą do wyzdrowienia (nie mylić z leczeniem) jest spełnienie trzech warunków:
1. Usunięcie przyczyny choroby.
2. Wzmocnienie systemu odpornościowego.
3. Zastosowanie leków usuwających objawy chorobowe.

Badania mają zastosowanie wyłącznie w tym trzecim przypadku i mają wartość użyteczną wyłącznie dla lekarza prowadzącego leczenia, któremu – po zebraniu wywiadu chorobowego od pacjenta – ułatwiają postawienie diagnozy co do rodzaju objawu chorobowego, i na tej podstawie dobranie leków blokujących ów objaw.

Dla pacjenta wartość użyteczna wyników badań jest zerowa; ani o jotę po nich nie wyzdrowieje; nie dowie się też z ich wyników, co tak naprawdę mu dolega. (...) (~Józef Słonecki)
"(...)
Wynik badania nie jest wyrocznią, bowiem zależy od jego interpretacji, a do tego odpowiednie przygotowanie ma lekarz. Weźmy np. RTG. Dla laika ze zdjęcia nic nie wynika, potrzebny jest opis, czyli interpretacja - coś jak wróżenie z fusów. No, chyba że jest ewidentne złamanie kości z przemieszczeniem. To zupełnie inna sprawa. Natomiast RTG w celu ustalenia przyczyny bólów kręgosłupa, to zwyczajna twórczość i obraz pomysłowości opisującego.
Cytat od: Mistrz  23-05-2009, 14:16
Najpewniejszym badaniem jest sekcja zwłok. 
Cytat od: Pablo  13-11-2007, 08:08
A tutaj mały bonus od Pana Józefa na temat badania krwi w ciemnym polu widzenia:
Cytat od: Mistrz
Mistrz: Jedynym badaniem dającym stuprocentowa pewność jest sekcja zwłok. Wszystkie inne badania są obarczone sporą dozą błędu – zarówno w części technicznej, jak interpretacji, zwanej opisem. Toteż postawienie diagnozy na podstawie jednego badania jest przejawem wyjątkowej beztroski.
Przyjrzyjmy się badaniu kropli krwi – jednej kropli. Znalezienie w niej fragmentu grzybni i wyciągnięcie z tego wniosku: – grzybica krwi – świadczy albo o żenująco niskiej wiedzy lekarza, albo celowym oszukaniu pacjenta, co jest praktykowane nagminnie.
Jak wiadomo, krew jest tkanką płynną, czyli podłożem wyjątkowo niestabilnym, by mogła się w nim rozwinąć grzybnia i przerastać... Niby co? Osocze?
Ponadto krew za każdym obiegiem przechodzi przez swoiste sito, jakim są naczynia krwionośne o bardzo małej średnicy, zwane kapilarami (łac. capillus – włos). Porównanie ich do włosów ma odzwierciedlać wyjątkową małą średnicę tych naczynek, ale i tak nazwa ta jest na wyrost, bowiem włos (przeciętnie 100 mikrometrów średnicy) nie zmieściłby się do żadnego z tych naczynek, o średnicy 7-15 mikrometrów. W tej sytuacji nawet nadmiar czerwonych krwinek utrudnia przepływ krwi przez te naczynka włoskowate, a co dopiero grzybnia!? Badany niechybnie kwalifikowałby się do owego badania ze stuprocentową pewnością.
Owszem, w krwi mogą pojawić się fragmenty grzybni, i się pojawiają, ale nie jako grzybica krwi, lecz jako objaw usuwania grzyba przez system odpornościowy. Jednak w tej sytuacji, gdy system odpornościowy prawidłowo pełni swoja rolę zalecanie leków przeciwgrzybiczych jest jakimś nieporozumieniem. Takie procesy zachodzą w każdym, nawet najzdrowszym organizmie, i sytuacja usuwania grzyba z tkanki nie jest czymś wyjątkowym, wymagającym leczenia.
A w ogóle, o czym może świadczyć zbadanie jednej kropi krwi? O tym, że akurat w tej kropli krwi była grzybnia, a pozostałe krople są bez grzybni, czy też, że w każdej kropli obecne są grzybnie, czy jak? Czy na podstawie gatunku jednego listka można wyciągnąć wnioski o całym lesie?
Obecnie daje się zauważyć istną schizofrenię. Z jednej strony wydaje się pieniądze na jakieś idiotyczne badania, a drugiej bierze się antybiotyki bez przeprowadzenia podstawowego badania, jakim jest antybiogram. Trzeba wiedzieć, że każde badanie ma służyć postawieniu diagnozy i podjęciu decyzji o zastosowaniu konkretnego leczenia. A jeśli badanie ma służyć wyłącznie zaspokojeniu ciekawości, to lepiej dbać o zdrowie, niż dać się naciągać i czekać na wyniki badań i ich interpretację.
Watro też zwrócić uwagę na badania tzw. bezpłatne. Przecież przeprowadzenie takich badań kosztuje i ktoś te koszty musi pokryć. Święty Mikołaj? Inwestują w nie koncerny farmaceutyczne, które z przepisanych przy okazji leków ciągną krociowe zyski.
22.03.2007, 15:43:43
Cytat od: Mistrz  29-12-2008, 18:13
Cytat
Niedługo minie rok jak dowiedziałam się, że ja i synek i mąż mamy glistę ludzką z aparatu mora.
Jak to z aparatu mora macie glistę?
Cytat
Skoro żyje tylko rok to już niedługo mam szansę ją zobaczyć martwą.
Ja w ogóle nie rozumiem, skąd taka wiara w wiarygodność badań. Wiadomo, ze jedynym badaniem ze stuprocentową pewnością jest sekcja zwłok. Inne badania dają tylko jakieś prawdopodobieństwo - pi razy dźwi. I tak np. dokładność badania prześwietleniem rentgenowskim (poza ewidentnym złamaniem kości) wynosi 30%, USG 40%, TK (bez kontrastu) 45%, a rezonans magmatyczny bez kontrastu 60%, zaś z kontrastem 85%, co uważane jest za szczyt możliwości diagnostycznych. A jaka jest dokładność badań w przypadku aparatu Mora, bo nie natrafiłem na żadne dane w tym względzie. To może zapytajcie w Ener-Medzie, jak to jest... Bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zda się ślepo na jakąś maszynę... 
Cytat od: Mistrz  08-06-2007, 11:38
Typowe miejsca występowania grzybicy Candida to (m.in.): • błony śluzowe – przewodu pokarmowego (jamy ustnej, gardła, przełyku, żołądka, dwunastnicy, a także jelit), dróg oddechowych (jamy nosowej, migdałków, krtani, tchawicy, oskrzeli i oskrzelików), moczowodów, pęcherza, cewki moczowej • organy wewnętrzne – nerki, płuca, wątroba, trzustka, jajniki, prostata • głowa – mózg oraz przysadka, oczodoły, zatoki, ucho wewnętrzne i środkowe oraz wyrostek sutkowy • skóra • włosy • paznokcie • kanały nerwów • naczynia limfatyczne • i jeszcze ze sto innych. W tej sytuacji najpewniejszym, bo 100% badaniem wydaje się być sekcja zwłok.

Cytat od: Mistrz  25-06-2007, 15:50
No tak. Tylko czym innym jest stwierdzić obecność grzyba w próbce dostarczonej do laboratorium, a czym innym pobranie owej próbki. Przypominam, że nie chodzi tutaj o drożdże Candida występujące powszechnie w środowisku człowieka, lecz ciało wegetatywne grzybaCandida zasiedlającego w postaci grzybni tkankę żywego organizmu. Sądzę, że dla stuprocentowej pewności należałoby pobrać jakieś tysiąc próbek tkanki, m.in. z mózgu, serca, płuc i innych organów.
Cytat od: Mistrz  12-06-2007, 08:31
No właśnie o tym mówię! Zamiast tracić czas, energię i pieniądze na te idiotyczne badania, mogłaby się Pani zabrać za swoje zdrowie. Ale do tego jest niezbędna podstawowa wiedza, no bo niby jak bez wiedzy można zrobić coś sensownego... Uczyć się na własnych błędach? Medycyna alternatywna to nie tylko alternatywne metody. To także, a może przede wszystkim, posiadanie wiedzy - alternatywnie do medycyny akademickiej, gdzie tylko jedna strona posiadła całą mądrość, niczym kapłani w starożytnym Egipcie.
Cytat od: Mistrz  03-11-2010, 12:34
Aby badania mogły coś uratować (w domyśle zdrowie), trzeba najpierw zachorować, czyż nie? Taki właśnie jest mój tok rozumowania.
(...)" (~Grażyna)


"(...) Bezkarność i głupotę lekarzy wytykał już Hipokrates:
Cytat od:  http://archiwum.wiz.pl/1996/96023400.asp KLIK!
Przyczyna tego jej upośledzenia jest, według mego zdania, następująca: nie istnieje w państwach żadna kara za nadużywanie sztuki lekarskiej, prócz niesławy, ta zaś nie rani tych, których dotknie. Podobni są oni bowiem do statystów występujących w tragediach: jak ci mają postać, szaty i oblicze aktora, lecz nie są aktorami, tak wielu jest lekarzy z imienia, lecz w istocie rzeczy - nader niewielu.
(...)". (~Józef Słonecki)

Minister "zdrowia" Ewa Kopacz nie jest za szczepieniem swojej rodziny; mój znajomy neurolog nie jest za robieniem badań radiologicznych u swoich (np. w chorobach kręgosłupa, zwłaszcza u osób starszych); prawie każdy onkolog nie zaleca u swoich wykonywania radio/chemioterapii; itd. Mówią o tym wyraźnie i głośno, ale pacjent=baran jakby ogłuchł - nadstawiając się do ostrzyżyn...


"(...) Minuta 11.50 nagrania - stenogram.

Rozmówca: profesor Robert Gil - kierownik kardiologii inwazyjnej centralnego szpitala MSWiA w Warszawie:
- Te wirusy, które wykazują pewien tropizm, czyli kierunkowość do tkanki mięśnia sercowego, to one wchodzą w reakcje immunologiczne, i w wyniku tego wszystkiego organizm, chcąc zniszczyć wirusa, który się już wbudowuje do takiej komórki, niszczy również komórki mięśnia sercowego, i one przestają funkcjonować tak, jak w przypadku zawału, tylko mechanizm doprowadzający do tego jest troszeczkę inny, żeby nie powiedzieć: całkowicie inny.

Konkluzja (naiwna) redaktorki:
- Czyli po przechorowaniu grypy, nawet tej grypy leczonej, prawidłowo leczonej, może być tak, że u niektórych osób nastąpiło, prawda, upośledzenie tego mięśnia sercowego.

Józef Słonecki (komentarz):
- Prawda, Pani Redaktor! Zwłaszcza po przechorowaniu grypy leczonej, szczególnie prawidłowo leczonej, powinno nastąpić upośledzenie tego mięśnia sercowego. Powinna Pani bowiem wiedzieć, że wirusy to takie drapieżniki, które pomagają w likwidacji komórek najsłabszych po to, by tkanka nie uległa degradacji. Powinna Pani wiedzieć także, albo się domyślić, że produktem rozpadu komórek jest ropa. Nie może zatem dziwić, że przerwanie tego procesu poprzez jego „leczenie” spowoduje zaleganie ropy w tkance, a więc zapalenie owej tkanki, w tym przypadku tkanki mięśnia sercowego. No i mamy gotowe upośledzenie tego mięśnia sercowego, a Pan profesor ma co leczyć. (...).

(...)Tak mówią tytuły prasowe przy okazji wprowadzania nowych leków czy urządzeń technicznych na rynek. W rzeczywistości postęp w medycynie w ogóle nie istnieje, bo czy osiągnięcia inżynierów fabryk produkujących nowoczesne narzędzia albo osiągnięcia zakładów chemicznych produkujących nowoczesne leki można nazwać postępem w medynie? Inna rzecz, że medycyna zwykła sobie przypisywać sukcesy innych (do porażek oczywiście się nie przyznaje, albo wręcz fałszuje statystyki). I tak na przykład postęp w higienie, doprowadzenie bieżącej wody do gospodarstw domowych oraz kanalizacji, zlikwidowanie biedy i związanego z nią niedożywienia, wskutek czego spadła zachorowalność szerokich grup społeczeństwa, szczególnie w stłoczonych miastach, gdzie wprzódy wylewało się fekalia bezpośrednio na ulicę albo co najwyżej do miejskich rynsztoków* - wszystko to medycyna uznała to jako swój sukces będący następstwem wprowadzenia powszechnego systemu szczepień. Ciekawe, że na przykład w Kalkucie podobnymi osiągnięciami medycyna popisać się nie potrafi. 
Bardziej postępowa jest hierarchia konserwatywnego w swej istocie kościoła, niż hierarchia medycyny, w której obowiązuje zakaz krytykowania lekarza przez jego kolegę, a co za tym idzie brak dyskusji i ścierania się poglądów. Jeśli ktoś wyłamie się z tego zaklętego kręgu, co na przykład w nauce jest motorem postępu, w medycynie staje się sensacją oraz wyciągnięciem surowych konsekwencji wobec tego, który śmiał mieć swoje zdanie. Ten stan rzeczy czyni ową sztukę tajemną najbardziej zacofaną dziedziną ze wszystkich, no może poza pieczeniem chleb, gdzie daje się zauważyć wyraźny trend ku metodom tradycyjnym. 
Aby nie było to pustosłowie, posłużę się pierwszym lepszym przykładem, choćby cholesterolem, którego przez ćwierć wieku kazano ludziom unikać, a teraz mamy efekty w postaci schorowanych emerytów. Następny przykład to akcja z mlekiem dla dzieci w szkołach. Dlaczego lekarze nie biją na alarm za wczasu? Na co czekają? Czy już zacierają ręce, ze będzie kogo leczyć? A idiotyczna moda na picie litrami wody przy jednoczesnym unikaniu soli. Wszak w ten właśnie sposób można się odwodnić, bo woda dla organizmu bez elektrolitów jest toksycznym rozpuszczalnikiem, którego on stara się pozbyć za wszelką cenę. Wtedy trafia taki nieszczęśnik na oddział w tzw. służbie zdrowia, gdzie wlewa mu się do krwiobiegu wodę z solą i tym sposobem ratuje życie, gdyż bez soli rozpuszczonej w wodzie, zwanej uczenie solą fizjologiczną, z pewnością by umarł. No, jeśli doprowadzenie kogoś na skraj śmierci, by potem uratować mu życie można nazwać postępem, to medycyna jest tutaj niekwestionowanym liderem. Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości!
(...)". (~Józef Słonecki)

Cytat: od Józef Słonecki:
No, jeśli doprowadzenie kogoś na skraj śmierci, by potem uratować mu życie można nazwać postępem, to medycyna jest tutaj niekwestionowanym liderem. Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości!
To działania strażaka "podpalacza zbrodniczego" są niczym - w porównaniu z działaniami medycznymi, bowiem ten pierwszy, po zaspokojeniu swoich indywidualnych potrzeb, podczas akcji gaśniczo-ratunkowej, czasami znajdując się najwcześniej na miejscu zdarzenia, nie spowoduje swoim działaniem większych szkód, a czasami wręcz przeciwnie, jego jednostka otrzyma w nagrodę nowy sprzęt przeciwpożarowy a on sam otrzyma medal za ofiarność i odwagę (np. zegarek - "Pabieda"), no i zaspokoi swoje potrzeby seksualne, jeśli jest dewiantem seksualnym.
   Bynajmniej - jemu nie chodzi o zabijanie na raty i testowanie równoległe sprzętu medycznego i leków; zarabianie na chorobach ludzkich.

"(...) Niezapadalność na choroby infekcyjne to po prostu odporność - cel naszych działań. Ale ma ona wynikać z ogólnej kondycji organizmu, a nie podłych sztuczek, takich jak czosnek, noni, suplementy, homełopatia czy szczepionki. Natury po prostu nie da się oszukać, i tyle. Rozejrzyjcie się tylko - w miarę wzrostu coraz to lepszych specyfików do walki z chorobami, wzrasta ilość zachorowań na poważne choroby, w tym raka jako ostateczną katastrofę organizmu, któremu blokuje się możliwość usunięcia krępujących go toksyn, a także zdegenerowanych komórek, podatnych na mutacje prowadzące do nowotwora. 
Cytat:
Kiedyś czytałem, że w Anglii próbowano leczyć raka wirusem grypy, ale układ odpornościowy blokował wirusa i nie mógł on dotrzeć do miejsca, w którym był rak.
No właśnie. Już nawet medycyna konwencjonalna dochodzi do wniosku, że organizm wykorzystuje wirusy do samooczyszczania się z komórek nowotworowych, a wirus grypy jest do tego celu najlepszy, bo najbardziej bezpieczny. 
Czasami, a może nawet często bywa tak, że organizm nie decyduje się na infekcję wirusem, bowiem uznaje, że mógłby nie potrafić sprostać wyzwaniu, tj. usunąć wszystkich wirusów namnożonych w trakcie procesu oczyszczania, zwanego chorobą infekcyjną. Natomiast po wzmocnieniu systemu odpornościowego zaczyna odrabiać zaległości i choroby infekcyjne pojawiają się raz za razem. (...) Jak widzimy: wszystko wynika z ogólnej kondycji organizmu. Taka jest mądrość natury, z którą nie należy walczyć, bo zawsze źle się to kończy. 
(...) Według mnie, organizm nie reaguje chorobą infekcyjną na pojawienie się toksyn w krwi, bowiem w tej sytuacji istnieją wszelkie szanse na ich wydalenie normalnymi drogami wydalniczymi. W tym sensie płyny ustrojowe są przejściowym magazynem toksyn. 
Użycie zarazków ma uzasadnienie jedynie wówczas, gdy toksyny zostaną zmagazynowane w tkankach, albo wyrządzą w nich szkody. Wówczas organizm dopuszcza do kontrolowanej infekcji bakteriami, wirusami i pasożytami. Ale to rzecz jasna nie jest choroba, lecz właśnie prawidłowy proces samooczyszczania. 
Jeśli przyjmiemy, że chorobą jest dysfunkcja organizmu spowodowana negatywnym wpływem toksycznych złogów na funkcjonowanie układów, m.in. odpornościowego, to wówczas może dojść do owego błędu popełnianego w przypadku wpuszczenia zbyt dużej ilości patogenów, albo nie w tym momencie, w którym by należało. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku sepsy, ale nie ze względu na wstrząs septyczny, bowiem on jest jedynie konsekwencją stanu septycznego charakteryzującego się tym, że patogeny krążą swobodnie w krwi i nic ich nie atakuje. (...)". (~Józef Słonecki)

"(...)
Na szczęście jeden film uchował się od usunięcia.  Wspaniałe materiały. Ważne i godne utrwalenia.
Big Pharma. Fonetycznie - Duża Farma. Od dawna uważam, że nazwa doskonale oddaje przeznaczenie. Ludzie to stworzenia hodowlane. Przynajmniej tak są traktowani od narodzin. Wychowywani, „edukowani”, kształtowani, lepieni, dezinformowani, manipulowani, ogłupiani, straszeni i zastraszani. To opłacalne działanie, ponieważ jedynie zdezinformowany i przestraszony człowiek staje się bezwolnie podporządkowany.
Jawność działań, bezkarność, szum medialny wprowadzający dezinformację, naciski emocjonalne, bezsilność  – dosyć prosta recepta, aby większość społeczeństwa uznała, że nie stać ich na konfrontację z rzeczywistością. Są zbyt przerażeni taką możliwością. Pozostaje im w takim razie mit Kopciuszka, królewny Śnieżki, dobrego Mikołaja i krasnoludków. Wiara w szlachetne cechy człowieka i niedowierzanie faktom przynoszące ulgę. 
Na naszych oczach zaczyna mieć miejsce kolejny proces  niosący spustoszenie zdrowotne, emocjonalne i kulturowe. Zaszokowana  danymi dotyczącymi wieku w jakim zaczynają się poddawać zabiegowi waginoplastyki zdrowe nastolatki, chciałam przejrzeć informacje dotyczące naszego kraju i natrafiłam na informacje wprowadzające mnie w osłupienie. 




Przeczesuję Internet i jak na razie nie znalazłam żadnych wiarygodnych statystyk ani opracowań. Brak jakiejkolwiek głębszej refleksji czy podsumowań. Za to roi się od cenników i lukrowanych opisów.
Załączony poniżej, pozornie informacyjny artykuł tak skonstruowano, aby odbiorcy szybko, sprawnie i bezwiednie zakodowali ,występowanie jakich dolegliwości należy zgłaszać, aby zostać zakwalifikowanym do wykonania takiego zabiegu.


Nie mam słów, a opinię na ten temat każdy wyrobi sobie sam.  Jako „cywilizowani”, praworządni odpowiednim wyznaniem, kulturowo sławiący humanitaryzm , grzmiący z trybun  w środkach masowego przekazu i pełni dezaprobaty w prywatnych rozmowach, potępiamy obce nam zwyczajowo okaleczanie kobiet muzułmańskich. Często łapiemy się za głowę ze zdumienia, trzęsąc się przy tym ze wstrętu i oburzenia nad obrzezaniem arabskich dziewczynek. Wczoraj w telewizji obejrzałam ogólnodostępny film edukacyjny.  Podano w nim, że labioplastyce w protestanckiej Wielkiej Brytanii są poddawane już jedenastoletnie dzieci. Podano liczbę 8 dzieciaków , nie podano przedziału czasowego, tylko w jednej placówce medycznej.  Z przyczyn ESTETYCZNYCH. Zabieg jest często refundowany i traktowany jak pomoc nastolatkom w drodze do samoakceptacj ( bez względu co by to miało znaczyć ). Jak silna musi być presja, której jesteśmy poddawani, jeśli dzieci z piątej klasy szkoły podstawowej, pięć lat po opuszczeniu zerówki wpadają w psychozę i obawiając się odrzucenia przez potencjalnego partnera seksualnego lub szyderstw rówieśników, wymuszają na rodzicach zgodę na zabieg . Często wiedzę, że są „niedoskonałe”,  czerpią z faktu, że ich wygląd odbiega od wyglądu gwiazd filmów porno.
Nie mam stu lat i doświadczeń z minionej epoki, ale pamiętam, że moje dzieci w tym wieku dręczyły mnie na okoliczność klocków Lego. Ta refleksja nie ma na celu podkreślenia jak prawidłowo spełniłam się w roli matki, ale zaakcentowanie jak duże zmiany w sposobie postrzegania i myślenia są na nas wypracowywane w obrębie 20-30 lat. W jak dramatycznych kwestiach i jakiej wagi są to zmiany.  Wychodzi na to, że przeciętny człowiek nie ma szans w pojedynkę w zderzeniu ze stosowanymi socjotechnikami. (...)" (~ Tutka)


I dalej o wałkach medycznych...


Świńska grypa - medyczny "wałek" stulecia - KLIK!


"Jestem obecnie w USA i tutaj właśnie zrozumiałem, o co chodzi z tą całą świńską grypą... Chodzi o to samo, o co zawsze chodzi, gdy nie wiadomo o co... - o PIENIĄDZE!
Wystarczy pójść do dowolnego marketu w USA, stanąć w kolejce do kasy i... zrozumieć, o co chodzi z tą całą Swine Flu. Pani w kasie może nam zamiast wydania reszty psiknąć do nosa szczepionką FluMist, albo za 24,99 wcisnąć nam w przedramię albo prosto w pośladek strzykawkę (Flu Shot) i już jesteśmy zaszczepieni na ptasią, świńską czy jelenią grypę. Ja oczywiście nastawiłbym do tego szczepienia dupę, by mnie w nią pocałowano! Za dobrze czuję swoim jeszcze niezakatarzonym nosem, że to jest jeden, WIELKI "wał" koncernów farmaceutycznych na ogłupionym do granic możliwości gatunku, zwanym kiedyś homo sapiens!
Grypa była zawsze
Ludzie zawsze na nią chorowali, a mięczaki czy roznosiciele innych chorób (m.in. AIDS) umierali przez komplikacje pogrypowe. Śmiertelne komplikacje mogą być też przy wyrwaniu zęba, wszczepieniu sztucznych cycków czy zjedzeniu orzeszków przez ludzi na nie uczulonych. Grypa ta, niby to naukowo czy medycznie nazwana dla większego efektu psychologicznego grypą typu A podtypu H1N1, H1N2, H3N1, H3N2, czy H2N3 nie jest wcale bardziej zaraźliwa czy zabójcza niż inne grypy, na które ludzkość choruje od setek lat! W Chinach odnotowano 3,700 przypadków owej grypy i... zmarła na nią tylko jedna osoba.
Na Ukrainie na ponad 100 zmarłych na grypę, świńską jej odmianę miało tylko kilka osób. Umierają ludzie na Filipinach, w Tajlandii, w krajach trzeciego świata, bo tam umiera się z głodu, brudu i na AIDS. Nieważne, na co umarli, ważne, kto płaci za właściwe wypisanie aktu zgonu...
W czasie, gdy będziemy czekać na kolejną śmiertelną ofiarę świńskiej grypy pochodzącą ze świata zachodniego, kilkaset tysięcy ludzi umrze na raka (6 tysięcy dziennie umiera na samego raka płuc), kilkadziesiąt tysięcy zejdzie z tego świata na zawał serca. Kilka tysięcy ludzi zginie w wypadkach drogowych (w samej Polsce około 17 osób dziennie), czy w wyniku błędów lekarskich (w samych USA 300 osób każdego dnia). Więc o co tu chodzi z tą świńską grypą, na którą zmarło wg. szacunków WHO zaledwie od 1,5 do 5 tys. ludzi? Cały artykuł Autor: Daniel Sen ".
 15 czerwca 2012 roku w „polskim” sejmie, przy jednym głosie przeciwnym, przeszło pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy o zapobieganiu kompromitacji WHO. Wychodzi na to, że ustawa niebawem wejdzie w życie. Nasze życie – moje, twoje, naszych najbliższych: wszystkich. 
WHO bardzo się skompromitowała, ogłaszając w roku 2009 pandemię świńskiej grypy. Skutkiem tej kompromitacji jest nasilenie nikłego jeszcze wówczas ruchu antyszczepionkowego. Jak do tego mogło dojść? Zawiniła akcja medialna mająca zasiać panikę wśród ludności po to, by przed punktami szczepień ustawiły się długie kolejki, a stojący w nich ludzie truchleliby ze strachu, czy aby dla wszystkich starczy szczepionek. Tym sposobem miał być osiągnięty zadowalający (WHO) „stopień wyszczepienia”, planowany na powyżej 95%. Akcja spaliła na panewce, bowiem tylko rządy państw, w których ogłoszono pandemię świńskiej grypy, stanęły na wysokości zadania (za chlubnym wyjątkiem polskiej minister zdrowia, pani Ewy Kopacz) i wykupiły przewidzianą pulę szczepionek, natomiast społeczeństwa tych państw nie wystraszyły się świńskiej grypy i w długich kolejkach do punktów szczepień się nie ustawiły. I wtedy nastąpiła katastrofa – świńska grypa miała przebieg wyjątkowo łagodny, o wiele łagodniejszy od normalnej grypy sezonowej. O zgrozo – nie było milionów ofiar wśród niezaszczepionych. Praktycznie żadnych ofiar nie było, prócz WHO.
Zupełnie inaczej rzecz by się miała, gdyby „stopień wyszczepienia” był zadowalający (dla WHO), czyli zaszczepiono by owe powyżej 95% społeczeństwa krajów objętych szóstym alertem zagrożenia epidemiologicznego. Wtedy brak milionów ofiar, które miały paść ofiarą wirusa A/H1N1, przypisano by, rzecz jasna, skuteczności szczepionek.
Koszt wyprodukowania jednej szczepionki wynosi niespełna 4 centy, zaś jej wartość rynkowa to średnio 50 dolarów. Narkobiznes przy tym to mały pikuś. Globalna akcja szczepionkowa, zwana pandemią, to miliardowe zyski ze sprzedaży mielonych kurzych embrionów, zakażonych wirusem. Z takiej gratki biznes szczepionkowy nie zrezygnuje dobrowolnie, tym razem jednak postanowiono przygotować odpowiedni grunt. Na pierwszy ogień poszła Polska, w której nie tylko społeczeństwo, ale także rząd nie sprostał zadaniom postawionym przez WHO.
Nowa ustawa o zapobieganiu epidemiom odbiera wszelkie kompetencje rządowi, w tym także ministrowi zdrowia. W razie ogłoszenia epidemii rząd, za pieniądze podatników, a więc za nasze pieniądze, będzie musiał zakupić tyle szczepionek, by wystarczyło do zaszczepienia każdego obywatela, bez względu na wiek. Na tym rola rządu się kończy. 
W nowym rozdaniu niebywałe kompetencje uzyskuje sanepid, porównywalne do kompetencji SS podczas okupacji. Funkcjonariusze sanepidu oraz wyznaczony przez tę instytucję personel medyczny, po ogłoszeniu epidemii, będą mieli prawo organizowania łapanek i przy użyciu przemocy bezpośredniej wstrzykiwać opornym zakażone wirusem mielone kurze embriony. Tym sposobem ma być osiągnięty zadowalający stopień wyszczepienia, a wówczas już nikt nie będzie mógł powiedzieć, że pandemia została ogłoszona pochopnie, gdyż nowy wirus, jaki zapewne się pojawi, jest w gruncie rzeczy niegroźny. Uniknięcie milionów ofiar tym razem przypisze się bezinteresownej troskliwości WHO, gdyż drugiej opcji już po prostu nie będzie.".(~Józef Słonecki)
Zanim pozwolisz zaszczepić dziecko - KLIK!

AIDS - oszustwo naukowe - KLIK!

Moje cytowania: 
"Rozprzestrzenianie się AIDS, którym straszony jest świat stanowi dochodowy projekt biznesowy rozwijany przez największe firmy farmaceutyczne i skorumpowanych urzędników z międzynarodowych organizacji medycznych." - powiedział Shirdel.

(...) Jeżeli komuś zależy na wykazaniu przed społeczeństwem, że wzrosłą liczba chorych na AIDS, to do tego worka dodaje kolejne choroby, które dawniej nikomu nie przyszłoby do głowy nazywać AIDS (…). 
(...) Dawniej za chorego na cukrzycę uznawano kogoś kto przekroczył cukru 100, a dzisiaj chorym może być ten, kto przekracza 120. Skutek: epidemia cukrzycy się zmniejszyła. Jakiż sukces dla służby zdrowia! Pamiętam czasy, kiedy w Polsce corocznie podnoszono normy cukru we krwi, a w USA - obniżano. Często stosuje się zawężenia definicji choroby do wykazania pożyteczności szczepionek. Dlaczego manipuluje się statystykami? Dla pieniędzy. (...)

(...) Dzisiaj AIDS jest hasłem do potężnego biznesu: ponad półtora tysiąca zgłoszonych patentów, setki dotowanych instytucji i organizacji oraz miliardy dolarów wydawane na testy i substancje zakwalifikowane jako leki wspomagające dożywotnią walkę z AIDS (…).

Jakie to teraz modne w tzw. elitach prowadzenie walki z AIDS. Jakim życzliwym okiem społeczeństwo spogląda na polityków, królowe Miss i innych. Przypomina mi się automatycznie reklama Lindy, który wypowiada magiczne słowa: - "pij mleko będziesz wielki". Nie wiem czy ten facet świadomy jest tego co on m mówi? Gdyby się kierował sumieniem - to powinien zdementować te słowa - słowami: - "pij mleko, będziesz kaleką.

Kolejnym mitem jest sam wirus (…). Do dzisiaj nie ma naukowo przekonujących danych na istnienie wirusa HIV (…) wyniki jedynie informują, że prawdopodobnie mógł tu narozrabiać wirus. Zwróćmy uwagę na słowo prawdopodobnie. Żeby to lepiej wytłumaczyć, wyobraźmy sobie, że ktoś ma biegunkę. Przy tej dolegliwości częściej może się zdarzyć, że biedak nie zdąży do toalety i pobrudzi sobie bieliznę. Zapewne ją wypierze i powiesi na sznurku. Przy diagnozowaniu HIV naukowcy odwrócili ten ciąg zdarzeń i zachowują się tak, jakby po wiszących na balkonie majtkach diagnozowali, że właściciel ma prawdopodobnie biegunkę . Dla ewentualnych wpadek wymyślono margines tolerancji twierdząc, że test ma 98% skuteczności (…). Skoro uznaje się, że HIV wywołuje AIDS, to powinien być jakiś dokument naukowy, który to udowadnia. Nie istnieją żadne takie dokumenty (…).  Jednak coraz więcej naukowców twierdzi, że przyczyna awarii systemu odpornościowego polega na chemicznym i psychicznym zatoksycznieniu organizmu. Teorię tę potwierdza coraz więcej osób, które zrezygnowały z brania leków na AIDS (…).
  (...) Czy nie jest to kolejny przykład robienia interesów na chorobach ludzkich? (...).

Manipuluje się statystykami, wynikami badań, aby opchnąć stare zapasy, lub jakieś nowe - medykamentów. Teraz lobby czeka na kolejnych frajerów do uszczęśliwiania na siłę, z takich państw jak Ukraina, Białoruś i inne, którym tak śpieszno do tzw. cywilizacji zachodniej. U nas już rynek się nasycił aptekami, i co mądrzejsi wiedzą, o co chodzi z tymi lekami "nowej generacji" czy tzw. lekami etycznymi, suplementami, paralekami (powodują więcej szkód na zdrowiu, niż kiedyś). Dalej przodujemy w świecie (I lub II miejsce na świecie pod względem zakupu tzw. suplementów diety itp.), a chorób wcale nie ubywa - jest wręcz odwrotnie - chorych przybywa w tempie geometrycznym, w tym chorych na "epidemię" raka i cukrzycy.


To były dyskusje na forum Biosłone - kilka lat temu; obecnie - sytuacja robienia biznesu przez lobby farmaceutyczno-medyczne na niewiedzy, na naiwności pacjentów (na produkcji chorych i chorób) - przeżywa jeszcze większy rozkwit.                               
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                         Zibi