Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

piątek, 21 października 2016

Medycyna akademicka - wielka blaga (Część II)


Kilka słów o homeopatii, jako o medycynie komplementarnej...



"(...) Mówiąc o homeopatii, trzeba widzieć, że powstała ona jako przeciwieństwo alopatii, czyli działaniu mającym na celu walkę z objawami. W przypadku anginy, działanie leków homeopatycznych powinno wspomóc organizm w wywołaniu kryzysu, tj. wyropieniu zapalonych migdałków. Obecnie powstał nurt homeopatii alopatycznej, zwany homeopatią kliniczną, jako jawne zaprzeczenie idei homeopatii, w którym walczy się z objawami chorobowymi przy pomocy leków o wysokim rozcieńczeniu, co z homeopatią nie ma nic wspólnego. (...).

(...) To nieporozumienie. Istotą homeopatii jest: podobne lecz podobnym, i niekoniecznie muszą to być leki w małych stężeniach. Małe stężenia leków można równie dobrze stosować w homeopatii, jak i w alopatii. Zaletą leków w małym stężeniu jest to, że można je bardzo tanio wyprodukować, i bardzo drogo sprzedać. (...).


(...) No, to jest homeopatia klasyczna. Tym niemniej jest to leczenie, czyli zastępowanie organizmu w jego naturalnych funkcjach. Leczenie ma tę charakterystyczną cechę, iż nie przyjmuje do wiadomości, że choroba ma jakąś przyczynę, a jedynie skupia się na samej chorobie. Inaczej mówiąc: leczenie jest to stosownie leków. Aby mogło być możliwe, musi zaistnieć warunek sine qua non leczenia - choroba. (...).


(...) Trochę mnie to dziwi. Nie, żebym krytykował, ale po prostu głośno myślę. Wiadomo, że w homeopatii stosuje się leki, które u zdrowego wywołają objawy chorobowe. Najlepszym przykładem jest tu Hipokrates, który w biegunce stosował leki przeczyszczające. To ma sens, ponieważ pomaga organizmowi pozbyć się toksyn i biegunka sie kończy definitywnie - przeciwnie do alopatii, w której leczeniu biegunki (poprzez jej blokowanie) nie ma końca. Ale jaki jest lek homeopatyczny, który u zdrowego wywołałby objawy autyzmu? (...).


(...) Istotnie, pojęcie „homeopatia” wprowadził Hahnneman, a to w celu odróżnienia jej od leków anty... Ale zasada homeopatii:  „homoios – podobny i pathos – cierpienie” odnosi się jedynie do idei leczenia, a nie potencji stosowanych leków. To powszechne nieporozumienie, pozwalające producentom leków o niskiej zawartości substancji wyjściowej (czyli leku) nazywać je lekami homeopatycznymi, choć w rzeczywistości są to leki alopatyczne, tylko że tanie w produkcji, bo w istocie składające się z rozcieńczonego alkoholu albo cukru. (...).


(...) Zasadę potencjonowania leków sformułował Paracelsus, stwierdzając:
"Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni, że coś jest trucizną." (...).

(...) Przez dwa wieki badacze zastanawiali się, jaka jest ta minimalna dawka czyniąca daną substancję lekiem i dochodzili do rozcieńczeń, które są obecnie stosowane. Hehnnanowi przypisuje się odkrycie, że siła lecznicza środka zwiększa się wraz ze stopniem potencjowania, zaś objawy niepożądane zmniejszają się. I tak Hehnnan wprowadził potencjonowanie leków do homeopatii, jako drugi warunek. Ale warunek homeopatii, czyli stosowania leków homeopatycznych (podobne lecz podobnym); niealopatycznych. I nie można wyciągnąć wniosku, że leki potencjonowane, to leki homeopatyczne, bo to albo nieporozumienie, albo oszustwo. (...).

(...) Właśnie to nieporozumienie wykorzystują producenci tanich w produkcji (potencjonowanych) leków i nazywają je homeopatycznymi, choć są to leki ewidentnie alopatyczne – anty-zapalne, anty-bólowe, anty-gorączkowe, anty-grypowe, jak choćby omawiany już przeze mnie lek Oscillococcinum, który ma działanie ewidentnie blokujące wystąpienie objawów chorobowych (grypowych) (...).
(...) Nie zgadzam się, by homeopatię nazywać czymś innym, jak medycyną, a już stawianie homeopatii jako alternatywę dla medycyny jest profanacją prawdy! Obie dziedziny zajmują się tym samym – leczeniem chorób, a więc mamy do wyboru jeden z wariantów tego samego – leczenia chorób. Ponadto w homeopatii występuje także typowe dla medycyny ignorowanie przyczyny chorób i skupienie się na nich samych, jako meritum. Innymi słowy: homeopatia to medycyna jak się patrzy! (...).


(...) To nie jest żadna przenikliwość, tylko wiedza i racjonalizm. A przenikliwość wykazał Hipokrates oraz inni badacze, od których aż roi się w książce: "Szczepienia - niebezpieczne, ukrywane fakty". Przecież nikt na tym forum nie uważa, że przyczyną chorób są zarazki, które należy zwalczać - jeśli nie przy pomocy antybiotyków, to "przynajmniej" homeopatyków.Generalnie mnie chodzi o to, że uważam homeopatię za bardzo dobra metodę wspomagania organizmu, ale pod warunkiem, że jest to potrzebne - gdy sam nie potrafi uporać się z chorobą i staje sie ona przewlekła. Natomiast stosowanie homeopatyków jako erzaców antybiotyków przy byle gorączce, przeziębieniu, grypie, biegunce czy bólu, to po prostu szkodliwe blokowanie objawów chorobowych, czyli alopatia. (...).

(...) Ja tego nie ustalałem, ani się z tym nie zgadzam. Co to za różnica, czy lek zabije zarazki sam, czy wykorzysta do tego system odpornościowy? - skoro efekt jest ten sam: zabicie zarazków. Czy karabin maszynowy jest lepszy od maczugi, skoro denat już nie żyje? (...).

(...) Gdybym był lekarzem medycyny konwencjonalnej, to pewnie bym się z tym zgodził. Ale żeby uznać, że w konsekwencji uporania się z zarazkami można uporać się z chorobą trzeba by przyjąć wyimaginowana tezę, że zarazki wywołują choroby. Ja takiej tezy nie przyjmuję! Musiałbym także uwierzyć, że ludzki organizm jest najbardziej nieporadnym tworem w świecie, i sam nie potrafi sie uporać z objawami chorobowymi i koniecznie trzeba coś pogrzebać w odporności, by natychmiast stanąć na nogi. Ale ja w to nie wierzę. (...).

(...) Z antybiotykami było to samo - czas pokazał. A z żywnością wysokooczyszczoną jest inaczej? Też po jej zjedzeniu od razu się nie rozchorujemy, ale czas pokaże, że takie jedzenie jest kardynalnym błędem, bowiem po upływie czasu wszystkie błędy w kwestii zdrowia wyjdą jak szydło z worka. 
Zdrowie ma to do siebie, że popełniane błędy wychodzą stosunkowo późno i bardzo trudno je naprawić... jeśli w ogóle jest to możliwe. Ale czy musimy uczyć się na własnych błędach?Wszystko pięknie. Ja tego nie neguję. Leczenie to leczenie, i tyle. Mnie chodzi o coś innego - czy przyczyną grypy jest niedobór w organizmie jakichś leków, i czy w przypadku grypy o prawidłowym przebiegu należy stosować homeopatię, bo dobra na wszystko. Czy też jest to działanie alopatyczne, tj. jest blokujące objawy chorobowe; pozostawiające przyczynę choroby; przeszkadzające. Tę kwestię chciałbym ustalić. A co do efektów leczenia, to ile można przeczytać o antybiotykach, jak leczą choroby dotychczas nieuleczalne, czy o chirurgii, jak ratuje życie. I to są fakty. Ale czy to jest dobre na wszystko, czy tylko w uzasadnionych przypadkach? (...).

(...) No, okej. A Oscylokocyna stosowana przeciw grypie? I w ogóle po co podawać Belladonnę przy wszelkich stanach zapalnych? Czyżby stan zapalny był objawem niedoboru w organizmie Belladonny? Gdybym był naiwny, to bym w to uwierzył, ale nie jestem. I nie mogę znaleźć odpowiedzi na to pytanie. A chciałbym.
Nie uwierzę, że ludzki organizm jest tak nieporadny, że bez leków ani rusz. Nie uwierzę, i już! Gdyby tak było, to Pan Bóg stworzył by nas z Belladonną zamiast włosów. (...).


(...) Podtrzymuję swoją opinię, że uważam homeopatię za bardziej szkodliwą od leczenia tradycyjnego (chemia, antybiotyki i takie tam). Jej zwolennicy zachwalają ją jako bezpieczną, bez skutków ubocznych, nie uzależniającą. To blef. Nie twierdzę, że homeopaci to oszuści. Twierdzę, że chyba sami nie wiedzą jaka broń włożono im do reki.
nam, że miałem inne mniemanie o homeopatii, którą interesowałem się kilkanaście lat temu. Sądziłem, że jest bardziej ludzka i zgodna z naturą. Takie przynajmniej były założenia. Chyba wszystko zmieniło się, gdy za homeopatię zabrali się lekarze. Ze zdziwieniem odkrywam, że homeopatia uległa wynaturzeniu. Już nie mówi się o człowieku, tylko liczy się biznes związany z uzależnieniem od leków, o tyle intratny, że produkcja owych leków jest śmiesznie tania, a - co za tym idzie - zysk spory. Cóż, w medycynie to normalne. Jestem zniesmaczony. (...).


(...) Jasno teraz widać, że homeopatia rozwinęła skrzydła na gruncie medycyny konwencjonalnej – wiedzy tajemnej, gdzie całą mądrość posiedli kapłani, zaś masy im ciemniejsze, tym lepiej. Dlatego całe pokolenia odcinało się społeczeństwo od wiedzy o zdrowiu, a w zamian za to obiecywało tzw. postęp w medycynie; że już już zostanie wymyślony lek na wszystkie choroby tego świata. No i homeopatia wynalazła. Możecie jeść wszelkie badziewie, co tam – na wszystko jest lekarstwo. Nie musicie dbać o czystość przewodu pokarmowego oraz nadżerki nabłonka, co tam – przyczyna choroby nie ma znaczenia; najważniejsze jest dobranie potencji. Nie musicie troskać się o homeostazę drobnoustrojów jelita grubego. Po co Wam te wszystkie drobnoustroje? Wystarczy lek konstytucyjny, i po kłopocie. A w ogóle kto by się przejmował profilaktyką, skoro jest lek działający dożywotnio. A już męczyć się z przywracaniem zdrowia latami to w ogóle bez sensu, skoro można sprawę załatwić w tydzień, i po kłopocie. Do tego jeszcze jakieś dziwne, tajemne nazwy, i ciemna masa wszystko kupi... Ja nie kupuję! (...).

(...) Nikt nie podjął tematu, to może ja pociągnę go dalej. Mamy oto przed sobą alternatywę: samemu dbać o własne zdrowie, albo powierzyć je homeopacie.  
Ale tutaj nasuwa się szereg pytań, dotychczas pozostających bez odpowiedzi. Na przykład: 
Czy można być zdrowym bez działań medycznych i, vice versa, czy można być zdrowym poprzez działania medyczne? 
Jaki wpływ na sprawność fizyczną i psychiczną w późniejszym wieku będzie miała ingerencja w przebieg procesów chorobowych toczących się w organizmie poprzez ich blokowanie lekami homeopatycznymi? 
Jaki wpływ na potomków będzie miała ingerencja w organizm rodziców lekami homeopatycznymi, co do których jedno co wiadomo, to to, że nie wiadomo, jaki jest mechanizm ich oddziaływania na organizm; energetyczny na strukturę DNA, mentalny (placebo), a może czary? (...).

(...) Pytania jak pytania. Czemu strachy? A że pozostają bez odpowiedzi... 

Ostatnio przeczytałem na oficjalnej stronie homeopatycznej (...) że homeopatia to nauka podpadająca pod fizykę. I nadziwić się nie mogę. O ile mi wiadomo, w fizyce nie ma skutku bez przyczyny, a w homeopatii jest. Więc wszelkie badania naukowe skupiają się na jednym - skutku. Ja zaś uważam, że usunięcie przyczyny jest ważniejsze, i nie po to, by usunąć skutek (nie tylko), ale żeby zapobiec skutkowi. I to są stanowiska diametralnie różne, których pogodzić się nijak nie da.
W gruncie rzeczy chodzi o rzecz podstawową - sine qua non! Wszystkie leki są złem koniecznym i najlepiej by było się bez nich obejść. Samo nie przyjdzie - trzeba o to zadbać. Ale są rzecz jasna sytuacje, gdy podanie leku staje się uzasadnione, ale jako zło konieczne, gdy organizm o własnych siłach nie potrafi się uporać z chorobą. Ale najpierw trzeba dać mu szansę, a nie ingerować od razu, przerywając wszelkie naturalne procesy wiodące do samoleczenia się organizmu, które ów ma zapisane w genach. I taką rolę doskonale mogą spełniać leki w miarę nieszkodliwe - zioła, suplementy, a także leki homeopatyczne. 
Tymczasem co się dzieje? Suplementy wciska się żyjącemu w błogiej nieświadomości społeczeństwu jako leki profilaktyczne. Czy to nie wynaturzenie? 
Z homeopatią mogłoby być podobnie - mogła służyć jako pomocna dziedzina niezdziczałej medycyny. Mogłaby, gdyby nie wzięli się za nią lekarze, którzy antybiotyki zamienili na homeopatyki i wprowadzili wynaturzenie także w homeopatii. Leki działające dożywotnio są już rzeczywistością. Profilaktyczne także. Na burzę, grad, śnieg... także. I wcale mnie nie zdziwi, gdy w niedługim czasie pojawi się lek na kapryśną żonę, złą teściową, wrednego szefa czy szczęście w totolotku. 
I nie przyjmuję do wiadomości, że lek, który u zdrowego wywoła objawy chorobowe, dla chorego nie ma żadnych skutków negatywnych. To jakaś paranoja. 
Swoją drogą, to tak się zastanawiam: czy ja przybliżam homeopatię, czy też oddalam. Ale wszak prawda obroni się sama, i żadna krytyka jej nie obali. Chyba że to półprawda, a może ćwierć... Bo ja wiem? Sam mam dylemat, jak to nazwać. (...).

(...) Nie ma leków na deszcz, jest to karykatura fragmentów wyrwanych z kontekstu. Język homeopatii dlatego właśnie jest taki dziwny, że podobne leczy podobne, to znaczy lekiem jest similimum - potencjonowany roztwór substancji, która u zdrowego człowieka wywołuje symptomy dokładnie takie, z jakimi zgłosił się dany pacjent. To, co rozróżnia wskazania dotyczące leków (tak jak tu np. w skazach), to objawy indywidualne pacjenta, w tym reakcja na pogodę, temperaturę i wilgotność. 

Inny przykład tłumaczenia z polskiego na nasz. Takie zdanie, jak: "Acidum benzoicum odróżnia się bardzo ciemnym kolorem i silnym zapachem moczu, a Acidum nitricum - również ciemnym moczem ale o zapachu moczu końskiego", nie oznacza, że któryś z tych leków pachnie moczem, ale że substancja, z której lek jest wykonany, wywołuje takie symptomy u zdrowego, na którym przeprowadzano badanie leku (BHL -badanie homeopatyczne leku), a jednocześnie jej potencjonowany roztwór leczy pacjentów, którzy z takimi objawami zgłosili się po pomoc homeopatyczną.
U osób, u których homeopata rozpoznał skazę zwaną sykozą, Natrium sulfuricum przyniesie poprawę zdrowia w porannej sztywności wywołanej deszczową pogodą (w BHL Natrium sulfuricum podane w bardzo niewielkim rozcieńczeniu D3 wywołało u niektórych zdrowych poranną sztywność w czasie deszczowej pogody). (...).

(...) Ja rozumiem idee  homeopatii i nawet mi się podobają. Ale nie to dziadostwo, z którym mamy do czynienia obecnie. Tyle się mówi o medycynie konwencjonalnej, że jest do kitu, bo skupia się na objawach, zaś przyczynami się nie zajmuje, a homeopatia co robi? To samo - zachęca, by nie przejmować się przyczyną chorób, tylko leczyć. Ja nie twierdzę, że tak nie można, że tak jest źle, bo to jest kwestią indywidualnego wyboru. Ale żeby był ten wybór, bo medycyna wespół z homeopatią go nie dają. A ja twierdzę, że jest! (...).


(...) Ale stres stresowi nierówny. Zbyt słabe organizmy (duży niedobór minerałów, np. magnezu czy miedzi na skutek nadmiernej toksemii) reagują nieadekwatnie do sytuacji, nadmiernym stresem co pociąga za sobą skurcze żółądka czy woreczka żółciowego  albo przyspieszoną perystaltykę jelit i koło sie zamyka. Za mało składników odżywczych i jeszcze wiekszy stres i znów żołądek (...).

(...) Mam po sąsiedzku małżeństwo laryngologów leczących homeopatią, którzy z ludzi zdzierają taką kasę, że głowa boli, przy czym efekty raczej mizerne, jeśli w ogóle są. A dlaczego mimo to ludzie do nich chodzą? A no po pierwsze wypróbowali już wszelkie antybiotyki, i nic, po drugie - przecież to zacni kapłani, z tytułem dr przed nazwiskiem. Mają nawet starą kamienicę, którą wyremontowali i nazwali "Centrum medyczne". A to nie to samo, co gabinet przyjęć (...).

(...) Ponieważ tytuł tematu dotyczy przybliżenia homeopatii, warto pokusić się o jakieś podsumowanie wniosków wynikających z tej dyskusji. Po pierwsze dowiedzieliśmy się, że homeopatia w ogóle nie interesuje się przyczyną chorób. Z tego zaś wypływa drugi istotny wniosek, że homeopatia jako taka nie jest w ogóle zainteresowana profilaktyką zdrowotną. Wziąwszy to wszystko do kupy doszedłem do jakże oczywistego wniosku, że homeopatia jest wariantem medycyny. Z tego zaś wynika wniosek ostateczny, że homeopatia w ogóle nie jest zainteresowana zdrowiem społeczeństwa, tylko jego leczeniem; zdrowe społeczeństwo nie potrzebuje medycyny, jej usług i leków. Ba! Zdrowe społeczeństwo jest zmorą medycyny, która zrobi wszystko, by tak nie było. (...).


(...) Powiadam, że mam wiarę w Hahnemanna i homeopatię klasyczną jako homeopatię. Jestem przeciw przekrętowi zwanemu homeopatią kliniczną, którą opanowali lekarze", a która w swych skutkach jest alopatyczna. Jeśli istnieje lek przeciwgrypowy, to jaki on jest, jak nie alopatyczny? (...).

(...) Chodzi oczywiście o leczenie pacjenta. A co to takiego? Ja tego nie kupuję! A jeśli przyczyną wystąpienia u niego objawów jest toksemia, to jak go leczyć, jeśli nie objawy toksemii? To jest tak pokrętne, że aż żenujące - leczenie bez przyczyny... 

Cytat od:  http://www.drmichalak.pl/homeopatia.htm
(...)
Wydawać by się mogło, że leczenie lekami, których stężenia są rzędu 1 cząsteczki na ocean nie ma kompletnie sensu... Czy jednak na pewno?

Odpowiedź na pytanie - jak działa homeopatia jest już, przynajmniej w ogólnej idei znana.
Aby dać odpowiedź na to pytanie odwołam się tradycyjnie do podręczników dla studentów medycyny, jak również podręcznika z fizyki dla szkoły średniej.

Ogólnie wiadomo, że im bardziej rozcieńczony lek homeopatyczny tym głębsze jest jego działanie. Oznaczać by to musiało, że w miarę zmniejszania się stężenia substancji rozpuszczonej wzrasta stężenie czynnika leczącego...
I tak jest w istocie. Czynnikiem leczącym bowiem jest woda, a substancja rozpuszczona potrzebna jest jedynie do nadania jej określonej formy ciekłokrystalicznej. Im mniej jest cząsteczek rozpuszczonych, tym więcej może istnieć klastrów wody o określonej strukturze ciekłokrystalicznej, czyli posiadającej określone częstotliwości rezonansowe w zakresie energii rotacyjnych i/lub oscylacyjnych tych klastrów.

Skąd wiadomo, że woda w temperaturze pokojowej ma strukturę klastrów (czyli mini-grudek lodu) i jakie duże są te klastry?

1. W SZKOLE ŚREDNIEJ uczyłem się, że woda ma największą gęstość w temperaturze 4 st.C, a nie w temperaturze zera. W temperaturze powyżej 4 stopni zależność między gęstością a temperaturą ta jest natomiast bardziej parabolą niż linią prostą, jak to ma miejsce dla większości substancji. Jest to dowód na to, że w wodzie w temperaturze powyżej zera muszą istnieć struktury podobne do lodu, które prowadzą do zwiększania się objętości wody w miarę jej ochładzania. jest to również dowód na to, że struktury te rosną w miarę obniżania się temperatury.
2. W elementarnym podręczniku dla studentów medycyny pt. "Biochemia Harpera" można znaleźć informację, że w temperaturze pokojowej średnia liczba wiązań wodorowych w wodzie wynosi 3.5 (podczas gdy w lodzie wynosi ona 4). Oznacza to, że tylko 1/8 (12.5%) wiązań wodorowych tworzących strukturę lodu ulega rozpadowi po ogrzaniu do temperatury pokojowej. Reszta ciągle tworzy mini-grudki lodu.
3. Stosując nieco uproszczony model struktury krystalicznej lodu wyliczyłem - jaki duży musiałby być klaster lodu, by średnia liczba wiązań wodorowych wynosiła 3.5. Rozmiar, który mi wyszedł to 500 +- 200 cząsteczek.

4. Dr Wolfgang Ludwig - stosując obliczania oparte na termodynamice wyliczył, że średni rozmiar klastra powinien wynosić ok. 400 cząsteczek.

Skąd wiadomo, jaką strukturę krystaliczną mają klastry lodu?

Do tego potrzebna jest informacja, którą można znaleźć w większości podręczników z fizyki czy chemii, mówiąca, że kąt między wodorami w cząsteczce wody ma ok. 105 stopni. Co z tego wynika?
To mianowicie, że taki kąt nijak nie pasuje do jakiejś jednej regularnej struktury krystalicznej. A skoro tak jest, to muszą istnieć najróżniejsze formy krystaliczne - każda inna - tak jak każdy płatek śniegu jest odmienny od pozostałych.
Mini-domieszki różnych substancji będą więc działać jako czynniki wyzwalające pojawianie się określonej konformacji przestrzennej wody.

No dobrze. Ale skąd wiadomo, że klastry te są na tyle trwałe, że nie ulegają samoistnemu przechodzeniu z jednych form w inne?
(...)
 Koncepcję leku homeopatycznego jako regulatora szybkości pracy określonego enzymu wspierają rozważania wybitnego fizyka kwantowego Herberta Froelicha, który zajmował się zastosowaniem fizyki kwantowej w układach biologicznych. Twierdził on, że enzym i substrat nie szukają się w cytoplazmie metodą prób i błędów, ale przyciągają się dzięki wspólnej częstotliwości wibracji kwantowej, co umożliwia zachodzenie reakcji z dużą szybkością.

Wiadomym jest, że enzym przyspiesza przebieg reakcji chemicznej obniżając energię aktywacji. Jednak nawet enzym musi zostać aktywowany, by reakcja mogła zajść. Aktywacja to nic innego jak zaabsorbowanie ściśle określonego kwantu energii. Aby reakcja mogła zajść, musi taki kwant w pobliżu enzymu istnieć. Może on być przechowywany  np. w określonej strukturze wody. Przy braku klastra wody o takiej strukturze, która jest w stanie pobierać i oddawać ów kwant - reakcja, według wszelkiej logiki, zachodzić nie powinna.
(...)
(...) Idiotyczno-medyczna ściema nie polega na podaniu leku, wtedy kiedy jest on potrzebny jako najmniejsze zło. Idiotyczno-medyczna ściema (bez rozróżnienia czy jest to medycyna klasyczna, natusralna, homełopatia) polega na tym, że się usuwa objawy chorobowe bez usuwania przyczyny chorób. Siłą rzeczy takie działanie musi być doraźne i prowizoryczne. Prędzej czy później pacjent lub homełopacjent wróci w objęcia medycyny, częstokroć do gabinetu tego samego "specjalisty". (...). 

(...) 1. Homełopatia (dla dowartościowania zwana też homeopatią), nie jest metodą leczenia pozbawioną skutków ubocznych. Nie jest to metoda nietoksyczna. Choć toksyny są dostarczane w rozcieńczeniu homełopatycznym to pacjentowi mogą zaszkodzić jego własne endotoksyny, które homełopata zamiótł pod dywan. 
2. Najpierw profilaktyka, potem profilaktyka, potem znów profilaktyka i dopiero gdzieś tam w odległej kolejności można z wielką ostrożnością i wyczuciem ulżyć organizmowi chorego przy pomocy jakichś homełopatyków (dla większego niezasłużonego prestiżu zwanych lekami homeopatycznymi - taki chłyt marketingowy).
3. Hipokrates nie jest ojcem homeopatii. Podawanie leków przeczyszczających w przypadku biegunki, nie ma nic wspólnego z leczeniem homeopatycznym. Hipokrates nie zajmował się homełopatycznym rozcieńczaniem, potrząsaniem. Poza tym Hipokrates wyraźnie dystansował się od magicznego ujęcia medycyny. (...).

(...) Czy, w razie konieczności, mniejszym złem jest zablokowanie objawów chorobowych homełopatykami zamiast antybiotykami? Osobiście wybieram antybiotyki, bo przynajmniej wiadomo, jakie mają one działania uboczne. Wiadomo też, że po zastosowaniu antybiotyków w celu zniwelowania najbardziej uciążliwych objawów chorobowych (nie dłużej) i racjonalnym postępowaniu można zniwelować negatywne skutki tego zabiegu, czego nie można powiedzieć o homełopatii, która ponoć nie ma skutków ubocznych, co jest oczywiście kosmiczną bzdurą. 
Weźmy na przykład zapalenie migdałków, które jest sygnalizowane pojawieniem się bólów gardła w następstwie obrzęku. Dla medycyny jest to patologia, którą należy czym prędzej leczyć, by nie dopuścić do ewakuacji ropy. Jeśli zastosujemy tutaj "trafioną" antybiotykoterapię, to wiemy co się stanie - antybiotyki zabiją bakterie uczestniczące w tym procesie i obrzęk ustąpi, a zebrana ropa wchłonie się. To jest wiadome. 
Zupełnie inaczej rzecz ma się w przypadku zastosowania homełopatii, która nie zabije bakterii, a mimo to obrzęk się wchłonie. Czary jakieś, czy co? W rzeczywistości jednak bakterie tak czy siak zostaną zabite, tylko nie przez substancje czynne leków, których w lekach homeopatycznych praktycznie nie ma. One zostaną zabite przez system odpornościowy. I tutaj przejawia się perfidia homeopatii, która potrafi oszukać system odpornościowy, zmuszając go do działania wbrew żywotnym interesom organizmu, blokując ewakuację ropy. Należy się zastanowić, do czego jeszcze zdolna jest homełopatia - zmian genetycznych? Jeśli tak, to na ile pokoleń? (...).

(...) No właśnie. W społeczeństwie trwa wciąż ten szkodliwy owczy pęd do leczenia wszystkiego za wszelką cenę. Ale warto sobie zdać sprawę, jaką cenę za to płacimy. Sama homeopatia dysponuje już ponad 1500 lekami. I co? Czy to wystarczy? Gdzież tam - wciąż powstają nowe. A inne leki... medycyny konwencjonalnej, ziołowe, suplementy, urynoterapia, lewatywy (moje ulubione) i wiele, wiele innych. Nie liczyłem, ale gdyby wziąć pod uwagę fakt, że opisanych jednostek chorobowych jest około 400, to choroby w ogóle nie powinny istnieć, zaleczone na śmierć. Ale czy tak jest? Człowieku! Ocknij się! Quo vadis? (...).

(...) Porównanie leków homełopatycznych do szczepionek jest trafne. To takie homełopatyczne uczulanie organizm na jakieś zagrożenie. Na Biosłone generalnie staramy się unikać zarówno leków homełopatycznych jak i szczepień. Stawiamy na mądrość organizmu, który zwykle wie jak się oczyszczać i w jakim tempie i nie potrzebujemy zazwyczaj w tym oczyszczaniu organizmu specjalnie poganiać, ani kijem, ani homełopatykiem. Nie mamy też najmniejszych wątpliwości, że homełopatyki są lekami. Oczywiście nie polecamy tez leczenia kataru lekami homełopatycznymi, ani innymi. Katar bez żadnego leczenia powinien sam minąć, bez przypisywania tu wątpliwych zasług jakiejkolwiek medycynie. (...)" (~Józef Słonecki)


Podsumowując:


"(...) Jasne, że leki o bardzo wysokim rozcieńczeniu nie mają właściwości zarazkobójczych, ale co to za różnica? - skoro efekt jest ten sam: zablokowanie objawów chorobowych. Inny jest jedynie mechanizm działania, bowiem leki o wysokim rozcieńczeniu stymulują system odpornościowy, dając mu fałszywą informację, jakoby zarazki w chorobie infekcyjnej przebrnęły już okres inkubacji i rozmnożyły się na skalę, która uzasadnia ich zniszczenie. A co z toksynami, które miały one za zadanie usunąć z organizmu, szczególnie zmutowanymi komórkami stanowiącymi realną groźbę raka? Pozostają w organizmie! Jeśli to nie jest alopatia, to co? Pozostają jedynie czary..." (Józef Słonecki)

Przykładowo: surowy ryż zadziała na biegunkę oczyszczająco (prozdrowotnie; przyczynowo zakończy definitywnie problem), a lek homeopatyczny o wysokim rozcieńczeniu w grypie jelitowej czy w anginie - alopatycznie - zahamuje objawy naturalnego aktu oczyszczania organizmu z toksyn, czy nawet ze zdefektowanych komórek (w tym np. komórek rakowych czy quasi-rakowych).
Korzystniej jest chorobę - odchorować/przechorować, niż ją zablokować.



Zajmując się obnażaniem zakamuflowanej prawdy o zdrowiu, również u tych (niektórzy przedstawiciele medycyny naturalnej, dystrybutorzy tzw. suplementów diety, przedstawiciele medycyny "ekologicznej", etc.),  którym wydaje się - albo celowo udają - że sami tę prawdę odkrywają...

W odniesieniu do moich kwalifikacji zawodowych, widnieje informacja o ukończeniu przeze mnie akademii homeopatii klinicznej (medycyna komplementarna). Zaznaczam, że celem pozyskania przeze mnie owej wiedzy medycznej nie było wykorzystanie jej w leczeniu przyczynowym chorych (wyjątek stanowią niektóre uzasadnione przypadki), ale nabranie kontrargumentów przeciwko ogólnie pojętej, blagierskiej medycynie objawowej.

W wyniku rozpoznania i rozpracowania języka owej gałęzi medycyny (medycyna komplementarna/uzupełniająca, wspomagająca leczenie objawowe przez medycynę akademicką), ustaliłem, iż jest to kolejny język ściemy medycznej. Dokonując porównania uzyskanej wiedzy medycznej z rzeczywistą alternatywą dla chorób i ich leczenia (jaką jest Hipokratejski nurt prozdrowotny), wysnułem oto taki wniosek

Homeopatia kliniczna - jako terapia - ma działanie alopatyczne, przeciwne do prozdrowotnego; znosi tym samym jedynie słuszną, niemedyczną metodę dochodzenia do zdrowia, jaką jest zastosowanie profilaktyki prozdrowotnej wg Hipokratesa. Najprościej rzecz ujmując, terapia ta manipuluje systemem odpornościowym, nie pozwalając mu na jego naturalne, holistyczne, adekwatne, prozdrowotne, atawistyczne działanie przyczynowe w leczeniu - lecz na usuwanie objawów chorobowych. Owe działanie alopatyczne można porównać do działania na zasadzie krótkiej kołdry (coś kosztem czegoś...), które w perspektywie, po uprzednim chwilowowym zamaskowaniu faktycznego stanu zdrowia, bez usunięcia przyczyny chorób - skutkuje powrotem do aktualnych schorzeń lub nabyciem nowych, a w tym także i nowotworzeniem.



Jeszcze raz powtórzę, o co chodzi z tą alopatią, na przykładzie działania homeopatyku, antybiotyku, witaminy C (duże dawki), innego alo(patyku)...

Przykładowo: leki homeopatyczne, zwalczają choroby infekcyjne, które są uważane przez medycynę jako patologia. Leki homeopatyczne o potencji równej D24 lub większej od D24 - gdzie prawdopodobieństwo znalezienia choćby jednej cząsteczki substancji wyjściowej leku, czyli tzw. pranalewki - jest równe zeru - nie mają działania zarazkobójczego.

No ale co z tego... skoro w ostatecznym rozrachunku efekt jest również alopatyczny, czyli zablokowanie objawów chorobowych jako wentyla bezpieczeństwa zdrowia. Inny jest tylko mechanizm działania, bowiem leki o wysokim rozcieńczeniu stymulują system odpornościowy, przekazując mu fałszywą informację, jakoby zarazki w chorobie infekcyjnej przebrnęły już okres inkubacji i rozmnożyły się na skalę, która uzasadnia ich zniszczenie. A co się stanie z toksynami, które wg zamysłu organizmu, miały być usunięte z organizmu (szczególnie te zmutowane, które stanowiły realną groźbę nowotworzenia oraz te niepełnosprawne, zdefektowane, etc.)? Czy to nie jest alopatia? Czy to nie jest manipulacja systemem odpornościowym na poziomie komórkowym, a następnie organizmami pacjentów - w celu nakręcenia koniunktury biznesowej wiadomego lobby?

A czego można się spodziewać po kartelu farmaceutycznym, który nadzoruje również przemysł homeopatyczny? Kuglarstwo/blagierstwo farmaceutyczno-medyczne polega właśnie na karmieniu pacjentów ściemą, że leki homeopatyczne nie mają działań ubocznych, że nie są toksyczne, że nie uzależniają, że można je używać jak cukiereczki czy przyprawy do zup, że w końcu - są zalecane przez tzw. naturopatów, jako niby alternatywnych dla medyków klasycznych „dobrodziei” (czytaj: albo tzw. nawróconych lekarzy-homeopatów, albo nielekarzy-homeopatów - czyli poprawiaczy natury). Homeopatia, która wchodzi w skład medycyny komplementarnej - to medycyna akademicka bis - dająca fałszywą nadzieję, jeszcze kołaczącym się po świecie zmumifikowanym quasi-zwłokom ludzkim.

Alo(patyki) - to jest termin (sarkazm) wzięty (np. z Hipokratejskiej profilaktyki prozdrowotnej), dla podkreślenia statusu tych leków, jako stojących w jednym rzędzie z antybiotykami i innymi hemioterapeutykami, czy niesterydowymi lekami przeciwzapalnymi, czy lekami przeciwbólowymi. Dodanie sylaby "tyki" ma właśnie oznaczać zagrożenie w ich niefrasobliwym stosowaniu (szafowaniu - jak antybiotykami). Dla rasowych homeopatów, takie nazywanie leków jest profanacją. Dlatego celowo je tak nazwałem, aby zwrócić uwagę, gdzie jest faktyczna profanacja Natury przez medycynę.

Z zakresu toksykologiczno-klinicznego takiego leku homeopatycznego*, jak np. Ignatia wynika, iż ma ona powinowactwo do tkanki nerwowej. Wg mnie, w tej sytuacji wyjątkowej, zalecałem czasami podopiecznemu ten lek, jako najmniejsze zło - aby pacjent chory na depresję w konsekwencji rozchwiania równowagi między układem sympatycznym a parasympatycznym - nie doprowadził na przykład do zrealizowania swoich myśli samobójczych. Jest to chwilowa manipulacja, ale wymuszona swoistym stanem wyższej konieczności (oddalenia widma śmierci). Przynajmniej, żeby zapobiec dostania się podopiecznego w macki medyczne, którego psychiatria bardzo szybko lubi zaprogramować w pacjenta, w tzw. królika doświadczalnego, faszerowanego psychotropami dożywotnio, tułającego się po psychiatrykach (mniej więcej co roku dopasowuję się mu nową chorobę psychiczną – pod wyprodukowane leki psychotropowe, którymi się karmi pacjenta, zmieniając mu co rusz na inny rodzaj leków z danej grupy – niby dla lepszego samopoczucia pacjenta; czyli klasyczne dopasowywanie konia do chomąta).

Istnieje manipulacja np. centralnym systemem nerwowym poprzez zapodanie tego leku. Można to porównać do naciągania krótkiej kołdry, zamiast poczekania na uszycie nowej, dłuższej. Skoro organizm zezwolił, albo zostało wymuszone na organizmie chwilowe rozchwianie równowagi pomiędzy układem współczulnym a przywspółczulnym w centralnym systemie nerwowym oraz podobne rozchwiania w systemie nerwowym obwodowym (autonomicznym) na rzecz, któregoś z tych podukładów - to w myśl Hipokratejskiej profilaktyki zdrowia należy odczekać aż organizm samoistnie dokona owej równowagi w systemie nerwowym.
Przykładowo: w Ruchu Optymalnych takie manipulacje stosuje się podając Prądy selektywne. Jeśli to jest np. neurastenia, to podaje się na CUN prądy typu "PS", czyli na kontrolowane "porażenie" podukładu parasympatycznego, czyli przywspółczulnego, gdyż podukład sympatyczny, czyli współczulny jest już chorobowo "porażony". Czyli dąży się, aby na siłę wyrównać te podukłady, a nie czeka się, aby organizm doszedł sam do homeostazy komórkowej, a w tym do równowagi w tych podukładach systemu nerwowego. Jeśli np. jest choroba wrzodowa żołądka, to podaje się prądy selektywne typu "S", czyli na układ sympatyczny. Podaje się miejscowo na układ nerwowy obwodowy autonomiczny, znów nie czekając na autonaprawę organizmu – poprzez wdrożenie metod Hipokratejskiej profilaktyki zdrowia.
*Zakresem toksykologiczno-klinicznym leku nazywamy same zmiany i objawy chorobowe, wywołane przez konkretną substancję toksyczną, z której powstaje lek homeopatyczny.

Inny przykład szkodliwej manipulacji organizmu poprzez podanie dużych dawek witaminy C, czy leku homeopatycznego (np. oscillococcinum) w chorobie przeziębieniowej, celem zwalczenia infekcji, ale zarazem - zablokowania naturalnego procesu oczyszczania (np. ze zdefektowanych i zmutowanych komórek nowotworowych).
Takie paraleki stymulują system odpornościowy, przekazując mu fałszywą informację, jakoby zarazki w chorobie infekcyjnej ("ekipy sprzątające", zaproszone przez system odpornościowy) przebrnęły już okres inkubacji i rozmnożyły się na skalę, która uzasadnia ich zniszczenie (czyli, że robole od czarnej roboty zrobiły swoje, robole mogą odejść). De facto - zarazki zostają zniszczone, pozostawiając cały bałagan w fazie albo rozpoczętego trwania już procesu sprzątania, albo tuż przed jego rozpoczęciem.

"(...) Organizm, chcąc się pozbyć komórek osłabionych, do jakich należą komórki nowotworowe, celowo dopuszcza do ich zainfekowania wirusem, by ów, w procesie replikacji, zniszczył te komórki. Odkrycie wirusów w komórkach nowotworowych i oskarżenie ich o spowodowanie zmian nowotworowych, to jak odkrycie, że tam, gdzie jest bałagan zawsze zjawiają się sprzątaczki, a więc wniosek jest oczywisty - sprzątaczki powodują bałagan, bo tam, gdzie ich niema... nie ma bałaganu. Wniosek: zwalczyć sprzątaczki!Nie jest prawdą, że po każdej infekcji wirusowej w organizmie pozostają wirusy. Organizm pozostawia je wówczas, gdy uzna, że proces oczyszczania nie został jeszcze przeprowadzony do końca. Dowodem może być wirus opryszczki, którego w miarę usuwania toksyn organizm zaczyna sukcesywnie się pozbywać, aż wreszcie pozbędzie się do końca. (...) 

(...) Pozostawienie toksyn w organizmie nieuchronnie prowadzi do uszkodzenia ważnych organów i układów czyli chorób, takich jak osteoporoza, niewydolność krążenia, zaburzenia hormonalne, cukrzyca, nowotwór, a także wszelkich chorób z autoagresji - Hashimoto, reumatyzm, SM, i tak dalej, i dalej. Aby przerwać ten proces chorobowy i wyzdrowieć, należy po prostu zachorować na chorobę infekcyjną i ją odchorować. Sama infekcja nie oznacza zachorowania na chorobę infekcyjną, bowiem jeśli organizm nie da czasu zarazkom na rozmnożenie się, zwane inkubacją, to bez najmniejszego trudu zniszczy je, gdy jeszcze są nieliczne i słabe. (...)" (~Józef Słonecki)

Biorąc powyższe pod uwagę, uzasadnienie podania ww. paraleków będzie wówczas, kiedy system odpornościowy nie będzie w stanie sam usunąć ww. "ekip sprzątających"; będzie się np. utrzymywać długo wysoka temperatura i choroba infekcyjna, przeziębieniowa będzie się rozwijać w najlepsze (np. wirusy po zabiciu komórek zdefektowanych zaczną atakować zdrowe komórki).

CHOROBY SĄ PROCESEM POZBYWANIA SIĘ TOKSYN Z ORGANIZMU. SYMPTOMY SĄ NATURALNĄ OCHRONĄ ORGANIZMU. NAZYWAMY JE CHOROBAMI, LECZ W RZECZYWISTOŚCI LECZĄ CHOROBY. WSZYSTKIE CHOROBY MAJĄ JEDNĄ PRZYCZYNĘ, CHOĆ OBJAWIAJĄ SIĘ W RÓŻNY SPOSÓB, W ZALEŻNOŚCI OD MIEJSCA, W KTÓRYM WYSTĘPUJĄ (~ Hipokrates)


Zaznaczam, że zainwestowałem w studiowanie homeopatii klinicznej sporą sumę pieniędzy, po to tylko, żeby poznać taktykę wroga i, ewentualnie, też go "rozbrajać" od środka (podobnie jak Janusz Korwin Mikke będący w parlamencie UE - rozsadzając ten lewacki nowotwór). Przy czym pragnę zwrócić uwagę, że ja nie miałem z tego tyłu jakichś znaczących zysków wymiernych w pieniądzach, lecz zyski w sensie ideowym, mentalnym. Może pośrednio jedynie taki, iż łatwiej było mi pozyskać, prowadząc gabinet profilaktyki zdrowia, tzw. pacjenta, a po wizycie w moim gabinecie - wypuszczałem wyedukowanego o zdrowiu: podopiecznego, a w perspektywie: zdrowiejącego, ozdrowieńca. 

Gdybym nie miał ww. 'tytułów' z homeopatii, a tylko w szyldzie: "Zbigniew Osiewała - Gabinet nr 1 Biosłone - Zdrowie na własne życzenie - specjalista profilaktyki i prewencji zdrowia medycyny hipokratejskiej", to tzw. pacjenci potraktowaliby mnie jako kolejnego szarlatana, i raczej pies z kulawą nogą by do mnie nie zajrzał, prócz znajomych forowiczów z Hipokratejskiego ruchu prozdrowotnego Biosłone.
A dzięki temu, gościli u mnie i lekarze medycyny akademickiej, i farmaceuci, a nawet jedna pani doktor nauk biologicznych, którą wyedukowałem o zdrowiu, stawiając ją na nogi (dosłownie i w przenośni).

Bez podstawowej wiedzy medycznej - nie chcieliby nawet rozmawiać. Po kilkugodzinnym maglu wtłaczania im wiedzy, ale niemedycznej, lecz podstawowej wiedzy o zdrowiu, której na studiach medycznych nie ma nawet na jotę, oraz o prawdziwej  profilaktyce zdrowia, wychodzili z gabinetu z rozjaśnionym umysłem i zniesmaczeniem do własnej wiedzy medycznej i do swoich kolegów po fachu, którzy im bardzo zaszkodzili, lecząc ich objawowo. Jakże zdumieni byli ci, którzy liczyli, że opuszczą gabinet z: tytkami napełnionymi ziołami, suplementami diety, wahadełkami, zjonizowaną wodą, wodą utlenioną, naftą, zapperem, bursztynem, etc. A tu nic z tych rzeczy, tylko z głową pełną wiedzy do autouzdrawiania (omnia mea mecum porto).

Bywało też tak, w mojej stosunkowo krótkiej karierze prywatnej praktyki, że na koniec wizyty, jako stary idealista (niepoprawny), po zapytaniu się mnie przez podopiecznego - ile się należy za wizytę, odpowiadałem, że co łaska... Więc podopieczny zostawiał mi większą zapłatę niż mu zaproponowałem. Był to krakowski targ, tylko że jakby w odwrotną stronę... usługobiorca targował się, aby zostawić więcej niż chciał usługodawca, bo przesiedział, czasem bywało, że i 5-6h, i jakoś sumienie mu podpowiadało, że powinien zapłacić za wizytę więcej, gdyż w subiektywnym odczuciu jego, nie potraktowałem go jak sztukę dla sztuki, tylko jak człowieka pragnącego się wyleczyć przyczynowo. Puszczałem go wolno dopiero wtedy jak widziałem po jego twarzy, że przyswoił odpowiednią wiedzę. Czasem bywało też i tak, że płacił mi po dwóch, trzech wizytach - kiedy poczuł poprawę stanu zdrowia. Czyli mniej więcej tak, jak w starożytnych Chinach, gdzie medykowi płacono, ale tylko od wyleczenia, i to z gwarancją "obsługi", jeśli tylko ściśle zastosuje się do jego wskazówek. W owych czasach było tak, że jeżeli do lekarza czekała duża kolejka przed gabinetem, to to był zły lekarz (dokładnie odwrotnie niż jest obecnie, że niby dobry). Przełożony wzywał go na dywanik i subordynował, przestrzegając, że jeśli za około miesiąc kolejka nie zniknie, to zostanie przeniesiony na niższe stanowisko, mniej samodzielne, podrzędne, do pracy (np. w zespole klinicznym). Jeśli i tam nie ogarniał powierzonych mu obowiązków wyleczania ludzi, to albo zawieszano mu prawo do wykonywania zawodu, lub odbierano całkiem.

Ponieważ jest to blog o zdrowiu, ale ściśle połączony wspólnym mianownikiem z polityką w tle, to nie omieszkam, aby sobie pozwolić na pewne wnioski.
Gdyby tak JKM zechciał mówić w miarę to, co chcą usłyszeć lemingi, to pewnie szybciej dostałby się do Parlamentu RP. I wówczas dopiero powinien edukować po prawacku suwerena oraz prawić swoje wynurzenia filozoficzne, ale to było wóczas tylko na deser... Po kilku latach, w Parlamencie RP, przeważającą siłą polityczną - byłaby koalicja antysytemowa; prawdziwa prawica.
Przykładowo: JKM mówi: - mam w nosie człowieka pracy... To jest błąd w sztuce polityka mało skutecznego. Rozpoczyna temat polityki pozysku alektoratu od strzału w stopę. Powinien rozpocząć tak: - powinno się dbać o człowieka po pracy...  W ten sposób zawarta jest prawidłowa "czapa", i dalej uzasadnienie, które dopiero pod koniec jest - o krytyce dbania o człowieka pracy. A tak, to dodatkowo, prócz zniechęcenia się do niego lemingów na starcie, środki masowej dezinformacji dokonają takiej manipulacji, że nawet ci nieco mądrzejsi od lemingów, również w efekcie - będą tymi, co nie dadzą poparcia JKM. I tak oto mamy (na przykład odpalony przed wyborami protokół za 1% poparcia), a słupki już pokazywały (na przykład 5-7%). I wszyscy na "dole", w pracy u podstaw, adwokaci "diabła" - urobieni jak szlag, a to wszystko psu pod ogon...



                                                                                                                         Zibi